Wody w okolicach Victorii na Vancouver Island są z rana spokojne, zatoka pokryta gęstą mgłą, wśród której słychać tylko głośne syreny statku odbijającego do Port Angeles, położonego już w USA, na Olympic Peninsula. W połowie drogi, przekraczając cieśninę Juan de Fuca, na południu widać wysokie Olympic Mountains, a unoszące się mgły odsłaniają na północy wybrzeże Vancouver Island. Jedno z ostatnich podczas tej podróży spojrzeń na kanadyjski ląd. Ląd, który dał nam trzy miesiące i ponad osiem tysięcy kilometrów przygód.

Kanada, Ontario na rowerach

Trans-Canada Higway w Ontario na wschód od Jeziora Górnego. (Fot. Ania i Marcin Sowińscy)


Przed podróżą powstawało wiele pytań o Kanadę, jej wygląd, historię i tożsamość. Większość z nas, europejczyków, myśli o niej jak o bracie USA. Nieco tylko większym, mniej zaludnionym, bardziej dzikim. Tak jak USA, kojarzona z poszukiwaniem własnego El Dorado, lepszego życia, niedostępnych już w Europie na taką skalę bogactwa i przestrzeni. Dzicz i przestrzeń. Właśnie! To znakomite powody do poszukiwania… Przygód! Do tych prowadzi natomiast wiele dróg. Przy odrobinie szczęścia można doświadczyć różnorodności, obalić wiele stereotypów i odpowiedzieć sobie na nurtujące pytania.

kanada_Saskatchewan

Stary spichlerz na ziarno w Hodgeville, Saskatchewan. (Fot. Ania i Marcin Sowińscy)

* * * * *

Ontario to bezkresny las. Las pełen jezior, niektórych ogromnych. Ontario, Erie, Huron i Superior. Poza tym dziesiątki tysięcy innych. Znajduje się tutaj większość kanadyjskich jezior, których cały kraj ma więcej niż reszta krajów świata razem wzięta.

Trans Canada Highway to nitka wśród zieleni. Mała wioska czy też sklep oddalone są w niektórych miejscach nawet o dwieście kilometrów, co i tak nie jest rekordowe dla tego kontynentu. Czasami łatwiej niż na punkt usługowy jest natknąć się na łosia lub niedźwiedzia czarnego. Droga z początku zachwyca, z czasem staje się codziennością, a ostatecznie zaczyna nużyć. Wypatruje się zmiany krajobrazu. Trzy tygodnie i ponad dwa tysiące kilometrów. Ileż można jechać przez las? Jeszcze te nie dające wytchnienia i spokojnego śniadania moskity.

* * * * *

kanada_rower_krajobraz

Doliny rzeczne urozmaicają krajobraz prerii. (Fot. Ania i Marcin Sowińscy)

Manitoba minęła nam najszybciej. Pozornie niczym się nie różniąca od sąsiadujących prowincji. Wschód jak Ontario, zachód jak Saskatchewan. Kraina przejściowa, gdzie krajobraz się wypłaszcza, lasy stopniowo ustępują prerii i polom uprawnym.

Rdzenni mieszkańcy tych lądów są tu najbardziej widoczni. W Winnipeg mają nawet swój muzyczny i kulturalny festiwal, u zbiegu dwóch historycznych dla nich rzek, Assiniboine i Red. Mieszkańcy służą pomocą i gościną na wszelkich frontach. Oferują śniadanie, zapraszają ze skwerku w centrum wioski do domu na nocleg, oferują herbatę i schronienie pod dachem w trakcie nagłego deszczu czy burzy. A te na preriach widać z wielkiej odległości. Niebo jest ogromne. Wschody i zachody długie.

Rowerowa podróż przez Kanadę

Wystarczy zboczyć z głównej drogi i prerie potrafią zaskoczyć wzniesieniami.

* * * * *

Saskatchewan najmocniej zaskakuje. Wbrew powszechnej opinii skrywa piękne krajobrazy, mimo że jest płasko. I nawet to jest stereotypem. By go obalić wystarczy zboczyć z głównej drogi, pojechać wśród pól i rzecznych dolin. Znikomy ruch pojazdów, cisza, ekstremalnie długie proste, łagodne pagórki ukazujące piękną rzeźbę terenu, gdy zachodzące słońce rzuca długie cienie.

Zakręty są rzeczą rzadką, wywołującą wręcz ekscytację. Nareszcie zmiana kierunku, jakiś manewr, w końcu coś się dzieje! Doliny rzeczne mają łagodnie pofalowane zbocza, przypominają zielone krajobrazy z mongolskiego stepu. W ich okolicach najżyźniejsze gleby, a wśród nich z rzadka wyrastają drewniane wieżowce, dawne spichlerze na ziarno. Najbardziej charakterystyczne budowle tej części kraju. Zaludnienie skromne, przybysze są rzadkością. Ktoś nawet pyta przy sklepie w Shamrock, czy nie zabłądziliśmy, bo to koniec świata.

kanada_Peyto_Lake

Polodowcowe Peyto Lake przy Icefields Parkway. (Fot. Ania i Marcin Sowińscy)

* * * * *

Alberta z początku nie różni się od Saskatchewan. Preria trwa i ma się dobrze. Zwiększa się jednak zaludnienie. Przybywa różnorodnych upraw. Pojawiają się punkty wydobycia ropy. Tej w Albercie nie brakuje. Prowincja generuje na tym surowcu na tyle duży zysk, że zrezygnowała z podatku prowincjonalnego od towarów. Większe bogactwo rzuca się w oczy już przy wjeździe do prowincji, gdzie w informacji turystycznej za darmo można wypić kawę i zdobyć kanadyjskie flagi.

