To na co my musimy przeznaczyć dwie miesięczne wypłaty i wyczekiwane przez cały rok dwa tygodnie urlopu, Zanzibarczycy mają na co dzień. I może właśnie to równikowe słońce i leniwa atmosfera wokół sprawia, że nie myśli się aż nadto o przyszłości…

Pewien niczym nie wyróżniający się rybak, jeden z wielu w tym porcie, codziennie wypływał w morze po to, by złowić rybę na obiad. Zawsze po złapaniu jednej sztuki, wracał na ląd, by przez resztę dnia siedzieć pod palmą na plaży i leniwie obserwować toczące się wokół życie. Któregoś razu podszedł do niego biały mężczyzna i spytał

– Dlaczego wypływając w morze, nie pokusisz się o złowienie większej ilości ryb? Masz dużo czasu i odpowiedni sprzęt. Ryby możesz potem sprzedawać na targu – kiedy zaczniesz zarabiać to kupisz lepszą łódź, zatrudnisz kilku ludzi do pomocy. Następnie, będziesz mógł nawet wyjechać gdzieś za granicę, znaleźć sensowną, dobrze płatną pracę.

A wszystko po to by… wrócić do swojej wioski i przez większość dnia siedzieć pod palmą na plaży i leniwie obserwować toczące się wokół życie. Tylko z nieco większą sumą na koncie.

Przypowieść ta idealnie oddaje nastawienie do życia ludzi zamieszkujących na Zanzibarze. To na co przeciętny mieszaniec szeroko rozumianego Zachodu musi przeznaczyć dwie miesięczne wypłaty i wyczekiwane przez cały rok dwa tygodnie urlopu, Zanzibarczycy mają na co dzień. I może właśnie to równikowe słońce i leniwa atmosfera wokół sprawia, że nie myśli się aż nadto o przyszłości…

Ci ludzie mają kompletnie inne poczucie czasu i przestrzeni niż my, Europejczycy – i w tym przypadku inne niekoniecznie musi oznaczać gorsze. Jest wiele rzeczy, których możemy się od nich nauczyć. Jak to tutaj mówią – pole pole (powoli powoli) i hakuna matata…!

Swoją podróż po wyspie Unguja – największej z wysp archipelagu Zanzibar – rozpoczynam w Stone Town. Mój pierwszy przystanek, czyli kantor, jest ukryty gdzieś w gąszczu poplątanych, wąskich uliczek medyny. Przeciskając się pomiędzy stoiskami z pamiątkami i owocami, nie sposób przejść niezauważonym. Ogrom pozdrowień, zaczepek i zaproszeń do wnętrza sklepików nieco mnie przytłacza i z ulgą wślizguję się do małego budynku ze skupem waluty. Wygląda na to, że do tego trzeba będzie się przyzwyczaić. Biały człowiek w Afryce zawsze będzie budzić zainteresowanie.

POLECAMY: Czym upija się Afryka? Dziennik ochlapany bimbrem i palmowym winem 

Tanzańskie szylingi ledwo co mieszczą się w portfelu. I to nie za sprawą jakiejś bajońskiej sumy, którą wymieniłam. Największy banknot o nominale dziesięciu tysięcy szylingów to równowartość piętnastu złotych, więc po wymianie kilkudziesięciu dolarów, można przez chwilę poczuć się jak bogacz.

Pierwsze wymienione pieniądze wydaję na świeże fistaszki spakowane w rożek ze starej gazety. I to jest jedna z tych rzeczy, które tutaj lubię – brak foliówek. Na większości straganów i w sklepach sprzedawcy wszystko pakują w papierowe torby lub gazety – począwszy od pamiątek i przekąsek, skończywszy na podpaskach. Dodatkowo, do fistaszków dokupuję przesłodki sok z trzciny cukrowej i raz jeszcze daję się wchłonąć arabskiej medynie.

I nie ma co panikować, kiedy się okaże, że nie pamiętamy drogi powrotnej do hotelu. Serio. Bo tu warto się zgubić, poszwendać i wbić w rytm miasta. Bez pośpiechu i bezsensownego zamartwiania się. Przystanąć przy pięknie rzeźbionych drzwiach, wejść do meczetu i zboczyć z trasy.

