Gdzieś w Norwegii, pomiędzy Bergen a Oslo, leży małe miasteczko, otoczone stokami narciarskimi i trasami biegowymi, do którego zimą zjeżdżają miłośnicy białego szaleństwa. Ale nie tylko. Kiedy zbliża się pierwsza pełnia księżyca po Nowym Roku, do Geilo (czyt. Jajlo) przybywają również pasjonaci… muzyki i lodu. A to za sprawą corocznego Festiwalu Muzyki Lodowej.

Festiwal trwa cztery dni. W przygotowaniach pomaga ok. czterdziestu wolontariuszy z różnych krajów, w tym z Polski. Jest to doskonała okazja do poznania ludzi z ogromną pasją. Nad organizacją wydarzenia czuwa Terje Isungset, muzyk pochodzący z Geilo, ojciec festiwalu, dla którego, jak się potem przekonujemy, lód nie ma żadnych tajemnic. Jeśli istnieje profesja „specjalista ds. lodu” to Terje z pewnością nim jest. Od dwunastu lat pilnuje on, aby festiwalowe dostawy lodu były jak najlepszej jakości, dokładnie je osłuchując. Sam również bierze udział w procesie tworzenia lodowych instrumentów, a na koniec wydobywa z nich magiczne dźwięki w trakcie koncertów.

Ale po kolei. Aby festiwal mógł się odbyć, pierwsze co trzeba zrobić, to zbudować… igloo. A to nie lada wyzwanie, gdyż festiwalowe igloo budowane jest w dość nietypowy sposób. Za to zadanie odpowiedzialna jest grupa dwudziestu studentów z uniwersytetu z Bergen, na czele której stoi profesor Petter Bergerud. Okazuje się, że do jego zbudowania oprócz dużej ilości wody i siarczystego mrozu wystarczy jedynie balon i… sieć rybacka.

Pierwszym krokiem jest nadmuchanie balonu do rozmiarów, jakie ma mieć lodowa budowla. Następnie balon nakrywa się siecią i przez trzy dni, bez przerwy, naszą konstrukcję polewa się wodą. Wymagana temperatura, aby budowa zakończyła się powodzeniem, to przynajmniej pięć, sześć stopni poniżej zera. Sieć ma za zadanie związać powstający lód i nadać szkielet budowli, gdyż balon po jakimś czasie jest rozcinany i wyjmowany na zewnątrz. Ściany igloo osiągają grubość ok. pięciu centymetrów. Ważne jest, aby w dachu zrobić otwór odprowadzający nadmiar ciepła wytwarzany przez ludzi będących w środku. Jest to konieczne w celu uniknięcia topnienia igloo od wewnątrz.

Kolejnym miejscem, w którym odbywają się koncerty, jest scena wykonana ze śniegu i lodu. Jej tegoroczny kształt, dość fantazyjny, to klawisze fortepianu wyłaniające się z trąbki. Nadanie scenie tak wyrafinowanego kształtu wymaga ogromnej pracy, a także precyzji. Oczywiście nie może zabraknąć też widowni. Starannie wycięte w śniegu piłą łańcuchową ławki muszą pomieścić kilkaset osób.

Ale chyba największą atrakcją w trakcie przygotowań do festiwalu w Geilo jest tworzenie instrumentów. Istna gratka dla fanów lodowego rzeźbiarstwa. Najważniejsze to wstępny projekt na papierze, dalej wystarczy go urzeczywistnić przy użyciu piły, dłuta, wiertarki, dmuchawy, a także… palnika. W trakcie przygotowań do festiwalu zużywanych jest aż dziesięć ton lodu. Przywożony jest on w ogromnych blokach, ponoć z jednego z tutejszych górskich jezior. Nazwa jeziora zdaje się być owiana tajemnicą, gdyż nie udaje nam się uzyskać tej informacji od Terje.

To co ważne, to przejrzystość i czystość lodu, a także jego jak najmniejsze napowietrzenie, bowiem bąbelki uwięzione w lodzie tłumią dźwięk z niego wydobywany. Blok dzielony jest na mniejsze elementy, z których wycinane są instrumenty.

Polecamy: VARDØ. Fragment książki „Hen. Na północy Norwegii” Ilony Wiśniewskiej

No dobrze, ale jak wyrzeźbić z lodu instrumenty dmuchane, takie jak saksofon czy trąbka? Nic prostszego, wystarczy zbudować je z dwóch symetrycznych elementów, które zostają sklejone wodą. Co ciekawe, palnik służy do wykończenia instrumentu, jest on wówczas krystalicznie czysty i błyszczący.

Bohaterami tegorocznej edycji festiwalu jest wspomniany już saksofon oraz kantele, narodowy instrument Finlandii. Oba instrumenty rzeźbione są po raz pierwszy, a ich twórcą jest Bill Covitz, określany tu przez wszystkich jako Ice Master.

Szybko przekonujemy się, że dla Billa nie ma rzeczy niemożliwych jeśli chodzi o sztukę lodową. Na naszych oczach powstają kolejne instrumenty: gitara w kształcie gwiazdy, marimba, kontrabas, a także bębny. Jednak nie wszystko idzie gładko jak… po lodzie. Pojawia się m.in. problem z połączeniem ustnika z instrumentem przypominającym trąbkę oraz topniejącymi w nim otworami. Niekiedy metodą prób i błędów trzeba skonstruować kilka egzemplarzy danego instrumentu, aby wszystko grało jak należy.

