Selwa w swej ciszy jest potwornie grzmiąca, w swym naturalnym hałasie – cicha. Przy tej orkiestrze dobrze spać i myśleć, i pisać. Herbata zaparzona z liści koki rozjaśnia umysł. Przyglądam się, jak Gucho pierze w rzece swoją koszulę. Na plecach i ramionach widać każdy mięsień i ścięgno. Nosi potężne kalosze, czapkę jakiejś drużyny futbolowej, ma wąsiska i splątane włosy i gdy tak na niego patrzę, myślę, że za dzieciaka jak bum cyk robił dla Escobara gdzieś tu, w tych lasach.

Nie byłoby tej opowieści, gdyby nie Południe Andrzeja Muszyńskiego. Niewielka książka, w której tak wiele zdań podkreśliłam ołówkiem. Siedzę dziś wśród wysokich półek księgarni w hałaśliwej, kolorowej Cartagenie i rozmyślam, jak wiele ich jeszcze do przeczytania. Świadomość, że nie zdążę, przynosi wręcz fizyczny ból trzewi. Ile jest na świecie ludzi, których nie zdążę kochać, języków, którymi nie przemówię, filmów, których nie obejrzę, miejsc, w których nie zamieszkam. Szalenie przemawia dzisiaj do mnie idea reinkarnacji. Chcę móc zaczynać od nowa, jeszcze raz, i jeszcze raz, żeby wypełnić wszystkie pola, dokładnie zakreślić długopisem, tak mocno, by przebił papier; nie zostawić ani jednej białej kratki. Im głębiej jestem, im mocniej patrzę, tym niżej opada dno, boleśnie pozostawiając mnie w świadomości dziecięcej ignorancji. I pewnie dlatego poszłam w te góry. Nie szukam odpowiedzi. Wciąż jeszcze szukam pytań.

Wyruszamy o świcie z pylistego Palomino, zostawiając za plecami upalonych hippisów śpiących w hamakach, jazgot głośników i klaksonów i gdakanie kur. Dość. Im dalej od wioski, tym staję się spokojniejsza. Mam mnóstwo siły i z łatwością nadążam za Dianą. Od roku mieszka z Calixto. Patrzenie na tę parę jest przyjemne, tak chyba czuje się dziecko, gdy przytulają się jego rodzice. Dbają o mnie na wyścigi, Calixto kreatywnie, Diana pokornie. Dobrze mi z nimi.

Wychodzimy wyżej i znów wyraźnie widzę ośnieżone szczyty Pico Colombo i Pico Bolivar. Tam się nie chodzi, tam jest serce, które napędza całą planetę. Schowane pod śniegiem, strzeżone dobrze.

Gdy wchodzisz na jakąś górę, gdy ją depczesz, odbierasz jej cząstkę życia, mówi Calixto, a jego ciemne oczy patrzą na odległą kreskę bieli z czułością i spokojem. On wie: tam mieszkają dusze. O tamten odległy świat nie trzeba się martwić. Rozumiesz, chica, różnicę między tymi światami?

Siwy muł mądrze wybiera ścieżkę, nie myląc się ani razu. Nie potrzebuje kija ani wędzidła. Po prostu idzie i niesie te niezgrabne tłumoki, jakby było to jego własnym wyborem. Poza moim niewielkim plecakiem – dary dla Kogi, gary, śpiwory, hamaki. Z naprzeciwka też nadchodzą muły wraz ze swoimi opiekunami, ubranymi biało. Ci, których spotkałam w brzydkim jak noc Palomino, byli smutni, obojętni. Tu twarze są pogodne, choć poważne; z oczu bije energia, którą pewnie czerpią z tej zieleni. Jakie oni mają włosy, myślę zazdrośnie. Burza, ogrom czarnych, lśniących włosów, dzieci, starcy. Ale mężczyźni nie mają zarostu. Inna krew.

