– Leo utakufa, muzungu – powiedziała cicho. Widziałem ją, gdy piroga, w której siedzieliśmy, z mozołem odbijała od brzegu i pięła się w górę nurtu wielkiej rzeki. Patrzyłem jej w oczy, gdy trzymając się burt, myślałem jedynie o tym, by łódź się nie wywróciła.

Ona stała w mętnych wodach Ulindi, tuż przy stromym, gliniastym brzegu, pochylona nad koszem prania. Była dzieckiem, miała może kilkanaście lat, a jednak jej wzrok i te słowa wyszeptane z jakąś cichą, pierwotną nienawiścią, a jednocześnie zimnym spokojem sprawiały, że czułem rosnący niepokój. Jakby pocałunek śmierci, który wysyłał nas w drogę, z której nie będzie dla nas powrotu. Przez chwilę bałem się ruszyć, patrzyłem tępo to na brunatną wodę, to na naszego Charona, który każdym ruchem długiego wiosła oddalał nas od brzegu. Tam zostawała Shabunda, zostawały kobiety z wielkimi koszami na plecach i pijani od rana mężczyźni, opierający się o swe rowery. I te dzieci świdrujące niezrozumiałym wzrokiem. Po drugiej stronie czekał już tylko las.

* * * * *

Ulindi swe źródła ma w górach, gdzie spotykają się granice Konga, Rwandy i Burundi, więc woda w rzece jest stosunkowo zimna. Na wysokości Shabundy rzeka ma od stu pięćdziesięciu do dwustu metrów szerokości i nurt, z którym człowiek nie ma żadnych szans. W zakolach tworzy wiry, które mogą wciągnąć pirogę. W miejscu przeprawy Ulindi bierze właśnie zakręt, otaczając potężnym meandrem Shabundę. Kilkaset kilometrów dalej wpadnie do Wielkiego Konga.

Najpierw krzaki, wystające do wody konary, całe mnóstwo lepkiej, mokrej zieloności, która witała nas na północnym brzegu. Potem skrawek wykarczowanej, utopionej w błocie przystani. I pierwsze słowa, jakie wymieniliśmy między sobą.

– Wiesz, co powiedziała ta dziewczyna? – spytał mój znajomy.
– Nie.
– Dziś umrzecie, białasy.

* * * * *

Z Shabundy do Mapimu jest niespełna sto kilometrów, równo na północ. To ostatnia wieś w południowym Kivu. Dalej już tylko kolejna rzeka i nieprzebyte otchłanie prowincji Maniema, o której z lękiem mówią nawet nasi pomocnicy: tam lepiej się nie zapuszczać. Po północnej stronie Ulindi nie ma żadnych dróg, nie ma też lądowisk dla samolotów.

POLECAMY: Czym upija się Afryka. Dziennik ochlapany bimbrem i palmowym winem

Jest nas trójka, do tego trzech kierowców, odzianych w zabawne kaski, odblaskowe kamizelki i kalosze, oraz dwóch pomocników, z których jeden od rana jest kompletnie pijany. Trzy chińskie motory są obładowane do granic możliwości. Ja mam ten komfort, że podróżuję jedynie z kierowcą i kilkoma plecakami. Na pozostałych maszynach po trzy osoby, w ciasnych objęciach, by nie wypaść na zakrętach.

* * * * *

– W Mapimu będzie tego dużo – twierdzi nasz fixer, pomocnik w biznesach, Marcellin, człowiek w moim wieku, którego ochrypły głos przypomina warczenie motorów.

Podobnego zdania jest permanentnie pijany Jean, na oko lat pięćdziesiąt, bystry, błyskotliwy, ale i nieobliczalny. Jest nieco bardziej obrotny niż Marcellin, bardziej śmiały i zapewnia, że w Mapimu ma znajomości. Dlatego wzięliśmy go ze sobą i tolerujemy jego alkoholową słabość. Nie lubią się nawzajem, widać to od pierwszego spotkania. Konkurują o nasze względy, kopią pod sobą dołki, snują intrygi. I w zasadzie jest nam to na rękę.

– Czarny, który ma białego, ma pieniądze. A biały musi mieć czarnego, inaczej nic tu nie zrobisz – wyjaśnia mój znajomy.

