To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Ale być może na całe życie. Oto czym zachwyca Czarnogóra.

Czy można w jednej mieścinie na Bałkanach zasiedzieć się tak długo, by lokalny piekarz pierwszy mówi dobro jutro i sam wiedział, że należy podać rogala z czekoladą (croissant s čokoladom), a staruszka z targu specjalnie dla nas obniżała taryfikator cenowy za najlepsze arbuzy (lubenice) na świecie?

Jeśli pała się miłością nieograniczoną do gór, morza, jeżdżenia stopem, dobrego lokalnego wina, smażonych serów, a nade wszystko uwielbia się pięknych ludzi zmęczonych słońcem i pracą fizyczną, ale o olbrzymim sercu, to można nawet spędzić tu całe lato. A to co będzie kazało wrócić, czyli obronienie pracy magisterskiej, po latach będzie się wydawało powodem tak błahym, że z dzisiejszą mądrością, w Boce Kotorskiej zostałabym na zawsze. A hipotetyczne podpisanie dokumentu o niemożności opuszczenia wybrzeża Czarnogóry, wcale nie byłoby cyrografem.

Widok ze wzgórza w okolicy Risan. (Fot. Magdalena Bodnari)

Widok ze wzgórza w okolicy Risan. (Fot. Magdalena Bodnari)

Do dwóch razy sztuka

Z Czarnogórą nie pokochałyśmy się od razu. Gdy pierwszy raz zawitałam w jej granice wydawała mi się droga i zbyt europejska. Nie dałam jej szansy i uciekłam do Albanii, która była bardzo tania, a europejskość to jedno z ostatnich słów jakie nasuwa mi się na usta do dnia dzisiejszego, gdy o niej myślę. Być może zawiedzenie Czarnogórą spowodowane było tym, iż wjechałam tu od strony chorwackiej.

Drugie podejście, było bardziej trafne. Wkraczałam od strony Serbii. Kombinowane połączenie z Polski – najpierw TLK do Budapesztu (bilet kupiony w promocji za 19 euro), łapanie stopa w centrum stolicy by z niej wyjechać, potem szukanie transportu do granicy (Węgrzy częściej jeżdżą do Bułgarii niż Serbii, a Ci którzy już udawali się w tym mało uczęszczanym kierunku bali się wywozić ze strefy Schengen cudzoziemkę), wielkie kuszenie (budapesztańscy hipsterzy podwozili mnie parę kilometrów w swojej podróży nad Balaton starym volvo i proponowali bym do nich dołączyła i nauczyła się pływać na krótkiej desce surfingowej).

Szczęściem w nieszczęściu było (mam na myśli jedynie sens mojej podróży, odcinam się od asocjacji politycznych), iż tego dnia zwyciężył w wyborach na Węgrzech pewien Wiktor, a jedynymi odważnymi, którzy zdecydowali się przygarnąć mnie na pokład swojego wehikułu okazali się członkowie ekipy telewizyjnej jadący do serbskiego miasteczka, gdzie mieszka mniejszość węgierska. I chcieli się ich popytać na kogo głosowali. Ja już się tych odpowiedzi nie doczekałam, wysiadłam na skrzyżowaniu dróg krajowych po serbskiej stronie (wyglądem i częstotliwość ruchu bardziej przypominało krzyżówkę w Mogielnicy).

Pierwszy przejeżdżający tir i od razu zostały użyte hamulce. Nawet nie zdążyłam sobie zrobić zdjęcia. Sukces po wielokroć. W końcu jestem na Bałkanach! Pan jechał do Belgradu, był dystrybutorem Kinder niespodzianek oraz był jugonostalgikiem. Ta ostatnia sprawa zachwyciła mnie najbardziej.