Teren z czasem się podnosi. Niby nadal stosunkowo płaska preria, ale już na wyżynie. W okolicy czuć kowbojską kulturę, poszanowanie do hodujących bydło i uprawiających ziemię. Najlepszym dowodem jest coroczne Calgary Stampede. Impreza mocno komercyjna, ale pokazuje, że większość tubylców, przynajmniej przez te kilka dni, czuje się kowbojami. Kapelusz, jeansy, kowbojki, a najlepiej wszystko jednocześnie. Tylko rewolwerów i szubienic brak.

Rowerem przez Góry Skaliste w Kanadzie

Drogę przez Góry Skaliste urozmaicają lodowce, w tym przypadku lodowiec Atabasca. (Fot. Ania i Marcin Sowińscy)

Za Calgary krajobraz zmienia się drastycznie. Preria ustępuje Górom Skalistym. Płaskie drogi stromym i długim podjazdom, wysuszone gleby lodowcom, rzekom, wodospadom i jeziorom. Nową paletę kolorów uzupełniają biel śniegu i turkus polodowcowych jezior. Niedźwiedzie pałaszujące rośliny w pobliżu drogi zachwycają, ale jednocześnie stają się czymś normalnym. Relacja z nimi przechodzi z obecnych przed podróżą strachu i niepewności w zrozumienie i opanowanie. Na tym etapie podróży czuć, że w obcowaniu z dziką przyrodą zaliczyło się wiele ważnych testów i przeszło na kolejny poziom. A może zbliżyło do korzeni, oswajając to, co dawniej było dla człowieka codziennością?

* * * * *

Kolumbia Brytyjska zdawała się przedłużeniem Alberty sięgającym do Pacyfiku. Kolejne setki kilometrów i zgłębianie mapy ujawniają jednak cechy całkowicie odmienne. Dzikie i gęste lasy północy, porozrywane głębokimi fiordami wybrzeże, gorąca, miejscami pustynna Okanagan Valley pełna kurortów, sadów owocowych i winnic, kaniony rzeczne, lodowce, bogata w lasy deszczowe i ogromne cydry Vancouver Island.

Vancouver Island w Kanadzie

Fiordy na zachodzie Vancouver Island w okolicach Tofino. (Fot. Ania i Marcin Sowińscy)

Podobno w Kolumbiii Brytyjskiej występują wszystkie kombinacje klimatu i krajobrazu, jakie występują w całej Kanadzie i Stanach Zjednoczonych. A to tylko geografia. Ludzie też się różnią. I nie chodzi tu jedynie o multietniczne i kosmopolityczne Vancouver. Mówi się, że jeśli ktoś nie potrafi znaleźć sobie miejsca, myśli odmiennie, jest indywidualistą lub, jako to się ładnie określa, ekscentrykiem, Kolumbia Brytyjska jest właśnie dla niego. Ciekawych charakterów i hipisów nie brakuje. Są też efekty negatywne owej wolności i buntu. Kilka sekund na ulicy Hastings w centrum Vancouver ukazało nam liczbę narkomanów i bezdomnych, jaka do tej pory była poza wyobraźnią. Wolną amerykankę czuć także na drogach, po których kierowcy pędzili z wielkim apetytem i ze zdecydowanie mniejszym poszanowaniem rowerzystów.

Vancouver w Kanadzie

Widok na Stanley Park i Downtown Vancouver. (Fot. Ania i Marcin Sowińscy)

* * * * *

Tylko pięć prowincji, a tak wiele światów. W kanadyjską tożsamość wpisane są różnorodność, tolerancja, wolność, gościnność i bliskie obcowanie z dziką przyrodą. To nie rasa, pochodzenie czy wiara czynią kogoś Kanadyjczykiem, a właśnie powyższe wartości. Doświadczyć tu można kultur całego świata, a to tylko jeden, słabo zaludniony kraj. Wiele światów to nie tylko wymiar geograficzny, przyrodniczy czy kulturowy. W tak ogromnym kraju nic nie jest jednolite. Nawet przyjęty w 1978 roku system metryczny. Jedni podają dystans w kilometrach, inni w milach, a jeszcze inni mówią w milach, a myślą o kilometrach. Niektórych rzeczy nie da się wykorzenić, ale dzięki temu jest ciekawiej!

Pośród tego wszystkiego nasz świat i nasze odkrywanie Kanady oraz własnej wolności. Czasami byliśmy w tej podróży odkrywcami, a czasami turystami. Raz gośćmi, raz pomocnikami. Przemierzaliśmy kraj na rowerach i autostopem. Na drodze do zrozumienia i poznania tego kraju próbowaliśmy różnych rzeczy. Kluczem było jednak dojrzewanie do wolności. O tą trzeba było walczyć z samym sobą! Umiejętność zatrzymania się po dwudziestu kilometrach, mimo zaplanowanych stu. Rezygnacja z kierunku, który był w planach od kilku tygodni. Wrzucenie rowerów na pick-up’a i nagły skok w nowy krajobraz. To nagłe zmiany i nieoczekiwane spotkania przyniosły nam najwięcej przygód i lekcji. Droga do poznania otwierała się tym szerzej, im bardziej przestawaliśmy być niewolnikami własnych planów.

Ania i Marcin Sowińscy

Ania i Marcin Sowińscy

Fotografia, tango, rower, chór – wspólnie lub osobno, próbują wielu rzeczy w celu poznania świata i odnalezienia własnej drogi. W świat pcha ich chęć unikania monotonii i możliwość zobaczenia własnego odbicia w innym otoczeniu. Można ich śledzić na Naszymi Drogami.

Komentarze: (1)

majchers 19 stycznia 2016 o 1:47

Yeeep… to jest właśnie Kanada.
Pozdrowienia z Calgary… ;)

Odpowiedz