Rzadko kupuję książkowe nowości, ale tym razem nie mogłem się powstrzymać. No bo jest i Afryka, i fotografia. I Kydryński. Lubię Afrykę i fotografię, Kydryńskiego zresztą też – więc kupiłem.

Wydane zacnie. Ładny druk i papier, twarda okładka. No i książka ciężka, jak jakaś encyklopedia. Wiem za co płacę.

Najpierw obejrzałem fotografie. Fotografii jest tu całe mnóstwo. Dokładnie sto pięćdziesiąt, jak zapewnia autor – choć sam nie liczyłem.

Są tacy, którzy z fotografii Kydryńskiego się podśmiewają. Zresztą jak i z całej fotografii podróżniczej.
– Jaki tam fotograf z tego Kydryńskiego? – Przecież wystarczy pojechać do Afryki i tam tylko naciskać spust migawki. Poza tym – prawdziwy fotograf robi wielką fotografię nie wychodząc z domu, studia, ze swojego miasta itd. OK, może i robi, ale to już fotografia podróżnicza nie będzie. Sorry.

Nie będę ukrywał, że mi fotografie Marcina Kydryńskiego zawsze się podobały. Tak jest i tutaj. Niektóre są wręcz genialne, niektóre mniej, ale przecież nie ma takich, których autor miałby się wstydzić. Czasem aż trudno uwierzyć, że nie są to montaże, tak dopracowana jest wieloplanowa kompozycja (tęcze, światło, jakieś smaczki w tle).

Wprawdzie niektórym być może nie będzie odpowiadała nieco zbyt agresywna obróbka, taki nieco pseudo-HDR, ale mnie tam się podoba. Choć może i bez tych hadeerów byłoby lepiej? Niemniej jednak za obróbkę daję minus, bo jeśli bliżej się przyjrzeć fotografiom, to wszystkie lub prawie wszystkie sylwetki mają jakąś dziwną białą obwódkę. A i jakość druku tych fotografii mogłaby być nieco lepsza. W następnym wydaniu postuluję zmienić drukarnię. Może na jakąś zagraniczną, albumową?

Na końcu jest spis fotek z podpisami i krótkimi komentarzami (prawdziwa fotografia broni się sama, żadne podpisy czy didaskalia nie są potrzebne – twierdzą fotograficzni puryści). Ja tu daję dodatkowy plusik, choć te miniaturki i opisy mogłyby być większe, bo są wielkości znaczków pocztowych, a i czcionka jakaś drobna. Choć być może to sygnał dla mnie, że czas najwyższy zgłosić się do okulisty i kupić okulary.

I jeszcze jedno. Wszystkie fotografie w książce to „rozkładówki”, choć, co ciekawe, da się je oglądać „połówkowo”. To znaczy, jako dwie osobne fotografie. Nie jestem pewien czy to zamierzone, ale pomysł jest nieco kontrowersyjny, bo przecież książka nie rozkłada się jak gazeta, więc to zgięcie na środku fotografii przeszkadza w kontemplacji „pełnego zdjęcia”.

Ale żeby nie było – w sumie jest to bardzo ładne i interesujące afrykańskie portfolio. Zazdroszczę trochę, bo też chciałbym być w tamtych miejscach i sam te zdjęcia pstrykać.

Już same fotografie robią tę książkę. Jednak większość zdjęć wydała mi się znajoma. Podobnie jest z tekstami.
Już po kilku pierwszych stronach zorientowałem się, że nie jest to całkiem nowe dzieło, i że te teksty też skądś już znam…

Niektóre kawałki znałem z magazynu Kontynenty. Ale jest tu i legendarny reportaż Śladami Stasia i Nel z National Geographic. Są też fragmenty książki Chwila przed zmierzchem (sprytnie zakamuflowane pod całkiem innymi tytułami). Książki, którą autor (jak sam się wyraził) popełnił wieki temu, i nigdy nie zdecydował się na wznowienie. A która w pewnych kręgach zyskała miano kultowej.

Na końcu, w stopce, można wyczytać rzeczywiście, że pierwotne wersje rozdziałów – opowiadań pojawiały się w NG, Kontynentach, ale i Viwie, i Playboyu.

Tak czy siak toby znaczyło, że w książce żadnych oryginalnych tekstów nie ma. Ci więc, którzy spodziewali się całkiem nowego Kydryńskiego, mogą czuć się rozczarowani. Ale to antologia. Opus magnum. I fajnie, że wszystko mamy w jednym miejscu.