Selwa w swej ciszy jest potwornie grzmiąca, w swym naturalnym hałasie – cicha. Przy tej orkiestrze dobrze spać i myśleć, i pisać. Herbata zaparzona z liści koki rozjaśnia umysł. Przyglądam się, jak Gucho pierze w rzece swoją koszulę, waląc nią o mokry kamień, echo wypełnia dolinę. Właściwie to nawet nie koszula, ale kawał kraciastego materiału z otworem na głowę. Na plecach i ramionach Gucho widać każdy mięsień i ścięgno, do przesady, tak, jakby jego ciało wyszło spod dłuta zbyt ambitnego studenta rzeźby. Nosi potężne kalosze, czapkę jakiejś drużyny futbolowej, ma wąsiska i splątane włosy i gdy tak na niego patrzę, myślę, że za dzieciaka jak bum cyk robił dla Escobara gdzieś tu, w tych lasach.

POLECAMY: La Guajira – nadmorska pustynia. Zdjęcia z podróży po Kolumbii

Gada szybko i dużo, i tak też chodzi. Towarzyszy nam jak cień, wyłania się znikąd, by zniknąć nigdzie i po kilku godzinach pojawić się znowu. Podobnie jak Kogi nie rozstaje się z poporo. Trze i trze drewnianą pałeczką o szyjkę tykwy, by wyzwolić potencjał magnetyczny, a potem zanurza w sproszkowanym wapnie z wypalonych muszli i wkłada do ust, w których są już wysuszone liście koki. I tak cały dzień, gdy tylko ręce nie są zajęte czym innym.

Poporo jest jak druga dusza, chłopiec otrzymuje ją w dniu, w którym staje się mężczyzną. Fallicznego kształtu przedmioty, które symbolizują kobiecą seksualność i akt stworzenia.

Gdybym akurat miesiączkowała, nie mogłabym usiąść na tym samym hamaku, na którym odpoczywają mężczyźni. Po hiszpańsku menstruacja to luna. Księżyc. Chłodna, mroczna energia kobieca, yin, odtwarzający się cykl, kolistość. My, szukający odpowiedzi, próbujemy żyć w zgodzie z naturą. Oni nie muszą szukać zgody, oni są jej najnaturalniejszą częścią, i każdy kawałek ich świata – każdy obrządek, każda zasada – jest tylko wycinkiem wielkiej machiny, która zaczęła się w Alunie. Aluna była wtedy, gdy nie było jeszcze niczego. I z niej wszystko powstało, i bez niej nic się nie stało, co się stało. Brzmi znajomo, ale tu, pod dachem plątaniny lian, gigantycznych liści i gwiazd, dociera naprawdę.

Matka krwawiła, a potem stała się płodna. Zakręciła wrzecionem i stało się światło, i wydała na świat dziewięcioro dzieci, dziewięć światów. Dziewiąty, materialny, zrodził ludzi. Starszych braci. Woda i złoto są krwią Matki. To ona powiedziała nam, co należy robić. Pamiętamy.

Selwa nad nami jest pełna życia, odcieni i dźwięku. Karnawał zieleni, błękitów i brązów, rude liście lecą w dół przy każdym podmuchu, drga coś ze starych wspomnień z Beskidu jesienią, tam też było się w domu. Leżę na wielkim kamieniu, głowa i stopy same układają się do odpoczynku po wielu godzinach marszu, bez mojej decyzji. Nie sprzeciwiam im się, całkowicie oddana, przyjemnie obojętna.

Calixto umościł dla mnie gniazdo z dwóch par lnianych spodni i nalewa mi na dłoń miód od dzikich pszczół, który sam wybiera w leśnej barci. Zlizuję złotą kroplę, smakuje ostro i słodko. Pszczoły mają tu co robić, i mają z czego. Różnorodność biologiczna selwy przyprawia o zawrót głowy, zdaje mi się, że na przestrzeni dziesięciu metrów kwadratowych rośnie miniatura całego botanicznego świata. O górach Santa Marta mówi się zresztą, że są pigułką klimatu planety. Ocean, wilgotna tropikalna dżungla u podnóża, umiarkowane chłodne wyżyny, pustynne surowe obszary i wreszcie linia wiecznych śniegów, gdzie temperatura nigdy nie wzrasta powyżej zera.