Starówka w Stone Town w 2000 roku została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO. Część budynków została zbudowana z koralowca, który nadaje im ciepłą, pomarańczową barwę. Niestety, nie jest to budulec wytrzymały, co widać po stanie mijanych przeze mnie domów. Stone Town ewidentnie przegrywa walkę z czasem, szacuje się, że około osiemdziesięciu procent wpisanych na listę budynków jest w złym stanie. To samo tyczy się Domu Cudów, który – wydawałoby się – powinien być symbolem całej wyspy. W końcu to dawna siedziba drugiego sułtana Zanzibaru, pierwszy budynek na wyspie do którego doprowadzono prąd i bieżącą wodę oraz pierwszy w Afryce Wschodniej, gdzie zamontowano windę. Niestety, od kilku lat popada w ruinę i ze względu na przedłużające się remonty jest zamknięty dla zwiedzających.

Po zmroku, na nabrzeżu mężczyźni rozkładają stoiska z jedzeniem. Pieczone bataty, aromatyczne szaszłyki, tzw. zanzibar coca-cola – czyli (nie)zwykła woda kokosowa, czy też ichniejsza wariacja na temat pizzy, to tylko niektóre rzeczy, których możemy tu spróbować. Wszystko spowite jest gęstym dymem, a oprócz kilku latarni, światła dostarczają płomienie małych lamp naftowych.

Zajadając się naleśnikami, obserwuję toczące się wokół życie. Gdy słońce już prawie chowa się za horyzontem, na wybrzeżu pojawiają się młodzi Zanzibarczycy, którzy zaczynają trenować na plaży lub w wymyślny sposób skakać z wysokiego muru do wody. W tle, na morzu dryfują małe, drewniane łodzie dowożące turystów na mniejsze wysepki. Na dachu mają koślawo wymalowane białą farbą swoje nazwy – Blue Wave, Gladiator, Jambo. Niektóre z nich mają nawet dopisane numery telefonów do kontaktu na WhatsAppie.

Zanzibar, Jedna z wielu uliczek medyny w Stone Town

Jedna z wielu uliczek medyny w Stone Town. Młodzi chłopcy mogą sobie pozwolić na swobodniejszy ubiór niż ich rówieśniczki. (Fot. Natalia Gałązka)

Tego samego dnia zaliczam jeszcze Darajani Market, nieco mniej turystyczny bazar po drugiej stronie Stone Town. Znajdziemy na nim wszystko czego dusza zapragnie – od świeżych owoców i przypraw, poprzez żywe opierzone kurczaki, na telefonach i pralkach kończąc. Targ przypomina wielki, żyjący organizm. Jest to też świetne miejsce do obserwacji codziennego życia mieszkańców, ich zwyczajów i nawyków żywieniowych.

Wracając, warto raz jeszcze przejść przez medynę i na chwilę przysiąść na małym placyku niedaleko katedry, gdzie wieczorami lokalsi zbierają się żeby pooglądać telewizję, poplotkować lub pograć w bao. Na środku skweru rośnie wysoka palma, do której przymocowany jest telefon oraz tabliczka zachęcająca do wykonywania darmowych połączeń międzynarodowych. A wszystko to przystrojone niebiesko-czerwono-białymi chorągiewkami.

Czas wyrwać się z miasta. W końcu największym turystycznym wabikiem Zanzibaru są plaże! Na pierwszy ogień wybieramy Paje położone na wschodnim wybrzeżu. Jak się tam dostać? Oczywiście, można pójść na łatwiznę i wziąć klimatyzowaną taksówkę, ale ta opcja nie jest ani trochę ekscytująca i ciekawa. Za to przejażdżka publicznym transportem o wdzięcznej nazwie dala-dala jest atrakcją samą w sobie.

