Stoję sobie z kieliszkiem czerwonego wina w ręce i rozmawiam z koleżanką. Wtem! Poczekaj, – mówię – zaraz wracam. Przy barze nieopodal dostrzegam bowiem znajomą z telewizji i zdjęć twarz. Oto stoi Beata Pawlikowska. Przedzieram się przez tłum i za chwilę jestem tuż obok.

Tak się składa, że mam w torebce jedną z najnowszych książeczek autorstwa tej słynnej podróżniczki. Tę o Sri Lance. Przeczytałam ją kilka godzin wcześniej w pociągu z Radomia. Zajęło mi to pół godziny z przerwami na odbieranie i wykonywanie telefonów, bo przecież trzeba było zdać szefostwu raport z delegacji. Wyciągam więc ową książeczkę i grzecznie zagaduję. Przepraszam bardzo – zagaduję i wyłuszczam w kilku słowach moją prośbę o złożenie podpisu na jednej z pierwszych kart dzieła. Autorka uśmiecha się, wyjmuje długopis.

Oho! A to ci okazja – myślę sobie, pamiętając jak te kilka godzin temu kręciłam z niedowierzaniem głową czytając o lankijskich słoniach. Czas na małą dygresję. Niedawno mieliśmy na peronie całkiem burzliwą dyskusję na temat tego, czy na słoniach powinno się jeździć, czy nie i jakie są tego konsekwencje. Obserwowałam ją z zaciekawieniem. Sama raz jechałam na słoniu, za innym razem z kolei z tej atrakcji świadomie zrezygnowałam. Na Sri Lance właśnie.

Pytam więc Beatę Pawlikowską, jak to z tymi lankijskimi słoniami jest. Bo w książeczce przeczytałam, że nie ma już wolnych słoni na Sri Lance. A ja widziałam wolne słonie. W Parku Narodowym Kaudulla je widziałam. Skubały trawę i liście. Taplały się w jeziorku. Ba! Widziałam nawet takie, co to jeszcze mleko matki ssały. I słonia z kłami widziałam. Chodziły własnymi ścieżkami. Wolno. Słonia w dżungli przy drodze też widziałam. Czyżby mi się coś przewidziało?

Więc są wolne słonie na Sri Lance, czy ich nie ma? Pisze pani, że zostały tam już tylko słonie w łańcuchach i pod ludzką przemocą podając przykład sierocińca w Pinnawali. – zagaduję – Ale przecież tam trafiają słonie osierocone lub okaleczone przez człowieka, które samodzielnie by nie przeżyły…

I zostaję natychmiast uświadomiona, że to wszystko kłamstwo. Że przecież właściciel sierocińca nie może się przyznać do męczenia zwierząt, a one tam się męczą w łańcuchach. Ale ja tam widziałam większość słoni bez łańcuchów – dociekam. Bo naprawdę nie wyglądały one na smutne i zmaltretowane. A ja widziałam tylko słonie w łańcuchach – szybko jednak ucina podróżniczka dyskusję o słoniach.

Może trzeba się było lepiej rozejrzeć?

Owszem, nie jest Pinnawala rajem dla słoni, bo raj to by był, gdyby ich wcześniej ktoś nie zaatakował w celu ucięcia im kłów. Albo gdyby przypadkiem nie weszły na minę. Albo gdyby ich matki ktoś wcześniej nie zastrzelił. Kiedy jednak takie rzeczy się zdarzają, ocalałe słonie w Pinnawali otrzymują pomoc. I rzeczywiście niektóre z nich chodzą w łańcuchach – bo trudno puścić wolno ogromne zwierzę, które może być niebezpieczne dla innych lub ludzi, albo które może zwyczajnie próbować uciec. To chyba jasne, że zranione lub przestraszone wcześniej zwierzęta mogą stanowić zagrożenie. Jednak znakomita większość słoni, które obserwowałam w Pinnawali łańcuchów nie nosi.

Widziałam tam samca o imieniu Raja. On stał w łańcuchach pod dachem. Stary to już był słoń z ogromnymi kłami i smutną przeszłością. Kiedy wędrował sobie przez dżunglę kłusownicy chcąc zdobyć kość słoniową oślepili go strzałami w oczy. Pewnie dokończyliby dzieła, gdyby ktoś ich nie przestraszył. Zostawili więc przerażonego ślepego zwierza na pastwę losu. Słoniem zajęli się ludzie z Pinnawali. Muszą go żywić, opiekować się nim. Niestety Raja po tych ciężkich przejściach dostaje czasem ataków szału. Musi więc być sposób by go opanować. Stąd łańcuchy na nogach. Czy właściciele sierocińca opiekują się Rają realizując jakie swoje ukryte marzenia o dręczeniu zwierząt? Po co? Przecież gdyby go dyskretnie uśmiercili, pozbyliby się kłopotu. I jeszcze kły można byłoby spieniężyć. Ale nie, oni się słoniem opiekują.