W trakcie pokonywania tych dwustu kilometrów dowiedziałam się (choć już gdzieś wcześniej o tym czytałam i słyszałam), że wszystkie porządne rzeczy w kraju za oknem powstały w czasach Tita, a teraz wszystko się chyli ku upadkowi. A gdyby Tito był cały czas u władzy, to na drodze którą jechaliśmy nie byłoby ani jednej dziury, bo je wszystkie zrobili podli kapitaliści. Swoim wielkim tirem podwiózł mnie pod sam dworzec autobusowy, czym na pewno złamał niejeden punkt kodeksu drogowego i wielokrotnie używał najbardziej znanego na świecie serbskiego słowa piczkumatu kręcąc po rondach, na których się jego pojazd nie mieścił.

Kolejną noc spędziłam w autobusie, by rano znaleźć się u celu podróży, w Risan. Pod skórą czułam że pierwsze wrażenie było mylne, że Czarnogóra odkryje przede mną swe oblicze w cudowny sposób. Cieszyłam się że dałam jej szansę.

Risan, starożytne Rhizon

Zatoka przywitała mnie rześkim świtem w słońcu, które dopiero co wyłoniło się zza wysokiej góry. Przy przystanku nad samym brzegiem zatoki, znajdowała się piekarnia, która miała być moją śniadaniową stołówką przez kolejne tygodnie. Małe centrum, drewniana cerkiew i droga zaczynała piąć się po zboczach. Kwaterę znalazłam w wyższej partii miasteczka. Każdy tu zarabiał udostępniając turystom przybudówki, wolnostojące domki, lub pokoje z osobnym wejściem. Ceny nie były wygórowane, a im dłużej decydowałam się zostać, tym mniejszą cenę za noc dostawałam.

W Risan od lat kopią polscy archeolodzy, dlatego też miejscowi odnoszą się z życzliwością do reprezentantów naszego narodu, jesteśmy bowiem dla nich cyklicznym przychodem finansowym – na wykopaliskach zatrudniani są miejscowi młodzieńcy, restauracje sprzedają dziesiątki kilogramów frytek i pizzy, a sklepy ledwo nadążają z zamawianiem alkoholu.

Badania polskich naukowców przynoszą wieści z czasów zamierzchłych, gdy krzyżowały się tu najważniejsze drogi, a panowali Ilirowie. W III wieku p.n.e. królowa Teuta ustanowiła w Rhizon swoją stolicę, przeprowadziła ona dwie wojny z Rzymem, które przegrała. Iliria w roku 168 p.n.e. przeszła w ręce Imperium Rzymskiego, jednak starożytne Risan pozostało wolne. Królem został Ballaios. Wykopaliska były prowadzone w różnych punktach miasta, na światło dzienne wyłoniono willę z zachowaną łazienką i geometrycznymi mozaikami, nekropolę, fragment drogi rzymskiej, a w ostatnich latach wciąż natrafiano na skarby monet, co przyniosło archeologom chwilowy rozgłos nie tylko w lokalnej, ale i europejskiej prasie. W pobliżu cerkwi jest nawet coś na kształt małego parku archeologicznego.

W skutek zawirowań historycznych tereny Zatoki Kotorskiej weszły w obręb Wschodniego Cesarstwa, w V wieku zaatakowane przez Gotów, w VII przez Awarów i Słowian. Od 1170 roku Zatoka wchodziła w skład Państwa Serbskiego, a w ostatnich latach XV wieku Turcy osmańscy podbili niemal całą Czarnogórę.

Morze, góry i piargi

Zatoka (Boka) Kotorska to wijąca się kilometrami linia brzegowa z bardzo wieloma zakamarkami i ustępami. Nie jest jednak, jak się powszechnie uważa, fiordem, ale riasem, nie było tu lodowca, a pokrętny kształt uformował się w zalanym korycie rzeki. Wzdłuż całego wybrzeża, które ciągnie się zakrętami niemal sto kilometrów, tradycyjnie, jak to nad Adriatykiem bywa, nie ma piasku, jest beton, a miejscami żwir. Parędziesiąt metrów od brzegu teren zaczyna się wznosić i bardzo szybko z poziomu zero robi się więcej i więcej, by w najwyższym punkcie osiągnąć 1894 m. w masywie Orijen.