Okolica Mapimu, jak całe wschodnie Kongo, usiana jest kopalniami złota, cynku, wolframu, koltanu. Każdy obywatel Konga ma prawo dowolnie czerpać korzyści z zasobów, jakie kryje las tropikalny. Pod warunkiem że nie robi tego na skalę przemysłową lub zmechanizowaną. Zatem kto ma łopatę, wiadro, kilof czy sito, idzie do lasu lub nad rzekę i kopie.

Takie rzemieślnicze wydobycie minerałów zapewnia pracę tysiącom mieszkańców południowego Kivu. Cztery piąte z tych górników pracuje przy wydobyciu złota. Na tym zna się tutaj każdy, zresztą niewprawny adept „górnictwa” złoto może pomylić jedynie z pirytem. Lecz czasami zdarza się, że przy płukaniu złota szczęśliwiec znajdzie coś jeszcze – mały przezroczysty kamień, który może być jego przepustką do nieba. Kłopot w tym, że w kraju pozbawionym dróg i kontrolowanym przez grupy rebeliantów lub skorumpowane oddziały wojska rządowego większość „górników”, nawet jeżeli znajdzie cenny minerał, nie ma pieniędzy, by znalezisko dowieźć do najbliższego miasta. A wieści po lesie niosą się szybko. A ludzie w lesie potrafią być źli, zawistni i bezwzględni. Zwłaszcza ci z M23, Mai Mai, Raia Mutumboki czy FDLR. Wtedy znalezisko może szybko stać się biletem do piekła.

– W Bukavu czy w Gomie trudno kupić dobre kamienie – wyjaśnia mój znajomy. – Lokalni potentaci błyskawicznie wyłapują co lepsze sztuki. Dla takich jak ja zostają drobne kamienie, które do tego są drogie. Dlatego lepiej jechać do źródła.

* * * * *

Sto kilometrów to cały dzień podróży. Czasami jedziemy szybko, gdy droga jest sucha, w miarę szeroka i prosta. Wtedy chowam się za mojego kierowcę i widzę kątem oka tylko migające drzewa, lub zdumionych ludzi stojących przy ścieżce. Czasami usłyszę jakiś okrzyk pozdrowienia, dostrzegę gest ręki, którego nie zdążę odwzajemnić.

Miarowy warkot chińskiego motoru przerywa jedynie od czasu do czasu piskliwy klakson, by przepłoszyć nieuważnego starca czy dziecko. Wtedy prujemy przez kongijskie bezdroża, a motor zasysa kolejne kilometry bez opamiętania. Ale takich odcinków jest niewiele. Zdecydowanie częściej jedziemy wolno, przedzierając się przez krzaki, których liście zostawiają na ramionach rany, przeprawiamy się przez tymczasowe, prowizoryczne mosty sklecone ze spróchniałych drzew przerzuconych ponad strumieniami i wąwozami, podskakujemy na koleinach sięgających połowy koła, ślizgamy się po zboczach i podjazdach.

POLECAMY: Jądro Afryki. W drodze do Bosobe

Najczęściej jednak grzęźniemy w brunatnych błotach, w których nasze motory stają się rozpaczliwie bezradne. Wtedy trzeba zsiąść, iść bokiem przez las, licząc na to, że kierowca poradzi sobie z terenem. Ale bywa, że sobie nie radzi. Wówczas pchamy, wyciągamy, czasami lądujemy w objęciach błota. Wtedy robi się ciemno, bo bagna najczęściej trafiają się w trzewiach lasu, które przypominają nawy średniowiecznych katedr, zwłaszcza gdy jedziemy między strzelistymi bambusami. Woń benzyny miesza się ze słodkawym, duszącym zapachem tej potwornej, przytłaczającej swą ilością zieleni.

Warkotowi silników wtóruje czasem równie donośny odgłos lasu wraz ze wszystkim, co tam żyje, co patrzy na nas zza konarów i liści, choć pozostaje niewidoczne. Deszcz zazwyczaj przychodzi nagle. Choć jeszcze chwilę wcześniej przez witraże leśnych katedr przebijało słońce, teraz wnętrze wypełnia zawiesista mgła, a jego filary, sklepienia toną w strugach ciężkiego, dudniącego deszczu. Wtedy wszystko blaknie, traci nasycenie, staje się brudne, szare, brunatne. I tylko żółta lampa motoru przypomina o tym, że świat ma kolory.

