Zamknijcie oczy i pomyślcie: Australia. Co widzicie? Dobra, nie chodzi o kangury, chodzi o ludzi… Kogo w tej Australii widzicie?

Widzicie surferów? Wyrośnięci, opaleni goście z długimi włosami ślizgają się po wielkich falach spychających ich w kierunku piaszczystej, rozgrzanej plaży. A tam uśmiechnięte dziewczyny, kilku gości grających w rugby, ktoś sączy zimne piwko, ktoś rzuca frisbe.

Zaraz za plażą stoją sfatygowane samochody, właściwie to cały camping na kołach – malowane minibusiki, stare kombi, jakieś furgonetki, jakiś motor z warsztatu. Bliżej wieczoru na plaży wyrastają namioty, płoną ogniska, dookoła których słychać śmiechy, muzykę, brzdęk szkła. W powietrzu unosi się zapach słodkawego dymu.

Rarytas. Tani surferowóz z australijską młodzieżą na pokładzie. (Fot. Paweł Stężycki)

Przyjechaliśmy poszukać takiej Australii. Idziemy o świcie na plażę. O, widać kilku odważnych śmiałków na deskach. Oj, młodzi to oni już od paru lat nie są. Koło ósmej pakują deski, przebierają się w koszule, wracają na parking  i… lecą do roboty. Cóż, ci widocznie już się kiedyś wybawili, na wszystko jest w życiu czas. Młodzi, szaleni pewnie jeszcze nie wstali.

Wreszcie na parkingu zaczynają pojawiać się minibusy – kampery, rozklekotane kombi z deskami na dachu. Wyrastają krzesełka kempingowe, pachnie kawa. Tak, to na pewno szaleni Ausis przyjechali. Zagadujemy… W odpowiedzi słychać angielski bardziej zrozumiały niż się spodziewaliśmy. Jedynie akcent trochę utrudnia zrozumienie – środkowoangielski, niemiecki, irlandzki, hiszpański, francuski. Historie podobne – przyjechaliśmy, popracowaliśmy, kupiliśmy auto, jedziemy, jest drogo.

Czy z nich wyrosną prawdziwi surferzy? (Fot. Paweł Stężycki)

Wracamy na plażę. Pani wychowawczyni prowadzi klasę na zajęcia. Uczniowie ciągną za sobą wielkie deski do nauki surfowania. No dobra, jest materiał na przyszłych surferów.

Szukamy dalej australijskich młodych wolnych surferów, pewnie znają jakieś lepsze plaże, na pewno wieczorem będzie łatwiej.

Wieczorem miasteczka ożywają. Knajpy wybuchają. Piwo leje się hektolitrami. Młodzi Australijczycy i Australijki wyznają party culture. Jest bardzo głośno, bardzo pijacko i bardzo drogo. Dzieciaki wydają setki dolarów – nie ma problemu, rodzice są bogaci!

Hipisi się zestarzeli i zajęli biznesem. (Fot. Paweł Stężycki)

Wygląda na to, że urodziliśmy się za późno, by zobaczyć legendarna Australię wolnych surferów. Dziś Australia się ustatkowała. Hippisi się zestarzeli i dorobili.

Sydney jest trzecim najdroższym miastem na świecie! Z odpowiednio wysokimi zarobkami i własną armią białych kołnierzyków. Wybrzeże usiane legendarnymi plażami surferów stało się olbrzymią maszyną do zarabiania pieniędzy. Wille ociekają luksusem, zadbane uliczki toną w reklamach wycieczek, wyjazdów i happy hours.

Tabliczki z zakazami strzegą każdego zaułka: Smoking prohibited! Alcohol free zone! No camping! No parking 1 – 5 a.m. Fines apply! W zamian dostajemy informację turystyczną. Uśmiechnięta pani przebiera w setkach ulotek reklamowych i zaprasza na jeden z „tanich” kempingów za 30 $. W bibliotece publicznej inna uśmiechnięta pani proponuje Internet po 5$/h. Autostop? To bardzo niebezpieczne, nikt już nie jeździ autostopem „w tych czasach”.

 

 

Prohibited, Australia

Prohibited – w Australii to ulubione słowo producentów tabliczek. (Fot. Paweł Stężycki)

Jest jednak we wschodniej Australii jeszcze ślad po surferskiej wolności. Odnajdujemy go głównie wśród ludzi po czterdziestce. Rozumieją nas świetnie, chętnie pomagają, a na widok naszych plecaków w ich oczach widzimy wspomnienie młodości. Czasem wymknie się nostalgiczne westchnienie:

Dokąd Was podwieźć? Ooo, stare dobre plecaki!, kiedy zatrzymujemy stopa; albo

Po całym kraju na motorach jeździliśmy, kilku dobrych chłopaków niestety już nie żyje, – gdy siedzimy przy barze zaproszeni do domu jednego górnika;