Góry dostępne, opatrzone szlakami to te znajdujące się w parkach narodowych. Bardzo trudno jest zdobyć ich dokładną mapę na miejscu. Na trasie rzadko kiedy spotyka się autochtonów, częściej innych zagranicznych turystów. Są tacy, którzy się wspinają, jednak to ekstremiści – nie spotkałam się tu z ani jednym wkręconym spitem czy poprowadzoną drogą. Turystyka piesza również nie jest bardzo popularna, ale kiedy już jest się na szlaku trudno go zgubić – szlaki bowiem to zwykle gruntowe drogi przez przełęcze, z których sporadycznie korzystają terenówki miejscowych.

Można próbować zdobywać szczyty „na dziko”, kozy dają radę, to czemu ludzie nie. Rzadko jednak da się dojść do grani, po wyjściu z krzaków pełnych pająków i węży zaczynają się piarżyska, a potem pionowe niedostępne ściany.

Perast – weneckie posiadłości

Parę kilometrów od Risan znajduje się dużo mniejsza miejscowość – Perast. Mieszka tu około 300 osób, które mogą się pochwalić zgoła inną historią od bliskich sąsiadów. W latach 1420-1797 miasto należało do Republiki Weneckiej. Na pierwszy rzut oka zachwycają zaniedbane barokowe pałace (często w ruinie, w 1979 roku miało tu miejsce trzęsienie ziemi), piękny port, wzdłuż którego zaparkowane są małe motorówki, którymi za drobną opłatą można popłynąć na jedną z dwóch pobliskich wysp- Wyspę Matki Boskiej na Skale z barokowym kościołem. Na drugiej, św. Jerzego, znajduje się męski klasztor klauzulowy i obecność tam musiałaby się wiązać z ważnymi życiowymi decyzjami.

Kotor, mały Dubrownik

Niby ta zatoka mała, a każda miejscowość ma swoją osobną historię i na inny okres przypadają jej czasy świetności. Taka to przywara kraju górzystego, gdzie solidna komunikacja asfaltowa pojawiła się dopiero w niedalekiej nam przeszłości.

Kolejnym miastem do którego na pewno się trafi będąc w Boce jest Kotor. Pierwsze wzmianki pochodzą z IX wieku, do XII Kotor był twierdzą pod władaniem Bizancjum, co pozostawiło wielką atrakcję turystyczną regionu czyli możliwość wspięcia się na pobliskie wzgórz e- twierdzę. Osobę o słabej kondycji fizycznej wędrówka pod górę w czterdziestostopniowym upale może przysporzyć o przynajmniej przyspieszone tętno, mnie jeden chłopiec, którego namówiłam na tą wycieczkę wyzywał dopóki miał siłę iść, a potem już został na którymś tam tarasie. W szpilkach na szczyt dochodzą tylko kobiety rosyjskojęzyczne, które jak powszechnie wiadomo, są mistrzyniami w tym sporcie (szpilkowym, nie wspinaczkowym). Warto jednak nie rezygnować z wejścia. Widok z góry na boską Bokę zapiera dech w piersiach.

Samo miasto to idealne miejsce na miłe popołudnie, mnóstwo tu dobrych restauracji z lokalnym jedzeniem. Spróbować koniecznie trzeba cevapi, czyli takich naszych mielonych tylko podłużnych, inaczej doprawionych i grillowanych. Bałkańskim przysmakiem są również słone sery smażone w panierce oraz owoce morza. Alkoholowo oczywiście rakija, choć polecam również dwa lokalne wina, białe Krstac oraz czerwone Vranec. Są to niedrogie trunki (w supermarkecie nie powinny kosztować więcej niż 1,5 euro za butelkę), a smakowo na przyzwoitym poziomie.

W Kotorze znajdują się również liczne cerkwie, kościoły i pałace, wiele tu pięknych fotograficznych kadrów. Wszystkie ulice starego miasta są brukowane, jego obręb ograniczony wysokimi murami, a dostać się tu można przez średniowieczne bramy. Stąd śródtytułowe porównanie do chorwackiej mekki turystycznej.

