Jest taka wioska gdzieś w Kenii, którą zwą Enkare Nairoua, w Maa znaczy to „gorąca woda”, w Swahili nazwa wioski brzmi Maji Moto – „woda ognista”. Mieszkają tam ludzie, dla których krowy są sensem życia.

Masaj, ubrany w kilka szuk (czerwonych kawałków tkanin przewieszonych przez ramię), owinięty szczelnie w swój koc, stoi pośrodku sawanny na jednej nodze, o której kolano opiera drugą. W ręce dzierży dzidę, u pasa wisi miecz, a na plecach łuk i strzały. Jego kocem targa wiatr, który gna ciężkie chmury ponad dachami maniat. Spogląda na swoje stada. Nadeszła pora deszczowa.

Jest sobotnie popołudnie, po kilku godzinach w drodze, zjeżdżam z asfaltowej drogi prowadzącej do Masai Mara. Skręcam przy znajomej akacji, sunę przez udekorowane krzakami pustkowie w stronę wzgórz Loita. Wzdłuż drogi spotykam pojedyncze gnu i zebry. Przerażona jestem faktem, że muszę jechać po grząskiej drodze autem bez napędu na 4 koła. Coraz bliżej Maji Moto, z daleka dostrzegam budynek szkoły, której mali Masajscy wojownicy uczą się literek, a ich koleżanki zapoznają się z biologią i geografią, zanim rozpoczną trudne życie Masajskiej kobiety.

W oddali majaczy postać ubrana na czerwono, wokół niej setki krów. Podjeżdżam bliżej i rozpoznaję twarz, to Junior – młodszy syn jednego ze wioskowej starszyzny. Nigdy nie dowiedziałam się jak on naprawdę ma na imię. Stoi wśród krów swego ojca, uśmiechnięty od ucha do ucha. Z daleka widać tradycyjny brak dwóch dolnych jedynek i kilogramy korali i paciorków zawieszonych na szyi. Mówi: – Nadeszła najlepsza pora roku, nasze stada znów będą tłuste.

Jadę dalej, wspinam się moim autkiem coraz wyżej, aż dojeżdżam do Kempingu Sangale. Sangale to brat wodza tej wioski, bardzo ciekawy egzemplarz. Prowadzi mały biznes turystyczny, sam jest rewelacyjnym przewodnikiem, najczęściej spotkać go można gdy na swoim górskim rowerze mknie przez sawannę, a jego szuki powiewają na wietrze. Na nosie ciemne okulary, w uszach słuchawki od Ipoda i nieśmiertelne utwory Boba Marleya. Bob Marley w duszy był Masajem – Buffalo Soldier to przecież Masajski wojownik, który jest jak bawół – silny, sprytny i nieustępliwy.

Na kempingu witają mnie radosne okrzyki. Dziewczyny piszczą. Ja uśmiecham się tylko i mówię – Sopa? – Sopa Oleng! Uprzejmości wymienione, Sangale wyłania się zza jednej z maniat i mówi – Kiwi, dobrze cię znowu widzieć! Jak twoje stada?

Nie traktują mnie tu jak turysty, w końcu to mzungu, która budowała tu szkołę i mieszkała z nimi pół roku w chatce u podnóży wzgórz, wróciła niemalże do rodziny. Siadamy na pięknej werandzie, spoglądamy w dół ze zbocza, a tam w buszu czerwone punkty – impale. Dalej żyrafy. Jest pięknie i zielono.

– Hej, Kiwi, nasze stada znów będą tłuste, jest zielono, ciągle pada, trawa rośnie. A dziś jest ceremonia, pójdziemy, napijemy się mleka z krwią, porozmawiamy z przodkami. Masajowie nie posiadają się z radości, po okresie strasznej suszy w listopadzie, pora deszczowa nadeszła wcześniej niż zwykle.

Szykują małą imprezę dziękczynną dla Enkai – jedynego boga Masajów. To on podarował im krowy i powiedział im, że wszystkie one na świecie należą do nich. Jemu również trzeba dziękować za deszcz. Kobiety piszczą i zawodzą, mężczyźni miarowo porykują, jak w transie. Młodzi wojownicy podskakują jak najwyżej, ich paciorki dzwonią. Starszyzna siedzi i śpiewa tradycyjne pieśni niczym mantrę, wszystko to o stadach krów, za które dziękuje się Enkai.

Przyprowadzono wielkiego byka, haczykowato zakończonymi nożami jeden ze Starszych rozcina mu skórę na szyi. Krew spływa do tykwy. W między czasie rozpalane jest ognisko. Wódz – Salaton – rozpala ogień cedrowym drewnem, dodając dzikiej szałwi i innych ziół, aromatyczny ogień płonie. Cały czas rozmawia z Enkai i przodkami. Nad ogniskiem rozciągnięto krowią skórę, w nią nalano krowiego mleka, dodano krwi i ziół. Powoli zaczyna wrzeć na brzegach. Sangale tłumaczy mi na ucho Najpierw Salaton będzie z tego pił,potem każdy dostanie po łyku. Najpierw starszyzna, potem wojownicy, potem kobiety. Dzieci na końcu. A ja kiedy? Ty między mężczyznami a kobietami – wiesz, jak to jest z mzungu..

Często 15 letnia dziewczynka pije wcześniej niż jej starsze siostry, a to dlatego, że poślubił ją starszy mężczyzna. Kobieta ma bowiem tyle lat, co jej mąż.

Przychodzi moja kolej, duszący dym wydobywający się spod krowiej skóry ma przewiać złe myśli, następnie łyk przeraźliwie słodkiej cieczy. Wszyscy klaszczą w ręce – mzungu wie jak pić krew z mlekiem!

Zapadł zmierzch, zimny wiatr przeszywa kości. Ognisko płonie, wszyscy śpiewają, poruszając się miarowo raz do przodu raz do tyłu. Przywędrowała do nas ciekawa drewniana fajka zdobiona krowim rogiem, pachnie z niej podejrzanie znajomo. Czas rozmawiać z przodkami. Sangale podaje mi fajkę pełną lokalnej odmiany marihuany.

– Rozmawiaj ze swoim ojcem, na pewno ma Ci wiele do powiedzenia. Zszokowana i zawstydzona zaciągam się gryzącym w płuca dymem. Zaraz potem dostaję tykwę, coś się w środku zepsuło, myślę. Napij się – to piwo z miodu i aloesu. Piję, niezłe, słodko kwaśne, tylko trzeba cedzić przez zęby, bo pełno w tym pszczelich trupków. Masajowie nie patyczkują się bowiem w pasieki – wykradają miód dzikim pszczołom.

Wracamy do naszego kempingu. Ciemne chmury przewiał ten silny wiatr, niebo rozgwieździło się tysiącem lampek, gdzieś w oddali rogal księżyca położył się na plecach, jak gdyby bardzo był zmęczony, lub pijany. Siadamy na werandzie i snujemy opowieści o stadach, które znowu będą tłuste.

Edyta Kijewska

Tak bardzo pragnęła Afryki, że dostała jej z nawiązką. Stacjonuje w Sudanie, zahaczając o inne kąty Afryki Wschodniej i nie tylko.

Komentarze: (1)

Agnes Wolanska 26 marca 2010 o 21:19

I nie tylko w tej wiosce, w Tanzanii, u Masajow krowa tez jest ‚swieta’, nie jedza warzyw, owocow, wszystkie ‚mineraly’ dostaja poprzez mleko, ale takze krew krowy. Wydaje sie to byc po prostu zwyczajem masajow.

Odpowiedz