Sceny zmieniają się jak w grze komputerowej. Znów jasność, znów oddech, znów prosta droga lub ni stąd, ni zowąd jakaś osada o nazwie tak egzotycznej i osobliwej jak Mbagi, Isambika czy Mabondo. Z trudem wydarta dżungli polana, wokół niej kilka domostw i dym unoszący się ponad palmowymi dachami. A może to nadal mgły? Wtedy zatrzymujemy się, zsiadamy z motorów. Dla nas od razu pojawiają się krzesełka, ustawiane przed chatą lub pod wiatą chroniącą od słońca czy deszczu.

Asseyez-vous mon chef, sʼil vous plait mon patron, nierzadko okraszone trudnymi do zniesienia gestami uniżenia i służalczości. Po chwili wokoło nas jest pełno dzieci w podartych koszulkach, które nie mają szans przykryć rozdętych od pasożytów brzuchów. Przychodzą też starcy, wysuszeni, chudzi, zgarbieni. Najczęściej stoją w ciszy, patrzą. Kobiety chowają się w ciemnych wnętrzach domów, czasami zerkając zza drzwi czy okna. Mężczyzn w średnim wieku widujemy bardzo rzadko. Są w kopalniach, czasami nieopodal, ale częściej kilka godzin lub dni od wioski.

Siedzimy tak chwilę, prowadząc kurtuazyjną wymianę gestów i uśmiechów, strzepując z siebie pył i błoto. Marcellin i Jean w tym czasie biegają po domach, rozpuszczają dyskretne wici, rozmawiają, pytają, na tyłach chat, za drzwiami i kotarami. Szeptem. Pytają o des pierres (kamienie) lub des pieces (kawałki). Każdy wie, o co chodzi. Słowa diament się tu nie wymawia.

– W następnej wsi gość ma dwa kamienie – mówi cicho Marcellin, gdy idziemy w stronę naszych motorów. – Ponoć duże, ładne.

Kilka kilometrów dalej motory parkujemy pod okapem dachu, wchodzimy do ciasnej, małej chałupy. Popołudniowe chmury tłuste od deszczu nieuchronnie pękają w szwach i topią świat w ciepłych strugach. W mrocznej chacie siedzi starszy człowiek. Marcellin wymienia z nim kilka zdań w suahili, ten prawie bez słowa wyciąga z kieszeni malutkie zawiniątko, rozwija foliówkę, potem kawałek szarego papieru. W środku dwa błyszczące kamienie. Mój znajomy bierze je w dłoń, przewraca palcami, na stoliku rozkłada wagę miligramową.

– O kurwa, niezłe. To, czego szukamy. Ten trochę lichy, duże zanieczyszczenia, ale ten drugi ładny – teraz wyciąga lupę, kamienie oświetla latarką w telefonie. – Nie ma najlepszej barwy, trochę żółty, jakieś K będzie, czyli dolna tabela. Ale pięknie się błyszczy, na pierścionku będzie wspaniały, po oszlifowaniu wyjdzie z tego jakieś 0,8–0,9 karata. Warto wziąć. Marcellin, dogadaj cenę.

Im dalej od miast, tym sprzedający jest w trudniejszej sytuacji, a jego pozycja w negocjacjach słabsza. Właściwie beznadziejna, bo Europejczyk i tak kupi za cenę, którą zaproponuje, to jedynie kwestia czasu. W tym przypadku bardzo krótkiego. Już po chwili wychodzimy z diamentem w ręku.

– Dla nich jesteście niepowtarzalną okazją – tłumaczy Marcellin. – Wolą sprzedać białemu, bo przynajmniej zapłaci. Czasami niewiele, ale jednak. Jak przyjadą bandyci, to przystawią karabin do głowy.

