Trafiłam na Arubę przypadkiem, bo moim celem był stały ląd Ameryki Południowej. Ponieważ holenderskie TUI oferowało jesienią 2016 bezpośrednie loty czarterowe z Amsterdamu na Arubę w przystępnej cenie, a wyspa miała niezłą siatkę połączeń lotniczych z Kolumbią, pomyślałam, że w zasadzie nie zaszkodzi o nią zahaczyć w drodze do Bogoty. Wygląda ładnie, wygląda ciepło, ciut nudno (ze zdjęć wynika, że to plaże i tylko plaże), ale może mnie czymś zaskoczy?

Według rankingów sporządzonych przez Karaibską Organizację Turystyczną, najchętniej odwiedzane karaibskie wyspy to Dominikana, Kuba, Jamajka, Bahamy i Portoryko. Tuż za nimi plasuje się niewielka, należąca do Królestwa Niderlandów Aruba. Z wynikiem prawie miliona odwiedzających na rok drepcze po piętach karaibskim gigantom. Na zdjęciach katalogowych kusi białymi plażami, po których przechadzają się różowe flamingi. Armatorzy zawijających tu statków zabierają swoich pasażerów na wycieczki po urokliwym, postkolonialnym Oranjestad, a sama Aruba zaprasza turystów sloganem zapewniającym, że jest One happy island. Okej, sprawdzam.

Stolica wyspy to kolorowe kamieniczki, iguany w parku i pomnik Anne Frank. Butiki Gucciego, Prady i port dla potężnych cruiserów. Dużo hoteli klasy de lux. Z racji ograniczonego budżetu ruszam na wschód, bo Oranjestad i jego okolice, choć bardzo przyjemne, czyste i zadbane są zdecydowanie nie na moją kieszeń. Mój gospodarz, u którego wynajęłam pokój, mieszka w Seroe Colorado. Nic mi to nie mówi, wiem, że mam jechać w kierunku San Nicolaas, a Seroe jest zaraz za nim. Ma być blisko do plaży i cisza, i spokój. Jadę.

Baby Beach – taką nazwę nosi niewielka, kameralna plaża na planie półokręgu znajdująca się w południowo-wschodniej części wyspy. Nie zastałam tu tłoku, a nieliczni plażowicze okazują się być mieszkańcami Aruby, którzy przyjeżdżają na Baby Beach, bo jest spokój, bo docierają tu naprawdę nieliczni turyści.

Jaskrawy turkus wody jest brutalnie przerwany przez widoczne z daleka wieże destylacyjne pobliskiej, nieczynnej rafinerii. Najpierw szok, potem zdziwienie, na końcu zostaje ciekawość. Kupa tej rdzewiejącej stali stanowi paskudną dominantę w krajobrazie, jest jak kolec w oku każdego wypoczywającego na Baby Beach. A może nie każdego?

Rozglądam się, mama kąpie się z dzieciakami, obok pan smaruje panią olejkiem, słońce praży, jest prawie idealnie. Czy tylko mnie zaskoczyło to paskudztwo na horyzoncie, tuż przy plaży?

Polecamy: Rastafari – ostatni monarchiści

Kawałek dalej, z jeszcze lepiej wyeksponowanym widokiem na rafinerię znajduje się Rogers Beach. Te dwie plaże oddziela od siebie szereg zabudowań, w jednym z budynków znajduje się wypożyczalnia sprzętu nurkowego, a pozostałe pawilony w widocznym stanie rozkładu świecą pustkami. Z obu plaż widać kilka ładnie utrzymanych domów, ale kawałek za nimi, już bez widoku na morze, stoją rozpadające się, zarośnięte domostwa. Obchodzę z zewnątrz, w końcu włażę do środka, jakbym w tych gruzach miała znaleźć odpowiedź na pytanie – co właściwie się tutaj wydarzyło???