I wszędzie tam żyją oni: odporni na chłód i upał, wytrzymali. Potrafią pokonać dziesiątki kilometrów bez spoczynku, przyzwyczajeni do długich wędrówek. Odległości między osadami to często dzień, dwa drogi. Boso. By nie stracić kontaktu z matką.

Dwadzieścia tysięcy rdzennych mieszkańców tych gór, nie posługujących się kołem ani pismem.

Idziemy do Casakumy. Nie ma jej na mapie, mało kto wie, że istnieje, jeszcze mniej – gdzie. Mapy google są bezradne. Odczuwam potężna ulgę z braku zasięgu, kontroli. Oddaje się w mądre ręce Calixto, które nie wykonują żadnych zbędnych ruchów. Zbyt słabo mówię po hiszpańsku, by móc dokładnie zrozumieć słowa i ich sens; by móc dobrać odpowiednie. Wybieram więc milczenie i patrzę, słucham. Chcę być niezauważona. I jestem.

POLECAMY: Medellin. Pablo Escobar i kokaina

Calixto nie pozwala mi wyjmować aparatu. Z tej podróży przyniosę zaledwie kilka par oczu i skupionych, poważnych twarzy; kilka białych plam koszul na tle zieleni, ani jednego dziecięcego uśmiechu. Siedzę więc w cieniu i staram się wyryć w swojej pamięci te doskonałe, czyste ujęcia; ideały reporterskie, linie i kolory aż pchające się na kliszę, twarze, twarze, twarze.

Tego mężczyzny, który staje w progu chaty i nie dowierzając, nieruchomieje. Patrzy na mnie dobrych kilka minut, zanim wycofa się i usiądzie w idealnych ramach cienia, z niemowlęciem u boku, ze zmrużonymi oczami. Albo tego chłopaka, młodego ojca rodziny, rąbiącego drewno siekierą o trzonku większym od niego samego. Albo tej pary starców, o poważnych mądrych twarzach, w odzieniach, które były białe przed laty, o kruczoczarnych włosach. I tych dzieciaków, z paluchami w buziach i błyskiem radości w oku na widok nieznajomej. Dziewczynki, najwyżej trzyletniej, gniotącej w rączce bulwę purpurowego ziemniaka. Pragnę używać znanych sobie, sprawdzonych kodów, słów, fotografii. Nie mogę, ale będąc tak daleko poza strefą swego komfortu, nie czuję lęku.

Nasze domy są koliste. Popatrz, kręgi symbolizują światy. Najniższy to ocean, a tam na samej górze – serce. Jeśli zniszczymy któryś z kręgów, dom się zawali.

Spomiędzy liści kryjących dach snują się smużki dymu. Chaty nie mają kominów, ogień pali się w centrum okrągłego pomieszczenia, dym wyprasza robactwo. Większość rodzin nie wróci dziś do Casakumy na noc, pozostaną na swoich finkach wyżej, głębiej w lesie. Dwie dziewczynki, umorusane niepospolicie, przychodzą popatrzeć. Milczą, ale nie rozstają się ze sobą ani na chwilę. Diana częstuje je bananami i miodem, przyczyniając się znacznie do umorusania śniadych buzi. Noszą białe suknie do kostek i sznurki koralików na szyjach. Młodsza wpada w chwilową rozpacz; starsza koi ją i uspokaja, nie używając ani jednego słowa. Płacz dziecka brzmi wszędzie i zawsze tak samo, myślę, półprzytomna ze znużenia.