* * * * *

Ludzie ustawiają się w kolejce przed domem lub w przedpokoju, czekają cierpliwie na swoje spotkanie. Marcellin i Jean po kolei, pojedynczo, wpuszczają petentów, czasami się przepychają, przekrzykują. Nie znoszą się. To oni wynajdują sprzedawców, organizują spotkania i inkasują prowizję, zazwyczaj od obu stron. To oni negocjują w naszym imieniu ceny, często snują intrygi, ale przymykamy na to oko. I tak kupimy za tyle, ile chcemy.

Sprzedawcy do pokoju wchodzą nieśmiało, jakby z jakąś obawą lub przesadnym szacunkiem, nie patrzą w oczy, rzadko kiedy siadają na kanapie. Kładą na stół stare monety z królem Leopoldem, maski, figurki, dzbanki, noże, guziki, zwykłe kamienie rzeczne, butelki, kawałki szkła czy miedziany drut. Trafiają się Chrystus zdjęty z krzyża, monety euro, żywy żółw, kły, pazury i skóry lampartów oraz sporo kości słoniowej. Bywa, że wśród tych rzeczy jest coś ciekawego, ale większość nie przedstawia dla nas żadnej wartości. Za swoje znaleziska żądają astronomicznych kwot liczonych w setkach, czasami tysiącach dolarów. Niektórzy opowiadają o swoich kopalniach w lesie i znalezionych tam bogactwach. Proszą, by przyjechać, przywieźć maszyny i pomóc im je wydobyć.

Rozczarowani odmową wychodzą w milczeniu, kłaniając się w drzwiach. Są też tacy, którzy przynoszą kawałki platyny, złoto, turmaliny czy ametysty. Któregoś dnia na stole pojawia się nawet uran. I propozycja, że nazajutrz możemy dostać kilka kilogramów.

POLECAMY: Boża Armia Zbawienia. Byłem komendantem u Kony’ego

Przychodzący rzadko mają pojęcie, ile kosztują minerały, które chcą sprzedać. Bo skąd w jakimś Mapimu, Lungungu, Simoro czy nawet Shabundzie mają wiedzieć, jaka jest cena złota na giełdzie w Londynie? Lub jaki jest kurs platyny? Ile kosztuje diament, który trzymają w ręku? Mapimu to nie Bukavu. Tu nie ma pośredników, cwanych handlarzy, przemytniczych gangów. Tu są zwykli ludzie, ci, którzy wygrzebali minerały z ziemi własnymi rękoma.

Dziś jest dobry dzień. Rano kamień 3,5 karata, potem kilka mniejszych, ale bardzo czystych. Teraz na stole leżą trzy kamienie, razem blisko 8 karatów. Wokół stołu my, rozparci na fotelach, narzekamy na niemiłosierny upał. Po drugiej stronie dwóch młodych chłopaków – właściciele, może nawet znalazcy, między nami Marcellin i Jean, nieco nerwowi. Do pokoju wpada lekki powiew wiatru, wydyma firankę, daje krótką chwilę wytchnienia. Mój znajomy bierze kamienie do ręki, odchyla się w stronę okna.

– Typowy golas tutejszy, do niczego, szajs. O, ten już lepszy. Przynieś wagę – urządzenie stawiamy na stole, jako podkładkę dajemy Biblię, jedyną książkę, która jest tu w każdym domu. – Cholera, ma trochę paprochów na krawędziach, ale ujdzie – ogląda uważnie, przekręca, patrzy pod światło. – Osz, kurwa, jaki brud w środku, niedobrze, niedobrze – kiwa głową mój znajomy, a sprzedający w tonie jego głosu wyczuwają z pewnością, że ich pozycja w negocjacjach szybuje w dół.

– Wasz diament ma pęknięcie w środku. Szkoda, bo ładny kamień. Ładna barwa – mówi do nich po francusku. I dalej do nas po polsku: – Ale rozetnie się na dwa i będzie dobrze, trochę więcej strat po prostu. Ma 3,3 karata, wyjdą dwa po 0,6–0,7 po oszlifowaniu, w pierścionku będzie to warte ponad dziesięć tysięcy złotych.

Teraz ogląda drugi kamień, do oka przykłada lupę.

