Mogłem być kimkolwiek zechcę, zresztą już kilka razy byłem. Dybowski, Czerski, Ossendowski oraz kilku innych odkrywców i badaczy Azji. To głównie w te postacie do tej pory się wcielałem. Teraz miałem jednak zupełnie inne plany. Zostawiłem więc ich wszystkich i zmieniłem całkowicie kierunek, by tym razem odegrać role Jana Alfreda Szczepańskiego oraz Justyna Wojsznisa…

Żyję w czasach, w których podróżnik i odkrywca to gatunki niemal wymarłe. Wszystkie białe plamy na mapie świata już dawno wypełniły kolory. Smaki i zapachy odległych miejsc dzięki postępującej globalizacji zagościły na półkach niemal wszystkich sklepów, a obyczaje odległych kultur na dobre zdążyły wymieszać się z naszymi. W zamian natomiast wszędzie tam gdzie swego czasu docierali kierowani ciekawością świata pierwsi odkrywcy osiedlił się na stałe gatunek, który podobnie jak gołąb skalny posiadł umiejętność adaptacji w zasadzie do każdych warunków – turysta masowy – chyba najbardziej rozpowszechniony na świecie towar eksportowy cywilizacji zachodniej. Stopniowo zasiedlając pobudzające niegdyś wyobraźnię przestrzenie i miejsca zmienia na własny użytek ich pierwotny charakter, wydziobując w najlepsze ostatnie ziarna kultury i tradycji zasiane jeszcze przez rodowitych mieszkańców.

Najwyraźniej jednak geograficzna ewolucja tak właśnie chciała. Lecz na przekór temu wciąż istnieją miejsca, które jeszcze nie wpadły w szpony masowego turyzmu. By jednak do nich dotrzeć nie pozostaje nic innego, jak tylko wcielić się w rolę dawnych odkrywców obłąkanych irracjonalną potrzebą wyszarpania tajemnicy każdego białego punku na mapie. To więc chyba najlepszy sposób by odnaleźć nieuczęszczane od dawna i całkowicie zarośnięte już ścieżki omijające szerokim łukiem gęstniejący w oczach archipelag wysp „all inclusive” – stwierdzam w myślach podczas monotonnego marszu po wysuszonej na wiór ziemi będącej częścią rozległej wyżyny położonej między Chile, a Argentyną i znanej powszechnie w świecie pod nazwą Puna de Atacama.

Kiedyś przy odrobinie szczęścia i tego samego zacięcia, które mam do teraz być może byłbym podróżnikiem, a nawet odkrywcą – kontynuuję monolog z samym sobą. Niestety ze swoimi narodzinami mocno się spóźniłem. I choć biały lukier na torcie w kształcie globusa został już dawno zjedzony i nic co nieodkryte już nie pozostało, nie ma to większego znaczenia dopóki wciąż najbardziej bawi mnie sama droga. Rozglądam się wokół siebie i kolejny raz tego samego dnia dochodzę do wniosku, że akurat ta, którą podążam, przynosi doznania estetyczne najwyższych lotów.

Moje rozważania przerywa przesuwający się po ziemi cień. Przez chwilę mi towarzyszy by następnie oddalić się i nigdy już nie wrócić podczas całego mojego pobytu na tej przepełnionej surowym pięknem ziemi. Tak kończy się moje pierwsze w życiu spotkanie z kondorem.

Tak też kończą się moje rozmyślania. Brutalnie przerwa je proza życia – piekący ból ramion. To bowiem dokładnie tydzień odkąd rozpocząłem wędrówkę z prawie czterdziestokilogramowym plecakiem. Dzisiaj waży on, co prawda już nieco mniej, lecz czuję, że również i mnie z każdym dniem marszu ubywa…

I choć za mną niespełna pięćdziesiąt kilometrów, to jak dotąd celu wędrówki wciąż nie widać. A jest nim góra Ojos del Salado (6893 m n.p.m.). To obecnie najwyższy, drzemiący wulkan świata, położony dokładnie na granicy argentyńsko – chilijskiej. To jednocześnie drugi pod względem wysokości po Aconcagui (6962 m n.p.m.) najwyższy wierzchołek półkuli południowej. To wreszcie najwyższy szczyt Chile.