Nasz muł jął obgryzać krzaki ananasów. Dociera do mnie doskonałość równowagi materii i kontrmaterii; naturalizm ludzkiej egzystencji jest tym obrzydliwszy, im większych spraw tło stanowi. Znajduję się przecież w samym środku kosmosu, świata czarów i dziwów, symboli, pierwotnych znaczeń, wśród prastarego plemienia. I wśród pcheł na psim grzbiecie, zaschniętych resztek jedzenia na łyżce, krzywych zębów, schodzącej skóry, dymu z papierosa, piasku w zębach. Tak widać musi być, może to tu kryje się nadrzędna dwoistość tego świata, o której tyle u mędrców: magia nie dzieje się wśród obłoków lekkich i pachnących, ale na gołej ziemi, z brudem za paznokciami, gdy obok sra kura.

W Casakumie bywają różni campesinos. Bywają hipisi szukający wolności swych umysłów i legitymacji chodzenia na boso i w stanie wiecznego haju. Jest też botanik-naukowiec, ale wcale nie ma lupy, koszuli khaki i wysokich skarpet, tylko przekrwione oczy, potargane włosy i właściwie nie wiadomo, czy to on zgłębia selwę, czy raczej ona jego. Hamaki już wiszą; noc jest chłodna, gwieździsta, spokojna. Calixto z innymi mężczyznami będą spać na ziemi, podkreślając osobność płci. Jeszcze długo w noc słyszę ich rozmowy; pewnie żują kokę, nie potrzebując snu.

Dziewiąty świat wydał wtedy młodszych braci. Ale oni nie wiedzieli, nie rozumieli. Zaczęli tworzyć swoje maszyny i przedmioty, a potem ranić, krzywdzić matkę. I matka stworzyła morze, i posłała młodszych braci za morze, tak, by nie mogli sięgnąć do serca. Ale oni wybudowali okręty i wrócili.

W tysiąc pięćset dwudziestym czwartym.

Hiszpanie chcieli złota i krwi. Zginęło tysiące osób. Oddajcie im całe złoto, mówili mamo’s do mieszkających niżej Kogi, oddajcie im złoto i nie pozwólcie, by odcięli nas od morza, morze to życie, to muszle do poporo, to życiodajna sól. Młodsi bracia są źli, trzeba być dobrym dla młodszych braci, trzeba im wyjaśnić, bo nie rozumieją.

Nie zrozumieliśmy do dziś.

Kogi z najniżej położonych wiosek drogą naturalnej imersji wchłonęli zdobycze cywilizacji. Prycham nad tym odkrywczym zdaniem, które właśnie napisałam. Zdobycze cywilizacji. Kalosze i czapki z daszkiem, słodycze. Alkohol. Cywilizowany świat, z którego jesteśmy tak dumni, mieści się tutaj w kawałku gumy, w papierku po cukierku. Ale im wyżej, im dalej, tym wyżej i dalej od pstrokacizny współczesnego świata.

Mamo’s są surowi: społeczności akceptują tylko nieliczne przedmioty. Nauczyciele minimalizmu, który w mentalnym bełkocie trwającego wieku święci triumfy wśród nas, zmęczonych posiadaniem. Tam był od zawsze. Niedobrze jest mieć za wiele. Dobrze jest mieć maczetę, łopatę, hamak i mochillę, plecioną z potężnych liści agawy torbę, która przewieszona przez ramię służy głównie liściom koki, ale noszą w nich wszystko. Dobrze jest mieć garnek, by ugotować wodę i bulwy ignamów. Koniecznie trzeba mieć poporo.