Praca wre już od tygodnia. Budowa sceny dobiega końca. Igloo przygotowywane jest na przyjęcie czrwedziestu gości, bo tylko tyle może pomieścić w trakcie jednego koncertu. Festiwal z roku na rok cieszy się coraz większym powodzeniem. Podczas dwunastej już edycji sprzedano ok. tysiąca pięciuset biletów. W związku z tym, organizatorzy zdecydowali o przygotowaniu dwóch dodatkowych koncertów pierwszego dnia.

Koncerty w igloo są bardzo kameralne. Lodowe dźwięki subtelnie roznoszą się w tej niewielkiej przestrzeni, a widownia siedząc bezszelestnie wsłuchuje się w każdy z nich. Pierwszy koncert inauguruje grupa studentów z Bergen. Śpiew wydobywa się z lodowego rogu, a melodie płyną z lodowej marimby, mis wypełnionych kryształami lodu, a także zbudowanego specjalnie na ten koncert bezimiennego instrumentu szarpanego. Dodajmy, że nie wszystkie instrumenty posiadają swoją nazwę, gdyż w ich tworzeniu panuje pełna dowolność. Muzyka brzmi nastrojowo i tajemniczo, choć momentami dźwięki zdają się być przypadkowe.

Z kolei koncerty na scenie to istne widowiska świetlno-dźwiękowe. Feeria barw roztacza się nad artystami i ich lodowymi instrumentami. Na scenie wszystko może się zdarzyć. W poprzednich latach bywały sytuacje, gdy instrumenty rozpadały się na części w trakcie grania. Ale ta spontaniczność i w dużym stopniu zależność od natury czyni Ice Music Festival w Geilo jedynym w swoim rodzaju. Instrumenty potrafią płatać figle. Bywało też, że te, które na próbach grały poprawnie, w trakcie występu na żywo nagle się rozstrajały.

Każdy koncert trwa około trzydziestu, czterdziestu minut. Przy niemal dwudziestostopniowym mrozie dobrze jest zrobić sobie przerwę i ogrzać się gorącą herbatą w pobliskiej szkole. W międzyczasie mamy okazję zamienić parę słów z artystami występującymi na scenie. Każdy z nich jest wyjątkowy. Liderem jest wspomniany już wcześniej Terje Isungset, który z lekkością gra na swoich instrumentach. Lodowy pasjonat, w portfolio którego znajdziemy nawet nagrania z użyciem lodu z bieguna południowego.

Towarzyszy mu obdarzona przepięknym głosem Maria Skranes. Na specjalne zaproszenie Terje, na scenie pojawiają się również dwie artystki z Finlandii, które swoim śpiewem i grą na kantele, przybliżają publiczności kulturę tego kraju. Polskim reprezentantem jest wybitny muzyk jazzowy Grzech Piotrowski, który ujarzmia lodowe saksofony, co jest nie lada wyzwaniem. Kolejną gwiazdą jest rewelacyjny młody zespół Fieh z Norwegii, który porywa publiczność do tańca. Na scenie pojawia się też wielu innych artystów, ale wisienką na torcie jest Norweg Bjørn Tomren, znany również jako Polkabjørn, który jest mistrzem jodłowania i grania… swoim głosem. Koncert z jego udziałem to istne muzyczne szaleństwo, publiczność wychodzi zachwycona.

Polecamy: Być jak kowboj w Norwegii

Amatorzy wyższych temperatur znajdą również coś dla siebie, gdyż ostatniego dnia festiwalu koncerty odbywają się w tutejszym kościele. Akustyka i otoczenie muzyków trochę inne, ale instrumenty te same.

Ice Music Festival jest wydarzeniem wyjątkowym dla tych, którzy lubią na scenie spontaniczność z lekką nutą improwizacji. To takie lodowe jam session, przy czym niesamowitym doświadczeniem jest możliwość uczestniczenia w procesie tworzenia lodowych instrumentów. Przy całej masie festiwali na całym świecie, ten jeden jest unikalny ze względu na swoją kameralność. Choć znany w Norwegii, nie jest aż tak popularny za granicami tego kraju. Ale dzięki charyzmie Terje zdaje się, że to tylko kwestia czasu.

 

Relacja pochodzi z Ice Music Festival 2017

Marta Olempska

Marta Olempska

Do wagabundy jej daleko ale podróżuje kiedy może. Póki co, ciągnie ją do Azji. Uwielbia tamtejszą kuchnię i środki transportu. Wspomnienia z podróży czasem zamieszcza tu: Shevagabond.

Komentarze: 2

Andrzej 16 maja 2018 o 17:23

Dodam link do wideo, bo jednak dźwięk zmienia postrzeganie tego miejsca, a zdjęcia wszystkiego nie oddają: https://www.youtube.com/watch?v=Hpfo7oNS1XY.

Byliśmy tam dwa razy i łezka aż mi sie zakręciła, jak przeczytałem Twój tekst Marta… ech… sporo emocji tam zostało i nie mniej znajomości udało nam się nawiązać!

Odpowiedz

    Marta 18 maja 2018 o 10:50

    Cześć Andrzej! Dzięki za komentarz, masz rację, wspomnienia wracają… To było niesamowite doświadczenie, które polecam każdemu. Te magiczne dźwięki i cały proces przygotowań, zwłaszcza budowa igloo… kosmos! :)))
    Dzięki za filmik, wklejam też nasz filmik, może łezka zakręci się raz jeszcze ;)

    Odpowiedz