W ogóle nie dziwiłby więc fakt gdyby dwa tytuły „naj” i jeden „vice” przyciągały w te strony wielu śmiałków. Tymczasem od tygodnia nikogo tu nie spotkałem…

Powodem takiego stanu rzeczy jest niedostępność wulkanu, która wyklucza całkowicie możliwość dojazdu autem pod jego masyw od strony argentyńskiej, po której właśnie się znajduję. Co więcej pod górę nie jest w zasadzie wytyczony żaden szlak, a sama ścieżka wiedzie miejscami przez teren zupełnie pozbawiony wody. Dlatego zdobycie szczytu od strony argentyńskiej jest niewspółmiernie bardziej skomplikowane niż od strony chilijskiej, od której w zasadzie na wysokość 6500 m n.p.m. można dotrzeć samochodem.

Potwierdzają to zresztą Julio i Jenny – właściciele jednego z zaledwie kilku hosteli w Fiambali – najbliższej miejscowości w promieniu setek kilometrów od wulkanu. Pomysłem zdobycia szczytu bez muła i przewodnika nie są może specjalnie zaskoczeni – tacy już tu bowiem przyjeżdżali – lecz mimo to sama idea wydaje im się wciąż co najmniej karkołomna. Skoro taki pomysł nawet przez miejscowych uważany jest za absurdalny to jakim musiał się wydawać osiemdziesiąt lat temu dla jego prekursorów? – zastanawiam się po cichu.

POLECAMY: Gunung Rinjani – wulkan, który onieśmiela swoją wielkością

Jednak to właśnie w 1937 roku bez żadnej wiedzy o regionie i z niewspółmiernie większym bagażem z drogą, którą teraz przemierzam przyszło się przecież zmierzyć Szczepańskiemu i Wojsznisowi. Ostatecznie dotarli na szczyt dlaczego więc nie miałbym dać rady i ja? – podnoszę się na duchu w przypływach słabości. A nie należą one do rzadkości. Raz ich powodem jest huraganowy wiatr wiejący zawsze w twarz, raz mordercze słońce, raz strome podejście i coraz większa wysokość, a raz po prostu brak sił i chęci. Tak po ludzku.

Choć od wyprawy Szczepańskiego i Wojsznisa minęło dokładnie osiemdziesiąt lat każdy kolejny dzień trekkingu utwierdza mnie w przekonaniu, że w otaczającym krajobrazie nic się od tego czasu nie zmieniło. Pokryte głęboką purpurą mocno zwietrzałe wzgórza wystające niczym wyspy wysoko spoza morza pożółkłych traw, obojętne spojrzenie rzucane przez ośnieżone góry, falujące wokół rozgrzane powietrze, porywisty wiatr przynoszący z oddali mroźny oddech zimy albo ta pojawiająca się na przemian z podmuchami przytłaczająca cisza potęgująca tylko uczucie zupełnego osamotnienia… Myślę, że wszystko to stanowi esencję tego miejsca, którą bez wątpienia odnajdzie każdy kto postanowi je odwiedzić.

Zresztą mniej więcej tak to sobie właśnie wyobrażałem, unosząc się myślami wysoko poza materialną sferą podczas podróży samochodem z Jenny na miejsce rozpoczęcia trekkingu. Z góry wyglądało ono niczym mała nic nieznacząca plama zagubiona wśród bajecznych pejzaży, które malowałem w swojej głowie. Było pięknie. Lecz gdy dotarliśmy do celu czar prysnął a krajobrazy, które podziwiałem, rozwiał w momencie porywisty wiatr. Zrobiło się chłodno i nieprzyjemnie. Sfera przyziemności nagle poszerzyła swoje terytorium i uderzyła we mnie z podwójną siłą. Samochód tymczasem odjechał. Zostałem sam i wtedy po raz pierwszy poczułem zimny dotyk pustki, która roztaczała się wokół mnie. Tak zatem smakuje pierwszy kęs wymarzonej przygody – pomyślałem z niepokojem.