– Kurwa, też brudny. Paprochy ma, P1 maksimum. Ale 2,5 karata piechotą nie chodzi, ja bym go wziął, po oszlifowaniu będzie ładny. Ta barwa po szlifie się rozjaśni, wyjdzie z niego 1 karat co najmniej. Też będzie z dychę wart. Ten trzeci to dziad, niby duży, ale kształt taki, że nic z niego nie wytniesz. Choć za to czysty, no, może ćwiartka karata z niego wyjdzie.

Mój znajomy odkłada lupę na stół, zwraca się do sprzedawców: – Będę z wami szczery. To bez wątpienia diamenty, nie będę wam wmawiał, że jest inaczej. Ale mają spore zanieczyszczenia. Jeden ma pęknięcie, trzeba go będzie ciąć, drugi jest brudny, nie ma dobrej brylancji. Trzeci w zasadzie nie nadaje się do niczego. Ale chcemy kupić wszystkie, dajcie cenę.

Nad stołem zapada chwila ciszy, potęgowana bezruchem gęstego powietrza. Sprzedawcy szepcą coś między sobą, zerkają na Marcellina, z którym z pewnością umówili się na prowizję. Potem piszą cenę na kawałku kartki i podsuwają w naszą stronę. Cztery tysiące dwieście dolarów.

– Nie no, tyle nie zapłacimy – mówi mój znajomy, uśmiecha się do nas nieznacznie. – Choć szczerze mówiąc, nie stracilibyśmy. Gdyby ten duży nie był pęknięty, to można by tyle dać. Ale w obecnej sytuacji ja bym zaczął od tysiąca dolarów.

– Wasza cena jest… jakby… z kosmosu – mówi do Kongijczyków mój znajomy. – Tysiąc daję od razu, panowie. To uczciwa i sensowna propozycja. Zastanówcie się. Nie chcę was kłamać, to nie moje sposoby, ale trochę już jestem w tym biznesie.

Młodzi są rozczarowani, kombinują co powiedzieć, widać, że nie mają doświadczenia w negocjacjach. A my to bezwzględnie wykorzystamy.

– Będę szczery, ja je sam kupiłem za dwa tysiące czterysta dolarów – ewidentnie kłamie jeden z nich. – Jeśli możecie dać trzy i pół, to się dogadamy.

– Tysiąc. Zastanówcie się, prześpijcie się z tym. Wiecie, gdzie nas szukać – mój znajomy daje wyraźny sygnał, że rozmowy skończone.

Kongijczycy zbierają kamienie, lekko zawiedzeni stają w drzwiach, żegnają się uprzejmie.

– Oni wiedzą, że to była dobra propozycja. Pogadają między sobą, my dorzucimy ze
trzy stówki. Wrócą. Zobaczysz.

* * * * *

Cały tekst Bartka Sabeli o szlaku handlarzy diamentów przeczytasz w najnowszym numerze Kontynentów.

Ponadto te Kontynenty zaprowadzą Cię m.in.:

  • do Wryndawanu, indyjskiego miasta, które raz do roku wybucha kolorami – w fotoreportażu i opowieści Tomasza Fedora,
  • do peruwiańskiej dżungli, kryjącej tajemnicze rysunki Inków – w relacji Romana Warszewskiego,
  • na onieśmielające pięknem peryferia Islandii w fotograficznej opowieści Katarzyny Nizinkiewicz.
  • wojowników z Zachodniej Papui, z którymi Grzegorz Kapla mieszkał, jadł, chował zmarłych,
  • dzielnych dżygitów z Gruzji, których fotografowała i z którymi biesiadowała Magdalena Konik.
Bartek Sabela

Bartek Sabela

Łodzianin z urodzenia, warszawiak z wykształcenia, zakopiański ceper z wyboru. Zawodowo architekt, a z zamiłowania malarz, fotograf, snowboardzista i przede wszystkim wspinacz. Napisał "Może (morze) wróci", "Wszystkie ziarna piasku" i "Afronautów". Obecnie związany z wydawnictwem Czarne, regularnie współpracuje z Kontynentami.

Komentarze: 2

Marcin S. Sadurski 12 kwietnia 2018 o 1:22

Świetny tekst i ciekawe zdjęcia. Dzięki!

Odpowiedz

Sebastian 22 kwietnia 2018 o 20:03

Naprawdę świetny materiał!

Odpowiedz