Ten malutki, czteromilionowy kraj jest niewiele większy niż województwo mazowieckie i łódzkie razem wzięte, jednak w kategoriach fauny i flory nie ma sobie równych. Jak sama nazwa wskazuje – Costa Rica, czyli dosłownie „bogate wybrzeże” (hiszp.) – jego niekwestionowanym atutem jest przyroda.

Ponad jedna czwarta terytorium Kostaryki jest obszarem chronionym, co plasuje ją w ścisłej czołówce państw przeznaczających największy odsetek swojej powierzchni pod tereny chronione. Wulkany, rwące rzeki, wodospady, lasy deszczowe, niespokojne wybrzeże karaibskie czy też krystaliczne wody Oceanu Spokojnego – żaden turysta nie wyjedzie stąd zawiedziony.

Nasza przygoda z Kostaryką zaczyna się w stolicy, czyli San Jose. Bądźmy szczerzy – patrząc oczami typowego turysty, miasto raczej nie robi dobrego pierwszego wrażenia. To tętniąca życiem metropolia z betonowymi biurowcami i ulicami bez nazw przecinających się idealnie pod kątem prostym. Po centrum przechadzają się policyjne patrole, a w bocznych uliczkach na kartonach leżakują bezdomni, grając w karty i mierząc nieprzyjaznym wzrokiem każdego gringo w okolicy. Z pewnością nie jest to miejsce, gdzie po zmroku możemy się beztrosko poruszać – grasuje tu sporo kieszonkowców, którzy liczą na nieuwagę przechodniów.

Jednak nie można przesadzajmy. W porównaniu z innymi krajami Ameryki Łacińskiej, Kostaryka to kraj bezpieczny. Dodając do tego fakt, że jako jedno z nielicznych państw, nie posiada wojska, mamy do czynienia z ciekawą sytuacją.

Kostaryka formalnie zrezygnowała z sił zbrojnych w 1949 roku, a budżet przeznaczony na ich rozwój przekazała na oświatę. Dzięki temu, dzisiaj może poszczycić się najmniejszym odsetkiem analfabetów w Ameryce Łacińskiej i jednym z najwyższych standardów życiowych w regionie. Długość życia mieszkańców jest zaskakująco wysoka – średnia wieku u mężczyzn to siedemdziesiąt pięć lat, zaś u kobiet siedemdziesiąt dziewięć lat.

To wszystko z pewnością ma związek z charakterem i usposobieniem miejscowych, pieszczotliwie nazywanych Ticos. To spokojni i przyjaźnie nastawieni ludzie, zupełnie nie powielający stereotypu temperamentnych Latynosów. Można by rzec, że nawet Polacy są bardziej impulsywni i emocjonalni niż oni.

Chcąc wydostać się z San Jose, musimy uzbroić się w cierpliwość. Podróż w jakiekolwiek miejsce wymaga wielu wyrzeczeń – kraina jest górzysta, a drogi nie są najlepszej jakości. Jadąc autobusem trzeba się liczyć z częstymi postojami w celu zabrania nowych pasażerów, prywatnych zakupów kierowcy czy też zrobienia kilkunastominutowej przerwy na gorący posiłek. Jednak otaczająca nas przyroda jest w stanie zrekompensować długie i nużące podróże.

Poziom bioróżnorodności w Kostaryce jest niesamowicie wysoki. Występuje tu około czterech procent wszystkich szacowanych gatunków na całym świecie, a wiele z nich to gatunki endemiczne, niespotykane nigdzie indziej. Ta specyficzna sytuacja ma swoje wytłumaczenie w położeniu geograficznym. Kraj ten od wieków jest swoistym pomostem dla migrujących z Ameryki Północnej oraz Południowej gatunków.

Pozorną beztroskę zakłóca kolejny oryginalny element krajobrazu Kostaryki, jakim są wulkany. Nieco absurdalny jest fakt, że to co generuje całkiem spory dochód i wzbudza zainteresowanie turystów, jest jednocześnie postrachem okolicznych mieszkańców dyktującym podstawowe warunki ich bytu. Jednak doświadczenie i historie przekazywane z pokolenia na pokolenie, nauczyły Ticos jak żyć w cieniu wulkanów i przy okazji czerpać z nich zyski.

Na chwilę obecną jedynie pięć wulkanów na terenie Kostaryki można uznać za aktywne – chociaż zważając na rozmiar tego kraju, nie należy tej liczby lekceważyć. Tereny wokół nich zostały objęte ochroną i stanowią jedną z najbardziej rozpoznawalnych atrakcji Kostaryki.

W tym miejscu warto wspomnieć o Parku Narodowym Wulkanu Poas. Sam wulkan nie tylko należy do tych najbardziej aktywnych w kraju, ale też ma drugi pod względem szerokości krater na świecie, który liczy aż półtora kilometra. Widok z platformy widokowej w parku jest imponujący, jednak trzeba mieć sporo szczęścia, by chmury odsłoniły nam niewinnie wyglądającą turkusową lagunę skrytą w tej ogromnej czeluści.

Wokół krateru unosi się charakterystyczny zapach siarkowodoru, porównywalny do zapachu zgniłych jaj – nieprzyjemny detal, który towarzyszy nam przy większości wizyt w okolicach tych majestatycznych stożków.