Rozejrzałem się wokół siebie. Droga, którą przyjechałem była pusta. Choć nowo wybudowana w zasadzie już była martwa. Nic bowiem tędy nie jeździło. Bo i dokąd miało? W jedną stroną przykryta warstwą nawianego piasku znad puny Fiambala, w drugą granica, a potem już tylko bezkres kurzu i soli aż do chilijskiego Copiapo. Niewiele zatem nadawało sens jej istnieniu. Życie drogi podtrzymywało zaledwie tylko garstka aut przejeżdżających tędy w przeciągu doby. To jednak od ich obecności zależało czy niedawno wylany idealnie płaski asfalt nie zostanie strawiony bezpowrotnie przez piaski Atakamskiej Puny.

POLECAMY: Atakama. Pustynia, wulkany i gigantyczne solniska

A była ona rozległa. Na tyle, by zwątpić już na samym początku. Gdzieniegdzie unosiły się targane wiatrem tumany kurzu. Przy większych porywach zmieniały się one w małe tornada hulające po ziemi zupełnie tak, jakby patrolowały całą okolicę, szukając intruzów próbujących dostać się do ich świata.
Lecz mi się udało.

Niepostrzeżenie przemknąłem między nimi i dotarłem do wąskiej doliny, która po kilku dniach kluczenia miała mnie wyprowadzić na rozległy płaskowyż. Tam ostatecznie kończyła się woda, a zaczynała próba w postaci jałowego prawie dwudziestokilometrowego odcinka pozbawionego jakiegokolwiek źródła z przewyższeniem kilkuset metrów. Jej pomyślne pokonanie dawało nadzieję.

Byłem jednak zbyt słaby, by pokonać z plecakiem i zapasem wody za jednym razem rozgrzany do czerwoności przez słońce olbrzymi płaskowyż. Lecz za nim rozpoczynało się już królestwo gór. Tam była woda. Tam też był Ojos del Salado i to motywowało. Nie było jednak życia. Ono zamierało na płaskowyżu. Granicę strefy życia wyznaczały zmumifikowane resztki zwierząt i ich białe niczym śnieg szkielety. Za nimi istniał już tylko świat nieożywiony.

Tymczasem przeleciał nade mną kondor. On był królem tego świata. Jako jedyny mógł bowiem bezkarnie przekraczać granicę życia i śmierci. Wznosić się wysoko, nie przejmując się zupełnie rozrzedzonym powietrzem i zarazem do woli czerpać z jego zasobów tuż nad ziemią. Szybować daleko poza strefą, w której było życie, by za chwilę do niej wrócić i szukać swojej, niedoszłej ofiary.

Ja kondorem jednak nie byłem, choć jeszcze kilka dni temu unosiłem się tak jak on wysoko ponad ziemią. Dzisiaj natomiast bardziej przypominałem ofiarę, która ledwo powłócząc nogami po piasku miała za chwilę paść i już nie wstać. Lecz kondor tak samo jak się pojawił tak samo nagle zniknął. Być może nie widział we mnie ofiary lecz wewnętrzną siłę, która ostatecznie pozwoliła mi pokonać ten jałowy odcinek drogi.

Wreszcie znalazłem się w górskim królestwie. Śniegu jednak tu zupełnie nie było. Jego rolę przejęły penitenty. Wydawało się, że wzięły ją sobie mocno do serca. Zajmowały bowiem rozległe połacie stoków i dolin, utrudniając dalszą wędrówkę. Lecz nawet one dostojne i dumne na wysokości ponad pięciu tysięcy metrów musiały uznać wyższość górującego każdego dnia w zenicie słońca. Nie miało ono litości i topiło je jeden za drugim. Co chwilę słychać było tylko głuche trzaski. To penitenty, nie wytrzymując nieludzkich tortur promieni słonecznych łamały się w pół i umierały w mękach, tworząc w ten sposób posępne cmentarzyska.