Betonowy pomnik Niegosza

Kierując się z Kotoru w stronę Parku Narodowego Lovćen oddalimy się od Boki jedynie o 30 kilometrów, mając ją przez większość drogi w imponującym widoku. Górska serpentyna doprowadzi nas do olbrzymiego masywu, gdzie można spędzić czas bardziej aktywnie i zażyć odrobinę jugonostalgii. Po pierwsze dzięki licznym ośrodkom sportowo-wypoczynkowym. Letnicy mieszkają tu w namiotach lub drewnianych domkach na palach, spędzają czas na grach zespołowych, wieczorami rozpalają ogniska i śpiewają dopóki nie skończy im się alkohol.

Perast od strony morza. (Fot. Magdalena Bodnari)

Perast od strony morza. (Fot. Magdalena Bodnari)

Po drugie w Lovćen, na szczycie Jezerskim, znajduje się mauzoleum ostatniego władyki Czarnogóry, Piotra II Petrowicia-Niegosza. Umarł on w 1851 roku, początkowo stanęła tu prawosławna kaplica, jednak na przełomie lat 60 i 70 XX w. wzniesiono imponujące mauzoleum, którego twórcą był jugosłowiański architekt Ivan Mestrovič. Budowla jest zbudowana w duchu socrealistycznym, z kamienia, ze złotym dachem. Wejścia strzegą dwie kariatydy – Czarnogórki z granitu, w środku znajduje się pomnik Niegosza ważący 28 ton (!).

Historia najnowsza

Ostatnim tchnieniem Federacyjnej Republiki Jugosławii była zmiana nazwy w 2003 roku na Serbię i Czarnogórę. Jednak już wcześniej (w 1996 r.) Premier Czarnogóry Đjukanović, z powodu hiperinflacji, w obronie przed nieudolnymi działaniami serbskiego prezydenta (nie takiej) świętej pamięci Miloševicia, by ochronić gospodarkę swojego kraju zdecydował się wprowadzić markę niemiecką (od 2002 r. euro). Było to korzystne dla obu krajów (Czarnogóra rozwijała się, a Niemcy, a potem inne kraje europejskie, mogli inwestować tu we własnej walucie).

Drugim ważnym postanowieniem z 1996 r. było referendum zaplanowane na rok 2006, kiedy to Czarnogórzanie musieli odpowiedzieć na pytanie czy chcą odłączyć się do Serbii. Głosowanie przeprowadzono z wiadomym wynikiem i 3 czerwca 2006 roku Czarnogóra proklamowała niepodległość. Co ciekawe nie spotkałam się z ruchami nacjonalistycznymi w Czarnogórze (jest to swego rodzaju ewenement na Bałkanach). Oglądałam z autochtonami dziesiątki meczów piłki nożnej i Serbii kibicowali jak własnej drużynie z podwórka. Przecież w głębi duszy, wszyscy są jugonostalgikami.

Magdalena Bodnari

Magdalena Bodnari

Archeolog, muzealnik, pasjonatka ludzi i świata. Zawodowo koordynuje projektami kulturalnymi w Polsce, a czasem w Europie. Z pasji robi zdjęcia, nie tylko podczas podróży. Prowadzi bloga: magdalenabodnari.blogspot.com.

Komentarze: 3

Ewelina 28 sierpnia 2013 o 17:02

Choć kraj ten jest trochę zaniedbany, to jednak ma wielki urok. Zachował jeszcze swojski klimat, bez zglobalizowanych sieciowych restauracji i marketów. Pojawiają się lepsze drogi, przyroda jest fascynująca, ludzie życzliwi – trzeba ten kraj zobaczyć.
mozaikazdarzen.blogspot.com

Odpowiedz

TripMan 27 maja 2014 o 15:41

Żywcem przeklejone z Google Translate?

Odpowiedz

ChmuryKultury 18 sierpnia 2015 o 0:03

Powiem jedno – zazdroszczę!

Odpowiedz