Często​ podróżujemy​ bezrefleksyjnie,​ bazując​ ​na​ ​utartych​ stereotypach​ ​kreujemy krajobraz​ ​rzeczywistości, która​​ nas​ ​otacza.​​ Żeby​ po​ ​powrocie​ ​do​ ​domu​​ znów​ ​zanurzyć​ ​się​ ​w ​ocean obowiązków​.​ By​ znów​ ​posłuchać​ ​wystylizowanego, wyżelowanego kołcza, który​​ pokrzykuje​ ​o​ wyjściu​ ​ze​ strefy komfortu.

Miasto​ ​Dilidżan,​ próbuję​ ​złapać​ stopa​ ​do​ ​Wanadzor.​ Na​ ​moje​​ nieszczęście​ ​zatrzymuje​ ​się​ ​co​ drugi samochód. Kierowcy​​ słysząc​​ rosyjski​ odpowiednik​ ​słowa​ „bezpłatnie”​ reagują​​ różnie.​ ​Niektórzy​ ​po​ ​prostu​ ​odjeżdżają​​ z piskiem​​ opon,​​ kolejni​​ unoszą​​ się​​ śmiechem,​​ a inni​​ nawet​ mnie wyzywają.​ ​Budzi​ ​to​​ mieszane​​ uczucia.

W​​ końcu​ ​zatrzymuje​ ​się​ lekko​ już​ zardzewiałe​ BMW.​ Zrezygnowany​ podchodzę​​ do​​ okna​​, by​​ oznajmić​​ po​​raz kolejny,​​ że​​ nie​ mam​​ pieniędzy.​​ Ku​​ mojemu​​ zdziwieniu​​ oświadczenie​ spotyka​ się​ z​ pełną​ ​akceptacją dwóch​ ​mężczyzn​ siedzących​ ​w samochodzie.

* * * * *

Na​ ​Kaukazie​ ​rzadko​ która​ droga​ jest​ płaska.​ ​Nie​​ inaczej​ jest również​ ​w tym​ ​przypadku.​ Zaraz​ ​za zakrętem zaczyna​ się​​ długi​​ i​​ mozolny​​ podjazd.​​ Z​ początku​​ czuję​ się​​ trochę​ skrępowany,​​ jedziemy​ bardzo​ wolno​ w kompletnej​ ciszy.​​ Jedynym​​ dźwiękiem​​ jest​​ irytujący​​ skowyt​​ bawarki,​​ której​​ opony obcierają​​ o​ nadkola, jednocześnie​​ dając​ znać​, że​​ zawieszenie​​ poddało​​ się​​ mojemu​ ciężarowi.​​ Staram​ ​się​ ​przerwać​​ to​​ niezręczne milczenie,​ ale​​ nie​ ​udaje​​ mi​ się​ nawet​ dowiedzieć​ jak​ moi​ ​kompani​ ​mają​ ​na​ imię.​ Zanurzam​ ​się​​ więc​ ​w krajobraz Małego​​ Kaukazu.​ ​Zieleń​ porastająca​​ wzgórza,​ ​a​ między​ ​nimi wkomponowane​ niemal​ idealnie​ samotne​ chaty, każda​ z ​własną​ mini​plantacją​ i kilkoma​ zwierzętami. Wprawia​ mnie​ to​ w sielankowy​ nastrój​ i nie​ mogę​ wyjść​ z podziwu,​ jak​ piękna​ i ​surowa​​ jest​ ta​ kraina. Mimowolnie​ wypalam,​ pewnie​ chcąc​ zjednać​ sobie​ podświadomie przychylność​ ​moich​ ​towarzyszy​:​ – ​ ​ Ale piękna ​ta Wasza ​Armenia.

Głowa​ na​ miejscu​ pasażera, odczekuje​ chwilę​ jakby​ rozmyślała​ nad​ odpowiedzią.​ Po​ chwili​ odwraca​ się​ ​i
puentuje:​ – ​Jeśli​ taka​ piękna,​ to​ czemu​ się​ nie​ przeprowadzisz​?