Wszystko zaczęło się w 1924 kiedy to kanadyjska Panamerican Oil Company podpisała umowę z rządem Holandii na budowę rafinerii. Zaczęto od portu dla tankowców, które dostarczały ropę wydobywaną z rejonu jeziora Maracaibo znajdującego się w północnej Wenezueli. Jeszcze w tym samym roku kanadyjski koncert został wchłonięty przez amerykański Pan American Petroleum & Transport Company jako spółka zależna. W procesach produkcyjnych potrzebne było stałe źródło wody chłodzącej, stąd też (a także z braku źródeł wody słodkiej na wyspie) lokalizacja rafinerii nad samym brzegiem morza była czymś oczywistym. Boom na turystykę masową zaczął się na Arubie sześćdziesiat lat później, tak więc nikt wówczas nie kojarzył tej inwestycji z estetyczno-ekonomiczną stratą odcinka wybrzeża dla potrzeb turystyki.

Równolegle z rafinerią rozpoczęto budowę osiedla Seroe Colorado, dedykowanego wyłącznie białym pracownikom rafinerii pochodzącym z USA. Parterowe, bielone dwustu, trzystumetrowe domy z tarasami i ogródkami mnożyły się i zapełniały lokatorami. Nic dziwnego, że numery posesji szybko przekroczyły 1500 – Amerykanie dostawali je za darmo, w zamian za podjęcie tu pracy.

W pobliżu osiedla powstał szpital i szkoła, a pomiędzy Baby Beach a Rodgers Beach zbudowano kino, kręgielnię, restaurację i night club – z widokiem na morze i na rafinerię, żeby po pracy Amerykanie mieli gdzie wychodzić po pracy. W 1933 roku obiekt zmienił właściciela na amerykański koncern paliwowy ESSO. W rozkwicie rafineria zapewniała miejsca pracy ponad dwóm tysiącom osób, a zatrudnienie znajdywali tu nie tylko Amerykanie z Seroe Colorado i Arubańczycy, ale z czasem także wyspiarze z pobliskich Antyli.

Właściciele rafinerii zadbali jednak, żeby Seroe było ekskluzywnym osiedlem, wolnym od Arubańczyków i innych, nieamerykańskich mieszkańców, stąd też wschodni kraniec wyspy podzielony został betonowym murem. Na rogatkach policja sprawdzała wjeżdżających, czy aby na pewno są oni uprawnieni do wjazdu na teren osiedla.

Przemysł paliwowy na Arubie suma sumarum opłacał się także i lokalnym władzom, więc nie ingerowały one w decyzje właścicieli rafinerii, które nie kojarzą się dzisiaj z niczym innym jak z południowoafrykańskim apartheidem.

Pierwsze zamknięcie rafinerii, podobno z powodu jej niskiej rentowności, miało miejsce w 1985. Wtedy to z dnia na dzień stanęła produkcja, a dwa tysiące pracowników niezależnie od stanowiska straciło swoje źródło utrzymania. Na liczącej trochę ponad sto tysięcy mieszkańców wyspie, poza kopalniami fosforytów, nie było alternatywnej pracy w przemyśle dla tylu zwolnionych robotników. Wtedy też wielu Amerykanów wróciło do Stanów. Domy na osiedlu zaczęto sprzedawać Arubańczykom za bezcen, mimo tego na wiele z nich nie udało się znaleźć nabywcy.

Zlikwidowano szpital, a w budynku, który pierwotnie mieścił teatr, otwarto ośrodek leczenia uzależnień. Przez cztery lata rafineria pozostawała zamknięta. Odpływ mieszkańców Seroe postępował. W 1989 obiekt odkupił amerykański The Coastal Corporation, w 2001 rafineria przeszła w ręce El Paso, by po trzech latach zmienić właściciela na Valero Energy. Żaden następny amerykański właściciel nie przywrócił świetności Seroe Colorado, a i sami Arubańczycy pracujący w rafinerii niechętnie się tu osiedlali. Mimo niskich cen nieruchomości, część z nich nadal wolała do pracy dojeżdżać z pobliskiego San Nicolaas. Valero Energy zamknęło ponownie obiekt w 2009, a próba jego reanimacji w 2011 skończyła się jego kolejnym zamknięciem rok później. Od 2012 rafineria pozostawała zamknięta.