Beata Pawlikowska w książeczce wyznaje, że widziała, jak się łamie duszę słonia. Ja tego nie widziałam, miałam okazję jednak obserwować słonie ze złamanymi duszami. Więcej! Jechałam na takim słoniu. W Indiach, niedaleko Jaipuru w Forcie Amber. Myślałam, że będzie to atrakcja. Smętne i apatyczne słonie w piekielnym upale pięły się pod górę wioząc na grzbietach turystów, w tym mnie, a ich opiekunowie z wdzięczności za pracę okładali je po uszach pałkami. Zrobiło mi się ich wtedy naprawdę żal. Słoni, nie opiekunów. Bo za to walenie po uszach bez wyraźnej przyczyny miałam sama ochotę takiemu opiekunowi też raz przyłożyć w łeb. Ale mocno, żeby poczuł.

Dlatego na Sri Lance z turystycznej przejażdżki na słoniu zrezygnowałam, choć na pierwszy rzut oka zwierzęta te wyglądały na traktowane lepiej niż tamte w Indiach. Mogę jednak przyznać, że niektóre słonie lankijskie nie mają życia usłanego różami. Ale na uogólnienie, że na Sri Lance nie ma wolnych słoni, a wszystkie doświadczają przemocy, zgodzić się nie mogę.

Bo musiałabym przyznać, że mam ciężkie zwidy, a przecież ze wzrokiem u mnie jak najbardziej w porządku.

Ewa Serwicka

Ewa Serwicka

Zamieniła korpopracę na turystykę. Lubi patrzeć na świat przez obiektyw aparatu. Bloguje na Daleko niedaleko.

Komentarze: 4

Ajka 22 kwietnia 2011 o 13:12

Nie zapominaj, że mówimy o osobie, która ma dar nadprzyrodzony i KAŻDY spotykany kelner w każdym zakątku świata odgaduje jej kulinarne pragnienia nim zdąży otworzyć usta, a lamy w Peru prowadzą ją na najpiękniejsze tarasy widokowe, oczywiście z dala od „zwykłych turystów” takic jak my ;)

Odpowiedz

Zosia Malecka 5 maja 2011 o 15:30

W zupełności zgadzam się z panią, pani Ewo. Też czytałam tę książeczkę pani Beaty Pawlikowskiej o Sri Lance i byłam bardzo rozczarowana płytkim potraktowaniem tematu. Byłam w Sierocińcu Słoni w Pinnawela. Lankijczycy bardzo cenią słonie i starają się je chronić. Nikt na wyspie nie znęca się nad słoniami, ani nad innymi zwierzętami. Lankijczycy to w 90 % buddyści, religia zabrania im krzywdzić zwierzęta, nawet bezdomne psy są tolerowane i spokojnie mogą żywić się przy targowiskach i na dziedzińcach świątyń.Znajomy Lankijczyk nie chciał zabić myszy grasującej po moim pokoju tłumacząc, że religia zabrania mu krzywdzić jakiekolwiek zwierzę na tej ziemi. Napisałam książkę o Sri Lance, w której opisałam zachowania i reakcje Lankijczyków (pojechalam we własnym zakresie i mieszkałam 4 miesiące w prywatnym domu) różne sprawki Lankijczykom mogę przypisać, ale nie to, że dręczą słonie! Czytałam wcześniejsze książki pani Pawlikowskiej z zaciekawieniem. Gdy dowiedziałam się, że napisała o Sri Lance – natychmiast poszłam ją kupić, aby porównać z własnymi odczuciami, ale bardzo się rozczarowałam. Nic tam właściwie na temat Sri Lanki nie znalazłam, jedynie biadolenie nad losem słoni w sierocińcu. Nie wiem doprawdy co stało się pani Pawlikowskiej. Takiej jej nie znałam. ZaMcka.

Odpowiedz

    Lawendanka 14 września 2011 o 10:06

    Pani Zosiu a gdzie można kupić Pani książkę? Wybieram się na Sri Lankę i chętnie bym ją przeczytała.

    Odpowiedz

olka 12 września 2012 o 17:22

Książka Zosi Małeckiej jest w sprzedaży internetowej, wystarczy wpisac w google „Łza na oceanie. Sri Lanka” z tego co wiem, w tej chwili jest jeszcze w niewielu księgarniach

Odpowiedz