W latach osiemdziesiątych XX wieku, gdy Kolumbia płynęła krwią i kokainą, Kogi obserwowali po raz kolejny wyczyny młodszych braci i nie mogąc ich pojąć, pierwszy raz w historii stworzyli przesłanie. Tak powstały dwa filmy, Podróż do krainy starszych braci, a potem, już w XXI wieku, Aluna. Ekosystemy były zrujnowane ekstensywnym rolnictwem i przemysłem wydobywczym; selwa zajęta przez paramilitarnych i guerillas. Kogi nie posługują się sensem pieniądza (co nie znaczy, że go nie rozumieją), więc mało obchodziły ich miliardy dolarów z przemytu i kopalni. Chcieli tylko, by mniejsi bracia przestali zabijać siebie nawzajem i matkę. Ich wiedza o geologii tych gór okazała się porażająco dokładna, choć nieopisana naukowym językiem. Świat dostrzegł Kogi, a potem objął ich szacunkiem. Nie ma mowy o ekspedycjach w wysokie szczyty, nie ma mowy o nieproszonych gościach (gdyby nie Calixto, nikt nie pozwoliłby mi postawić stopy w żadnej z tych osad). Rząd Kolumbii uznał Sierrę za obszar prywatnej przynależności do Kogi, choć żaden z nich nigdy nie użyłby takiego sformułowania. Ziemia należy do wszystkich, góry należą do wszystkich. Nie można kupić sobie kawałka matki, złości się Calixto na wieści o prywatnych inwestorach.

Na ścieżce przed nami wyrasta chłopiec. O dziwo, włosy ma obcięte krótko, starannie, ubrany jakby do szkoły. Ale do szkoły jest stąd dwa dni drogi. Chwilę idzie przed nami, nagle zatrzymuje się i na migi daje znaki: hormiguero. Mrówkojad. Srebrzyste, gładkie futro w cieniu liści. Oż, wielkie bydlę. Chłopiec idzie przede mną jeszcze chwilę, a potem wskazuje ręką wyraźną drożynę odchodzącą w lewo, a sam znika w jakiejś wąskiej wydeptanej ścieżce w krzaki. I tyle go było widać.

Docieramy do Umandity. Krzewy koki są tu wyższe, światło jaśniejsze, piasek czystszy. Rząd czujnych niewieścich oczu patrzy bez uśmiechu. Odzywam się niepewnie, prosząc o gościnę. Gringo? Bo gringos wstępu nie mają. Ale nie jestem gringo. Europa jest al otro lado, po drugiej stronie. Jestem tylko jedną z młodszych sióstr.

Nie ma tu gościnności góralek tybetańskich, które owijały mnie kocami; nie ma herbaty, jak u Berberek, nie ma uśmiechu. Jest tylko milczące przyzwolenie na moją obecność, i to jest bardzo wiele. Siedzę na piachu w dżinsach i koszulce, choć brudnej, to nadal bielszej od bieli ich sukni, z moim wzrostem i białą od słońca czupryną nieczesaną dawno, i jestem kopiuj-wklej, nie mam tu żadnego sensu, nie zlewam się, ustawiłam się na tle fototapety. Dawno nie czułam się tak nieadektwatnie. Wokół mnie zbierają się dzieciaki, śmiejemy się do siebie, one nieśmiało, ja pełną gębą, oswajając obcość.

Niedługo Calixto zacznie nakładać bulwy juki na talerze, zagotuje wodę na czekoladę, dosypie mleka w proszku. Przypomni mi się jakiś cień smaku z dzieciństwa, znowu skryję się w kokonie śpiwora i hamaka, zabezpieczę przed dorosłością, zapatrzę w ogień. Starsza Kogi siedzi obok, opowiada o śmierci jednego z mamo’s – we wsi panuje żałoba. Plastikowy kubek z mocną jak czort kawą wędruje od ust do ust.

Woda mówi. Poprzez wodę możemy komunikować się z matką. Jeśli nie jesteśmy pewni, pytamy wody. Młodsi bracia nie chcą słuchać.

Następnego dnia zanurzę się w rzece po samą głowę, chłodnej, czystej. Ale nie przemówi do mnie. Jeszcze nie.

Krystyna Roszak

Krystyna Roszak

Od kilku lat w nieustającej podróży. Psycholog i etnolog; żeglarka, amazonka, joginka. Zawodowo karmi ciała i umysły. Posiadła sekret przyrządzania najlepszej ośmiornicy świata. W chwili gdy czytasz te słowa prawdopodobnie zrywa lecznicze zioła na zboczu gwatemalskiego wulkanu, nurkuje na Grenadynach lub spędza owce na australijskich pustkowiach.

Komentarze: Bądź pierwsza/y