Polecamy: Dominikana. Karaibskie słońce, rajskie plaże i pistolety 

W październiku 2016 władze Aruby podpisały porozumienie z władzami Wenezueli na reaktywację rafinerii, a lokalna prasa z radością obwieściła, że “po dziewięćdziesięciu dwóch latach rafineria wreszcie należy do Aruby”. Kiedy zacznie działać, ile czasu zabierze “sprzątanie” po ostatnim właścicielu? Tego na razie nie wiadomo.

Tymczasem Seroe Colorado wegetuje. Dosłownie i w przenośni. Przyroda upomina się o swoje obrastając gęsto budynki, a niegdyś zadbane ogródki zostały opanowane przez kaktusy, opuncje i inne sukulenty. Poza jednym barem na plaży, na osiedlu nie ma żadnego sklepu czy knajpy, po zakupy spożywcze trzeba jechać do San Nicolaas. To samo dotyczy stacji benzynowej, poczty, przychodni. Niegdyś ekskluzywne osiedle wita nielicznych przyjezdnych widokiem otwartych furtek i bram garażowych, porzuconych aut i wybitych szyb. Mur separacyjny, a w zasadzie jego pozostałości przypominają o segregacyjnej polityce pierwszych zarządców rafinerii. Ten krajobraz opuszczonego miasta w niczym nie przypomina fotogenicznej, rajskiej Aruby, na której chcielibyśmy spędzić wymarzony urlop. To nie o tej Arubie śpiewali The Beach Boys w Kokomo, tutaj turyści z cruiserów nie zaglądają, tutaj diabeł mówi dobranoc.

Stojąc na plaży, tuż przed wieżami destylacyjnymi, widzę betonowy szkielet Serena Residence, czyli luksusowych apartamentów z widokiem na morze. Deweloper raczej nie planuje dokończenia inwestycji, bo wstrzymał prace, gdy okazało się, że industrialny potwór nie zniknie z wybrzeża Aruby, za to na pewno jeszcze chwilę na nim “postraszy”. Samo Seroe Colorado oferuje za to od wielu lat szeroką gamę nieruchomości wolnych od zaraz, w przystępnej cenie. Sęk w tym, że nadal niewielu chce tu mieszkać.

Wracając do flamingów z plakatów reklamujących Arubę – na miejscu okazało się, że można je spotkać, nakarmić czy zrobić selfie, tylko jeśli zarezerwuję nocleg w resorcie hotelowym, do którego ta rajska plaża przynależy. Mój budżet nie wynosił jednak dwieście tylko dziesięć dolarów za noc i tak też trafiłam na wschodnią część wyspy, do Seroe Colorado, świata równoległego, karaibskiego Detroit. Aruba zdecydowanie mnie zaskoczyła, ale nie zgadzam się, że jest One happy island.

Ten tekst powstał dzięki mojemu nieocenionemu gospodarzowi Eugene, który nie tylko dostarczył materiałów dotyczących rafinerii, ale też przetłumaczył mi lokalną prasę z papiamento na angielski oraz cierpliwie i wyczerpująco odpowiadał na wszelkie moje pytania.

Ania Napieralska

Ania Napieralska

Łodzianka z zamiłowania i zamieszkania, absolwentka Wydziału Nauk Geograficznych na UL, pilot wycieczek. Uwielbia słuchać opowieści, łazić po górach i dachach, literaturę faktu i dobry street art. Przejechała solo Amerykę Łacińska od Gwatemali po Ziemię Ognistą i od tej pory tam wraca, na przykład, by uczyć małych Kolumbijczyków angielskiego, zdobywać ekwadorskie wulkany i tańczyć salsę.

Komentarze: 2

Iwona 29 stycznia 2019 o 13:57

Hej Ania
Wlasnie jestem na Arubie juz 3 dzien .
Dzieki za super opis wszystko sie zgadza objechalismy wyspe wczoraj na szybko ,bedziemy tu jeszcze 2 tyhodnie robimy plan zwiedzania.Pozdrawiam

Odpowiedz

adam 10 sierpnia 2019 o 14:04

To nie jest wyspa dla back packersu , moze nie ma co tu tez zwiedzac , ale jesli ktos moze sobie pozwolic na troche luxury to napewno sie zakocha w wyspie , bylem juz na kilku caraibskich wyspach i ta najbardzie skradla moje serce

Odpowiedz