-​ ​W Polsce jest​ moja​ rodzina​ mama​ i tata,​ tam​ się​ urodziłem​ i ​kocham​ ten​ kraj,​ jestem​ patriotą​ ​- ​lekko zaskoczony,​ próbuje​ się​ usprawiedliwić.

-​​ ​Co​? Pewnie​ pieniądze​ nie​ te. Tam​ ​u ​Was w Europie​ ​nie​ ​tak​ ​biednie.

POLECAMY: Armenia, niemal jak Kurdystan

Jak​ wielkim​ patriotą​ bym​ nie​ był,​ jak​ bardzo​ nierozerwalna​ byłaby​ moja​ więź​ z ​rodziną,​ to​ jednak​ jego wersja sprawiała​​ wrażenie​ ​bardziej​​ wiarygodnej.​ Zawstydzony​ niezręcznym​ pytaniem,​ znów​ kieruję swój​ wzrok​ w widoki​ znajdujące​ się​ za​ szybą.​ Góry​ stoją​ tam​ gdzie​ stały.​​ Tylko​ ta​ zieleń​ jakby​ zbladła,​ spowiły​ ją​ mgły​ i ponura​ rzeczywistość.​ Dostrzegłem​ chaty​ zbudowane​ z zardzewiałych,​ przegniłych​ blach,​ koło​ których​ drut kolczasty​ dzielnie​ broni​ granic​ małego​ ogródka,​ będącego​ pewnie​ żywicielem​ całej​ rodziny.​ Domostwa​ bez elektryczności,​ bieżącej​ wody,​ czy​ kanalizacji.​ Za​ to​ z wielkim​ skarbem​ w ​ postaci​ jednej​ kozy,​ albo​ krowy​ w przypadku​ tych​ bardziej​ zamożnych.​ Bańka​ pękła​ w ciągu​ jednej​ chwili,​ wytrzeźwiałem​ z wakacyjnej​ percepcji.

Uświadomiłem​ sobie​ jak​ bardzo​ piękna​ i jednocześnie​ przeklęta​ jest​ ta​ ich​ Armenia.​ Sponiewierana​przez trzęsienia​ ziemi,​ wojny,​ ludobójstwa​, czy​ biedę.​ Poczułem​ się​ po​ prostu​ nieswojo​ i nie​ miałem​ już​odwagi zagadać,​ aż​ do​ końca​ naszej​ wspólnej​ podróży.

* * * * *

Słońce chyli się ku zachodowi, gdy​ wjeżdżamy​ do​ Wanadzor​ – ​socrealistycznego​ molocha,​ trzeciego​ pod względem​ wielkości​ miasta​ Armenii.​ Dostaję​ znak,​ że​ jesteśmy​ na​ miejscu.​ Żegnam​ się​ z ​kierowcą​ i wysiadam razem​ z pasażerem,​ który​ proponuje​ mi,​ żebym​ zagościł​ w jego​ skromne​ progi​ i przenocował,​ aby​ następnego dnia​ w pełni​ sił​ wyruszyć​ dalej.​ Blok​ z ​zewnątrz​ wygląda​ jak​ naruszony domek​ z kart,​ do​ którego​ budowy​ użyto płytek​ o giętkości​ grubszego​ kartonu.​ Trzęsienie​ ziemi,​ które nawiedziło​ Armenię​ w 1988​ ​roku,​ po​ dziś​ dzień daje​ o ​sobie​ znać.​ Niechętnie​ odmawiam,​ gdyż przeczuwam,​ że​ mam​ przed​ sobą​ bardzo​ ciekawego​ człowieka. Niestety​ goni​ mnie​ czas​ i ​postanawiam​wyruszyć​ dalej​ w kierunku​ gruzińskiej​ granicy.​ ​