Kiedy coś umiera kolejne się rodzi – kiedyś usłyszałem. Tu jednak od dawna nie było żadnych narodzin. Spoglądając wokół dostrzegałem tylko surowe piękno i śmierć. Penitenty bowiem tajały, a góry pomału wietrzały. I tak przez lata, wieki, ery całe.

Na przekór temu zapuszczałem się głębiej i głębiej, nie licząc specjalnie na gościnność tej posępnej krainy. Wysokość stopniowo zaczynała robić swoje, wyraźnie sugerując, że zwyczajnie nie jestem tu mile widziany. Lecz na takie przyjęcie byłem przygotowany. Szedłem więc dalej, ponosząc w milczeniu konsekwencje swojego nietaktu podczas długich, bezsennych nocy. Każdy poranek przynosił nadzieję, nadchodząca noc zaś ją odbierała. To wtedy bowiem majaczyłem, tocząc zażarte bitwy z własnymi koszmarami i urojeniami. Mój organizm najwyraźniej w ten sposób sygnalizował, że nie jest jeszcze odpowiednio zaaklimatyzowany.

I w końcu nadszedł przełom. Nastał dzień, w którym stojąc na smaganej lodowatym wiatrem przełęczy po raz pierwszy GO ujrzałem. Nie był wybitny, ani też wcale ładny. Był przeciętny, a po prawdzie może nawet brzydki. Choć był wciąż daleko i tak wydawał się zdecydowanie najwyższy z pośród wszystkich – Ojos del Salado.

POLECAMY: Cerro Rico. Diabelska góra z Potosi

Oprócz odległości dostępu do niego broniły morenowe wzgórza. Poprzecinane głębokimi dolinkami tworzyły zawiły labirynt, w którym bez wątpienia sprawdziłaby się nić Ariadny – pomyślałem. Lecz w tej chwili już nie zważałem na żadne trudności. Zszedłem więc pewnym krokiem na drugą stronę przełęczy. Przezornie rozbiłem od razu namiot, by przygotować się na dalsze spotkanie z koszmarami podczas zbliżającej się wielkimi krokami nocy. Tak jak się spodziewałem, odpocząć nie było mi dane. Kolejny raz więc bezsenność i niczym nieuzasadniony lęk nękały mnie tej nocy choć tym razem jakby bardziej. Aż w końcu po kilkugodzinnej torturze zaczęło się rozjaśniać. Nadchodził nowy dzień.

Pierwsze promienie słoneczne zaczęły stopniowo wypierać w niebyt zmrożone na kość cielsko nocy. Kiedy to nastąpiło, a dzień rozlał się na dobre po wszystkich szczytach i dolinach ruszyłem dalej. Musiałem zejść niżej, by zanurzyć się w świat zawiłych korytarzy. Na jakiś czas ośnieżone szczyty zniknęły, a ich biel zastąpiły wszystkie odcienie czerni. Tylko błękit nieba utwierdzał mnie w przekonaniu, że nie dotarłem jakimś przypadkiem do samych czeluści Ziemi. Lecz to był wciąż świat zewnętrzny. Co więcej ten pozornie jałowy krajobraz krył w sobie ukryte piękno w postaci miniaturowego pojezierza okresowych jezior. Ich turkusowy kolor wspaniale kontrastował z czernią wulkanicznych skał.

W końcu jednak udało mi wyrwać z zawiłego labiryntu, który jako ostatni bronił dostępu do wulkanu. Bo właśnie za nim rozlewał się po okolicy piaszczysty płaskowyż, z którego wyrastał potężny masyw Ojos del Salado. Piętrzył się prawie półtora kilometra do góry, cały pokryty czernią skał i bielą lodowców. Tylko wierzchołek był inny. W całości żółty w ogóle nie pasował do całej reszty góry. To jednak on interesował mnie najbardziej. Tam bowiem zamierzałem stanąć.