Mamy dwie opcje: albo trafimy na zwykłego, ale nieco przeładowanego i ciasnego busika, albo wskakujemy do dala-dala w klasie ekonomicznej. Ta druga opcja to nic innego jak stare półciężarówki z drewnianymi ławkami na pace. Na tyłach panuje niesamowity ścisk, kierowca jedzie jak szalony, pomiędzy nogami przewala nam się chrust, a w międzyczasie ktoś podaje nam kilkurocznego malucha do usadowienia na kolanach. Ta przyjemna przejażdżka kosztuje zaledwie jednego dolara.

POLECAMY: Beach, please… Subiektywny przegląd najlepszych plaż na świecie

Docieramy na wybrzeże. Zdjęcia w Internecie jednak nie kłamią – gra kolorów dosłownie nas onieśmiela. Morze i niebo jawi się nam wszystkimi odcieniami niebieskiego, a plaża jest tak biała, że dosłownie nas razi, niczym świeży śnieg w Alpach. Paje to mekka kitesurferów – na horyzoncie unosi się kilkadziesiąt sterowanych z skupieniu latawców.

Bliżej nas, z wody wychodzą opatulone w kolorowe szaty kobiety, które wracają ze zbioru alg. Na głowach niosą kosze z wodorostami. Ich praca regulowana jest przez cykl pływów, które na wschodnim wybrzeżu są dosyć duże. Z rana, można przez ponad godzinę iść w stronę morza, a woda wciąż będzie wydawała się daleką fatamorganą… Z kolei późnym popołudniem wzburzone fale ochoczo muskają wszystkie leżaki wystawione z rana przez pracowników kurortów.

Po drodze mijamy grupkę Masajów, którzy przyjaźnie nas zagadują. Nim zdążyliśmy się zorientować, ze swojej wielkiej kraciastej torby w mgnieniu oka wyjmują czerwone prześcieradło, rozkładają je na piasku i energicznie układają na nim asortyment swojego pole-pole shop. Nieśmiało zachwalają swój towar i nie ma w tym ani krzty nachalności, do której przyzwyczailiśmy się w Stone Town…

Masajów na Zanzibarze jest naprawdę sporo. Przybyli spod Kilimandżaro zachęceni wizją zarobku i lepszego życia na wyspie. Co ciekawe – większość z nich boi się wody lub po prostu nie umie pływać, więc przeprawa promowa z Dar es Salaam na Zanzibar jest dla nich sporym wyzwaniem. Kupujemy od chłopaków kilka bransoletek i się żegnamy. Wieczorem, z zaskoczeniem spotykamy ich na jambo party, gdzie w swoich tradycyjnych szatach i z masajskim kijem w ręce, pociesznie próbują pląsać do hitów amerykańskich raperów.

I w sumie cały mój plan na zwiedzanie wyspy, który nakreśliłam przed wyjazdem, legł w gruzach. Kilkanaście punktów do zaliczenia skrupulatnie spisywanych na kartce w domowym zaciszu, w starciu z atmosferą tego miejsca nie miało szans. Bajeczne plaże, przyroda, wonna egzotyka i przede wszystkim nastawienie do życia mieszkańców kupiły mnie całkowicie. Wygląda na to, że najlepszym planem na Zanzibar jest brak planu i wbicie się w leniwy rytm wyspy. Niczym ten rybak z tutejszej przypowieści.

Zanzibar, port w wiosce Fumba, łodzie rybaków

Niewielki, lokalny „port” w miejscowości Fumba. Większość mieszkańców wyspy zajmuje się rybołówstwem. (Fot. Natalia Gałązka)

ZANZIBAR, Ng’ambo

Jeden z bloków w Ng’ambo postawionych na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych w ramach współpracy z NRD. Ich obecny stan pozostawia wiele do życzenia. (Fot. Natalia Gałązka)

Plaża niedaleko luksusowego resortu w miejscowości Fumba. Chwilę po zrobieniu tego zdjęcia, kobiety zażądały dolara za ich sfotografowanie. (Fot. Natalia Gałązka)

Natalia Gałązka

Natalia Gałązka

Nie umie usiedzieć w miejscu. W podróży notuje, rysuje i robi zdjęcia. Uwielbia próbować potraw kuchni lokalnej - po każdej wyprawie ma lodówkę pełną egzotycznych produktów.

Komentarze: Bądź pierwsza/y