Stopem? Też kiedyś jeździłem, w dziewięć miesięcy przejechałem z Kapsztadu do Kairu, […] i w Polsce, kiedy w tatrzańskie piękne doliny nie było jak dojechać… – kiedy jedziemy autostopem dyskutując z sekretarzem ministra;

To jest po dziewięćdziesiąt dolarów za butelkę, ale do domu kup sobie lepiej to po dziewięć. Różnica nie jest aż taka duża, trzymaj kasę – powiada nam pracownik winnicy nalewając nam kolejne kieliszki winna „do degustacji”;

Nie możecie tu spać… Ale otworzę Wam kemping, opłaty będą zbierane dopiero jutro o dziewiątej rano ­– daje nam do zrozumienia jak przenocować za darmo strażnik zamykający park narodowy.

Czy wreszcie: Idziecie spać na dziko? Ale Wam zazdroszczę! Świetnie! O, jak ja dawno tego nie robiłem, – kiedy miejscowy przewodnik japońskiej wycieczki tłumaczy nam jak znaleźć dobra „miejscówkę”.

W Australii, przynajmniej tej wschodniej, na pewno żyje się dobrze, coraz lepiej. Pieniądze leżą na ziemi. No, odrobinę pod ziemią – węgiel, gaz, żelazo, na które wielki apetyt ma Japonia i rosnący chiński smok. Co raz więcej pojawia się przepisów, kar, ostrzeżeń i wyspecjalizowanych usług, z których należy skorzystać. Na pierwszy rzut oka jest sztywno i komercyjnie, ale puśćcie oko do kogoś ze starszego pokolenia. Ono wychowało się w jeszcze w innym świecie, tym z piosenki Men at Work – Down under, tym który my tak lubimy i za którym na pewno oni też muszą czasem tęsknić. Can’t you hear, can’t you hear the thunder?

Paweł Stężycki

Dużo podróżuje - zwykle dwa razy dziennie tramwajem. Lubi obserwować ludzi i opowiadać historie. Ceni podróże prywatnym odrzutowcem, ale one też się cenią wiec jeździ z dziećmi PKP. Mało czyta - wystarczy mu własnych problemów. Tratatata przez pół świata

Komentarze: 3

JM 22 grudnia 2010 o 0:12

Takie wtręt: tradycja reguł i dyscypliny na australijskich plażach jest zdaje się dużo starsza i bardziej nobliwa niż tradycja luzackeigo surfingu. Od początków XX w. tam się rozwijało coś pod nazwą Surf Lifesavers Clubs, kluby ratowników-ochotników. Dość masowa organizacja, trochę jak kluby sportowe, trochę jak harcerstwo, początkowo tylko dla mężczyzn ‚z dobrych rodzin’, obyczajowo raczej konserwatywne. Z naciskiem na zbiorową aktywność sportową i ścisłe reguły.

Tu trochę klasycznych zdjęć:
http://www.surfrescue.com.au/pics/im1.jpg
http://cs.nga.gov.au/Detail-LRG.cfm?View=LRG&View=LRG&IRN=29475
http://www.joseflebovicgallery.com/catalogue/cl_136_2009/Large/136-0087.jpg
http://3.bp.blogspot.com/_zPRPilcOBxY/RdLdLF82yRI/AAAAAAAAAIo/4vgO0XpdVbY/s400/2007-02-14+036.JPG
http://blogs.slq.qld.gov.au/jol/wp-content/uploads/2010/07/coolangatta-1934-small.jpeg
http://routineinvestigations.blogspot.com/2009/05/australian-life-savers.html

IMHO pozwalają poczuć lekko autorytarny klimat.

Jak w latach 60′ zaczęli się pojawiać wyluzowani surferzy o jakich piszesz, to pomiędzy nimi a ‚ratownikami’ dochodziło do regularnych spięć, na ten temat powstają nawet prace socjologiczne:
http://jos.sagepub.com/content/18/2/117.abstract
http://www.questia.com/googleScholar.qst?docId=5000537357

Więc w sumie na tę całą surferską wolność można chyba patrzeć jak na pewnego rodzaju epizod, do połowy lat 60′ Australia była ponoć krajem dość konserwatywnym.

Odpowiedz

    Pawel Stezycki 25 grudnia 2010 o 6:21

    Lifesurfers to faktycznie nadal ma sie dobrze, ale zdecydowanie Australia nie jest konserwatywna – raczej przeciwnie bym powiedzial. Oni nadal sa strasznie wyluzowani, ale wyluzowany facet z kasa to inna bajka niz wyluzowany hipis

    Odpowiedz

Surfpassionblog 5 stycznia 2011 o 17:14

wolność surferska, puste spoty, żółwie dookoła to wszystko w dzikiej centralnej ameryce:)
http://www.polscysurferzy.blogspot.com

p

Odpowiedz