Poszedłem więc odważnie przed siebie, lecz zbliżający się wieczór nie dawał nadziei na dotarcie do obozu schowanego gdzieś wysoko pośród skał, których niezliczona ilość budowała cały masyw Ojos del Salado. Zatrzymałem się więc na płaskowyżu i rozbiłem namiot pod ogromnym głazem narzutowym będącym w okolicy jedyną osłoną przed wiatrem. Lecz tego dnia nie wiało. Noc również była spokojna i bezchmurna. Zresztą jak zawsze.

Różnicę w zasadzie robił tylko jeden fakt – tego dnia wypadał akurat Sylwester. Przed wejściem do śpiwora wyszedłem więc jeszcze na zewnątrz. Porozrzucane po niebie nie wiadomo przez kogo gwiazdy tworzyły niespotykane na naszej półkuli konstelacje. Mieniąc się wysoko rozświetlały niczym zmyślne fajerwerki całą okolicę. A ja stojąc przed namiotem jeszcze jakiś czas podziwiałem świętującą w ten sposób przyjście Nowego Roku naturę.

Kolejny dzień znowu rozpanoszył się po okolicy i na próżno było szukać śladów hucznego przedstawienia, które urządziła tu przyroda. Tak samo zresztą jak jego świadków. Byłem tu bowiem zupełnie sam. Ta myśl budziła spore obawy, dlatego na wszelki wypadek ją odrzuciłem. Podniosłem plecak i ruszyłem przed siebie. Szybko dotarłem do miejsca, w którym kończył się płaskowyż. Stąd rozpoczynało się już mozolne podejście, które miało się skończyć dopiero na szczycie…

Mimo, że znajdowałem się w krainie wulkanów najwyższy z nich – Ojos del Salado w ogóle go nie przypominał. Asymetryczna, rozlazła sylwetka pozbawiała go w zasadzie wszystkich charakterystycznych cech, które są widoczne na każdym rysunku dzieci przedstawiających wulkany. Tutaj natomiast nie było ani kształtu stożka ani też dymiącego i opatulonego białym puchem wierzchołka. Jedyne, co zdradzało obecność w okolicy najwyższego wulkanu świata był unoszący się miejscami w powietrzu zapach siarki.

POLECAMY: Salar de Uyuni. Podróż ku drodze mlecznej

Tymczasem w oddali nieoczekiwanie zagrzmiało. Spojrzałem w górę. Nade mną nie wiadomo nawet kiedy rozwinął się czarny dywan stopniowo pokrywający całe niebo, a niebawem, kiedy byłem już w namiocie rozbitym w zupełnie opustoszałym obozie, z góry zeszła gęsta, szara chmura, która niczym kurtyna zasłoniła scenę dalszych wydarzeń wraz z jego głównym aktorem – Ojosem del Salado.

Wczesny ranek następnego dnia stanowił rozpoczęcie ataku. Wyszedłem jeszcze przed świtem. Choć gwiazdy już powoli bledły, a daleko za mną leniwie wstawał nowy dzień, górę wciąż krępowały objęcia nocy. Minęło sporo czasu zanim wulkan ostatecznie oswobodził się z jej ucisku. W tym czasie zdążyłem już wejść na mocno eksponowane zbocze, po którym między dwoma cielskami spływających obok siebie lodowców rozpocząłem mozolne podejście. Jego zwieńczeniem była krawędź kaldery wulkanu. Znajdowała się ona niestety dopiero w połowie drogi na wierzchołek. Roztaczał się stąd jednak wspaniały widok na okoliczne pasma dumnie prezentującą przede mną całą gamę żółci i czerwieni, w które były przybrane. Stąd też miałem również doskonały podgląd trasy, którą dotychczas pokonałem. Z tego miejsca zupełnie zmienił się jednak jej charakter. Droga nie jawiła się już ani jako długa ani też ciężka, a wszystkie strome podejścia, na których cierpiałem katusze wyglądały stąd po prostu niewinnie.