Kolejne kostarykańskie „naj” znajduje się zaledwie sto kilometrów dalej. Mowa o Irazu, czyli najwyższym wulkanie w kraju (3432 m n.p.m.), położonym w parku narodowym o tej samej nazwie. I tutaj znowu potrzebny jest nam łut szczęścia, dzięki któremu przy dobrej pogodzie jesteśmy w stanie dostrzec zarówno Ocean Spokojny, jak i Morze Karaibskie.

Ciekawą perspektywę na kostarykańską przyrodę znajdą również miłośnicy bardziej intensywnych wrażeń. Szczególnie niebanalną atrakcją są zjazdy na linie pośród drzew, tzw. canopy tours. Korona lasu jest domem dla wielu gatunków nie tylko flory, ale i fauny – podczas zjazdu, mamy możliwość ich obserwacji z punktu widzenia niedostępnego dla zwykłych spacerowiczów.

POLECAMY: Guatemágica Gwatemala – w krainie Chapínes

Naszpikowani informacjami na temat bezpieczeństwa i wyposażeni w kaski i uprzęże, jesteśmy gotowi do startu. Lecąc kilkadziesiąt metrów nad ziemią, wystarczy wyostrzyć swoje wszystkie zmysły, by poczuć magię otaczających nas lasów deszczowych i poczuć się jak ptak szybujący nad mglistą dżunglą. Mimo tego, że pełna przejażdżka trwa dosłownie kilka minut, to wrażenia pozostają z nami o wiele dłużej.

Zejdźmy jednak na ziemię. Głodni? Nigdzie indziej jedzenie owoców nie będzie sprawiało takiej przyjemności jak tutaj. Podróżując po Kostaryce, możemy zapomnieć o monotonnym i dobrze nam znanym smaku bananów z polskiego supermarketu. Tutaj przybiera on wiele postaci, zależnie od odmiany którą reprezentuje. Tak więc, mamy na przykład maduros, czyli lekko słodkie, smażone dojrzałe banany, patacones – zielone banany smażone na słono, czy też te bardzo słodkie czerwone, jedzone na surowo.

Do tych mniej znanych owoców z pewnością można zaliczyć pejibaye – jego smak można określić jako orzechowo-ziemniaczany. Ticos jedzą je zazwyczaj ugotowane z… majonezem. Ciężko sobie wyobrazić tak niestandardowe pomieszanie smaków, ale naprawdę warto się przemóc i spróbować. Z kolei, jeśli mamy ochotę na orzeźwiający sok, dobrym pomysłem będzie zrobienie go z cas, małego, zielonego, lekko kwaśnego owocu, który rośnie głównie w krajach Ameryki Centralnej.

Poza owocami, kuchnia Kostaryki ma swoje trzy główne gwiazdy: ryż, kurczaka i fasolę. Jedzone o każdej porze dnia i nocy, obecne w każdej przydrożnej knajpie.

Wertując menu, niemożliwym jest nie natknąć się na gallo pinto albo casado. To pierwsze to typowe kostarykańskie śniadanie czyli ryż z fasolą, często w akompaniamencie jajecznicy, zaś casado można określić mianem narodowego dania Kostaryki. Jest to przyjemny sycący miszmasz składający się z ryżu, fasoli, smażonych bananów, sałatki i kurczaka (opcjonalnie może być zastąpiony np. przez rybę).

POLECAMY: Jak smakuje Urugwaj?

Pomimo dającego się we znaki gorąca i nieustannej ochoty na lody i zimne napoje, nie można wyjechać z Kostaryki, nie próbując tutejszej kawy, która jest głównym artykułem eksportowym kraju. Warunki glebowe i klimatyczne są tu wręcz idealne do uprawy kawowców – i tę perfekcję czuć w każdym łyku próbowanej przez nas kawy na jednej z plantacji w rejonie Tarrazu. Intensywny aromat i czekoladowo-orzechowy smak sprawiają, że przyjeżdżamy do Polski z kilkoma paczkami arabiki.

Jednak jeszcze przed wyjazdem, mamy ostatni cel do zaliczenia na naszej trasie. Czas jechać na kostarykańskie wybrzeże. Naszym punktem docelowym jest Santa Teresa, malutka i urokliwa wioska położona na zachodnim brzegu półwyspu Nicoya.

To jest jedno z tych miejsc, gdzie czas płynie wolniej, a rytm dnia dyktuje słońce. Po szerokiej plaży spacerują beztroscy turyści przyssani do wydrążonych kokosów, a niedaleko brzegu surferzy łapią ostatnie fale przed zapadnięciem zmroku. Nieco leniwa i przyjemna atmosfera udziela się tu każdemu – nawet i nam. Aż chce się krzyknąć pura vida! i nie wracać.

Natalia Gałązka

Natalia Gałązka

Nie umie usiedzieć w miejscu. W podróży notuje, rysuje i robi zdjęcia. Uwielbia próbować potraw kuchni lokalnej - po każdej wyprawie ma lodówkę pełną egzotycznych produktów.

Komentarze: Bądź pierwsza/y