Kydryński wprawdzie usprawiedliwia się, że nie potrafi pisać, ale to tylko zakrawa na nieuzasadniona skromność, lub wręcz zwykłą kokieterię w stosunku do czytelnika (– Mój drogi Watsonie – powiedział [Sherlock Holmes]. – W żadnym wypadku przesadnej skromności nie zaliczam do zalet. Człowiek myślący logicznie powinien widzieć wszelkie zjawiska życiowe we właściwym świetle, to jest takimi, jakimi są w rzeczywistości. Gdy więc nie doceniamy siebie, zniekształcamy prawdę, podobnie jak gdybyśmy przeceniali swoje możliwości). Otóż dla mnie – jak najbardziej potrafi. I to tak, jak ja bym chciał pisać. Gdybym oczywiście potrafił.

Teksty – jak to u Kydryńskiego. Niektórzy zarzucają mu megalomanię, inni, że styl pretensjonalny. No cóż, być może rzeczywiście jest tu szczypta megalomanii i autor czasem ociera się o pretensjonalność. Ale i tak robi to w sposób uroczy.

Mnie irytuje jakieś takie podróżnicze kombatanctwo i pozowanie na wszystkowiedzącego o Afryce mędrca. Ale tylko czasem. Trzeba natomiast przyznać, że klimat jest.

Tylko, że o ile na zdjęciach pokazuje autor Afrykę piękną i kolorową, to dla odmiany w tekstach – zwłaszcza w starszych kawałkach – dominują czarne barwy. Co jak wiadomo jest powszechną manierą przy opisywaniu Czarnego Kontynentu.

Pamiętam Chwilę przed zmierzchem i Kydryńskiego mroczne wizje Afryki. Mam bardzo osobisty stosunek do tego tytułu. Tę książkę odkryła A. i potem zabrała ze sobą, mimo, że przecież wycieczki przez Afrykę w takim stylu nigdy nie były w jej guście… Więc po kilku latach zmuszony byłem odkupywać ją, znaczy książkę, tego białego kruka, na allegro. No i była to kolejna pozycja, która pchała mnie w stronę Afryki.

Kiedy kilka lat później wybrałem się wreszcie we własną podróż „śladami Stasia i Nel”, byłem pełen najgorszych obaw. Choć z dystansem i ostrożnością traktuję wszelkie autorytety, również literackie. Nawet, a zwłaszcza wtedy, kiedy mam do czynienia z tzw. literaturą faktu.

Tak więc i w Bieli też nie wierzyłbym bezkrytycznie we wszystkie Kydryńskiego kategoryczne sądy, opinie i proroctwa, choć przyznać trzeba, powtarzam, że magia jest i czyta się to świetnie. A zainteresowanego czytelnika skłania do myślenia i własnych poszukiwań.

Najlepsze imho opowiadanie to Ścieżki wiary (o Ghanie).

A swoją drogą – że Marcin Kydryński jeździ do Afryki to wszyscy wiedzą, ale nie sądziłem, że do tej Afryki jeździ aż tak często. Jak on na to znajdował czas? Zwłaszcza, że przecież odwiedza Lizbonę w celu słuchania fado, zajmuje się swoimi festiwalami, rodziną, jest mężem Anny Marii, której menadżeruje, jest ojcem dwóch synów, którym ojcuje, a jeszcze co niedziela nadaje w Trojce Sjestę. Niesamowite.

I jeszcze jedno, już całkiem na koniec. Na str. 362 wykryłem literówkę, w zasadzie nawet błąd ortograficzny w nazwie Piccadilly. Zabrakło jednego „c”. W sumie to drobiazg, jak na tak wiele stron (innych błędów nie zauważyłem), ale zastanawia mnie dlaczego autorzy/redaktorzy/korektorzy (nie wiem do kogo w zasadzie mieć pretensje, ok, korektorów już chyba nie ma) z tą znaną londyńską lokalizacją mają tyle problemów. Co ciekawe, poprzednio zauważyłem ten sam błąd w książkach Cerama i Kosidowskiego.

Tak czy siak. – Bardzo polecam.

Marcin Kydryński, Biel. Notatki z Afryki. Edipresse Polska, 2016

Marcin S. Sadurski

Marcin S. Sadurski

Jego pasją jest outdoor – żagle, nury, góry, narty, rower etc. Czyta wszystko, całkiem jak Joe Turner w filmie "Trzy dni Kondora". Czasem pisze. I podróżuje… najczęściej palcem po mapie.

Komentarze: Bądź pierwsza/y