Dalej droga opadała kilkadziesiąt metrów w dół tylko po to, by ponownie wzbić się gwałtownie do góry na stromy, pięćsetmetrowy stok – ostatnią przeszkodę dzielącą mnie od wierzchołka wulkanu. Zacząłem więc podejście, lecz podłoże było tu wyjątkowo kruche i każdy krok do góry skutkował zsuwaniem się na dół, w efekcie czego wysokość zdobywałem w ślimaczym tempie. To męczyło i co więcej rodziło frustrację. Myślę, że to ona, bardziej aniżeli zmęczenie fizyczne, wysysała ze mnie cały zapas sił, który oszczędzałem na czarną godzinę. Sytuacji nie polepszały również tworzące się na niebie chmury. Na początku zupełnie niewinne baranki dość szybko zwiększały swoje rozmiary, przeobrażając się w wygłodzone monstra chcące pożreć cały błękit nieba. Na szczęście z pomocą przyszedł mi mój jedyny tego dnia sprzymierzeniec – wiatr, który daleko przeganiał oblegające wierzchołek chmury. W ten sposób zyskałem trochę czasu. Wiedziałem jednak, że niewiele…

Lecz zażarta walka z wulkanem o każdy kolejny metr pozbawiła mnie całej energii. Byłem wykończony. Zwyczajnie brakowało sił. Do góry przyciągał mnie jednak niczym magnes sam wierzchołek, który pusząc się przede mną ostentacyjnie chciał pokazać kto tutaj rządzi.

I pokazał. Coraz głośniej swoje niezadowolenie manifestował bowiem mój organizm, który domagał się bym zaczął schodzić. Co gorsza do strajku solidarnie przyłączył się również głos rozsądku, ale i wówczas nie posłuchałem. Pewnie z wrodzonej przekory i upartości. Spod znaku zodiaku jestem w końcu rakiem. Ostentacyjnie zostawiłem więc plecak i bez zbędnego balastu poszedłem dalej. To wystarczyło by pokonać bez przystanku nie więcej niż dwadzieścia metrów, a potem przerwa, kolejnych kilka minut odpoczynku i znowu w górę. I tak dziesiątki razy dopóki ostatecznie nie stanąłem na szczycie.

Nie było jednak spodziewanej euforii. Zamiast niej pojawiła się natomiast panika – wynik uczucia całkowitego odosobnienia i pogarszającej się z każdą chwilą aury. Szeroki front gęstych chmur nadciągał bowiem z argentyńskiej strony i już nic nie było w stanie się temu przeciwstawić. Rozejrzałem się więc szybko wokół by spróbować zapamiętać i zabrać ze sobą w plecaku do domu widok ze szczytu, którym właśnie w tamtej chwili się napawałem.

Spojrzałem więc po raz ostatni na chilijską stronę. Argentyńska bowiem mnie przerażała swoim złowieszczym charakterem. Z rozległego plateau, które ciągnęło się daleko w głąb wyrastały niczym góry lodowe z oceanu pozostałe wulkany. Wszystkie miały stożkowe kształty. Tylko Ojos del Salado był inny. To on jednak niczym kondor wzbijał się najwyżej i to on spoglądał z góry na wszystko, co znajdowało się dookoła. Być może właśnie dlatego nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że podczas całej drogi powrotnej czułem na plecach czyjeś spojrzenie. I choć nigdy się tego nie dowiem dzisiaj jestem niemal pewien, że rzucały je Oczy Słonej Góry. Tak bowiem można przetłumaczyć nazwę Ojos del Salado…

Tomasz Kik

Tomasz Kik

Geograf z wykształcenia, z pasji obieżyświat. Zafascynowany Azją, której oddał znaczną część własnego życia. Odwiedził ponadto większość krajów Europy Środkowo – Wschodniej, zatrzymując się „na dłużej” w Rumunii i na Słowacji. W wolnych chwilach oddaje się bez reszty lekturze podróżniczej, co sprawia, że jego życie to nieustanna podróż, a podróże są jego życiem.

Komentarze: Bądź pierwsza/y