Najpierw wam powiem, co o Birmie mówi przeciętny podróżnik. Posłużę się cytatem z fanpejdża pewnego biura podróży. [Birma to] jeden z najbardziej izolowanych i najbiedniejszych krajów świata, ale z chyba najszczęśliwszymi ludźmi na świecie, wiecznie uśmiechniętymi, życzliwymi, skromnymi.

Jakąś wersję tej wypowiedzi słyszałem od każdego, kto odwiedził Birmę. Każdy gość zachwycony, wspaniałe miejsce. Do głowy mi nie przychodzi zarzucać autorom takich wypowiedzi ani kłamstwa, ani naiwności. Absolutnie wierzę, że te kilka tygodni spędzonych w Mjanmie było cudownym czasem wśród cudownych ludzi. Ale ja zagłębiłem się w lekturę książki, która każe mi się zastanawiać, czy uśmiech nie jest tylko uprzejmością dla turystów.

Emma Larkin, ukrywająca się pod pseudonimem amerykańska pisarka, wielokrotnie jeździła do Birmy. Znalazła się tam także wiosną 2008 roku, kiedy deltę rzeki Irawadi zniszczył potężny cyklon Nargis. Zginęło ponad 100 tysięcy ludzi, straty materialne trudno zliczyć. To jednak, samo w sobie, wywołałoby u mnie smutek. Stały się też jednak rzeczy, które wywołują raczej gniew. O nich jest książka Spustoszenie.

Birmą rządzi wojskowa junta, na czele z tajemniczym starszym generałem Than Shwe. To totalitarny reżim, w swej łagodnej postaci cenzuruje, w ostrej torturuje i morduje. Jak każda władza tego typu dba nade wszystko o własne trwanie. Po przejściu Nargisu cały świat oferuje pomoc – finansową, organizacyjną, ludzką.

Junta odmawia. Nie wpuści na swój teren „wrogów” i „szpiegów”. Zanim nieco złagodzi stanowisko miną miesiące. W tym czasie mieszkańcy delty, którzy przeżyli katastrofę naturalną, starają się przetrwać bez lekarstw, żywności, wody pitnej, schronienia. Ciała pływają w wodzie, puchną i gniją. Nie ma suchego drzewa by rozpalić stosy pogrzebowe. Kto wie, ilu jeszcze umiera, ilu cierpi. Władz to nie obchodzi. Owszem, oficjalne gazety pokazują piękne obrazki, trawa malowana jest na zielono, ale w rzeczywistości ofiary są tylko marionetkami w propagandowym teatrzyku. Ludzie próbują pomagać, czasem na własną rękę. To może być groźne. Biznesmeni chcieli pomagać, ale nie zamierzali drażnić władz. W kraju panował klimat niepewności i jeszcze nie było wiadomo, czy udzielanie pomocy ofiarom klęski żywiołowej i filmowanie ludzkich cierpień nie zostanie uznane za zbrodnię. (s.34) Przeczytajcie to zdanie jeszcze raz. Czy to naprawdę kraj „najszczęśliwszych ludzi na świecie”?

Piszę to i znów się wściekam. Larkin, nie wiem jak, zachowuje spokój. Może wytłumaczeniem jest ten fragment, kiedy przyznaje, że w pewnym momencie zobojętniała przeglądając zdjęcia z terenu katastrofy, że zobaczyła na nich zbyt wiele trupów? Może to jedyny sposób, żeby dać świadectwo?

Larkin je daje. Spustoszenie to trzy części: czas bezpośrednio po cyklonie, cofnięcie się w przeszłość, do roku 2005, by opisać naturę reżimu i brutalnie tłumionych protestów przeciwko niemu, wreszcie powrót nad Irawadi kilka miesięcy po katastrofie. Wyjątkowe w książce jest to, że autorka mówi po birmańskiu, ma tam dziesiątki znajomych, przez których może dotrzeć do kolejnych rozmówców, zdobyć ich zaufanie, ominąć zasieki rządowej propagandy. Rozmawia z ofiarami, z ludźmi próbującymi nieść pomoc, z birmańską ulicą, ale też czyta rządowe wydawnictwa i raporty z zagranicy. Skleja obraz dyktatury gotowej na wszystko dla utrzymania władzy i jej bezsilnych ofiar. Zachowuje spokój, ale nie neutralność. Prawda nie leży pośrodku.

Mocna rzecz. Do przeczytania przed wyjazdem do Birmy.

PS. Pisząc książkę Emma Larkin jeszcze tego nie wie, ale pokłosiem cyklonu Nargis okażą się też ostatecznie ustępstwa ze strony reżimu. Wpuszczeni do kraju zostaną humanitaryści i obserwatorzy. Rozpoczyna się odwilż polityczna – nawet jeśli slogan „demokracja wysoce zdyscyplinowana” brzmi wyjątkowo dwuznacznie. W 2011 roku ustępuje Than Shwe. Jego następca jest bardziej gotów do rozmów z ONZ i przywódcami innych państw. Wolność odzyskują więźniowie polityczni, w tym noblistka Aung San Suu Kyi. Ale pamiętajmy o cenie.

Emma Larkin, Spustoszenie. Nieopowiedziana historia o katastrofie i dyktaturze wojskowej w Birmie. Wydawnictwo Czarne 2013

Jan Marković

Jan Marković

Człowiek, który nie zna się na podróżowaniu, ale od czasu do czasu to robi - dlatego, że lubi dni, które pamięta się w całości, a o takie łatwo w drodze. W trakcie swoich wycieczek zdobył wiele wrażeń. Niektóre spisał.

Komentarze: (1)

Europcar Polska 30 września 2013 o 11:58

To nie tylko Birma, ale cala masa krajów gdzie trawa malowana jest na zielono. To jest kwestia psychologii człowieka. Sprawa odwagi na nieprzewidywalne. władzom wszystkich krajów najbardziej wstrętna opcja. nawet Stanom Zjednoczonym.

Odpowiedz