Ormianin​ oznajmia,​ że jeśli​ nie​ chce​ skorzystać​ z ​jego​ propozycji​, to​ przynajmniej​ podwiezie​ mnie​ za miasto​ na​ skrzyżowanie,​ gdzie zaczyna​ się​ droga​ w ​moim​ kierunku.​ Znów​ jedziemy​ w ​milczeniu.​ Mijamy dzieci​, dla​ których​ odpowiednikiem trzepaka​ i placu​ zabaw​ są​ żółte​ gazowe​ rury​ poprowadzone​ nad powierzchnią​ ziemi.​ Dziury​ wielkości​ leju​ po małej​ bombie,​ pozbawione​ mimiki​ ​twarze​ i wciśnięty​ w to wszystko​ starannie​ odnowiony​ monastyr,​ jak przystało​ na​ ​najstarszy​ kraj​ chrześcijański​ na​ świecie.

Gdy​ dojechaliśmy​ na​ miejsce,​ podzieliłem​ się​ z towarzyszem​ moimi​ przemyśleniami.

– Takie​ jest​ życie.​ Na​ świecie​ są​ biedniejsze​ kraje​ od​ Armenii​ – odparł​ ​ tylko. Zaraz​ potem​ z uśmiechem​dodał​​: – ​Ale​ nie​ martw​ się​ bracie,​ pewnie​ kilka​ bogatszych​ od​ Polski​ też​ się znajdzie.

* * * * *

Nie​ była​ to​ podróż​ opiewająca​ w ​wiele​ niezapomnianych​ przygód,​ z ​których​ Kaukaz​ przecież​ słynie.​ Za to​ była to​ podróż,​ która​ kompletnie​ zmieniła​ moją​ wizję​ podróżowania.​ Zaszczepiła​ w niej​ nutkę humanizmu​ i zrozumienia.​ Zrozumienia​ dla​ tych​ wszystkich​ naciągaczy,​ których​ ofiarą​ byłem​ w przeszłości.​ Podziwem​ dla tych,​ którzy​ nie​ posiadając​ praktycznie​ nic,​ tym​ niczym​ się​ ze​ mną​ dzielili. Lecz​ największym​ darem,​ który otrzymałem​ jest​ po​ prostu​ umiejętność​ doceniania​ tego​ co​ mnie​ otacza​ w życiu​ codziennym.​ Kanalizacji, ciepłego​ kibla,​ bieżącej​ wody​ i tych​ wszystkich​ rzeczy,​ które​są​ częścią​ mojej​ normalności.​ Nie​ wspominając już​ o braku​ wojen​ i trzęsień​ ziemi.

POLECAMY: Czeczenia – gorący punkt Kaukazu

“Do​ it​! Niemożliwe​ ​nie​ istnieje”​. ​Podczas,​ gdy​ kołcz​ ochoczo​ zachęca​ nas​ do​ realizacji​ następnych​ celów, gdy konsumpcjonizm​ stawia​ przed​ nami​ dylematy​ wyboru​ marki, za​ każdym​ razem​ ​kiedy​ ktoś korzysta​ z L4, w Armenii​ życie​ toczy​ się​ dalej. Bez​ perspektyw​ i postawionych​ celów​ w obrębie ormiańskiej strefy​ komfortu.

Warto​ czasami​ zwolnić,​ zwrócić​ uwagę​ na​ to​ co​ posiadamy,​ a nie​ na​ to​ czego​ nam​ brak.​ A kołcza​ wysłać np. na Kaukaz,​ niech​ tam​ udowodni​ wartość​ swoich​ sloganów​ i sprawdzi​ je​ w konfrontacji​ z Homo Sovieticus.

Ormianinowi​ obiecałem​ opowiedzieć​ w Polsce​ o moich​ wnioskach.​ Melduję​ wykonanie​ zadania.​ Przed​ ​ Wami Tigran​ Avetisyan​ – skromny,​ uczynny​ człowiek.

Michał Marciniak

Michał Marciniak

Samozwańczy idealista, ślepo wierzący w pokój na świecie i bezinteresowność. Zwykły, szary człowiek, zakochany w górach i swoim kraju. Sympatyk Pana Cogito i jego słów, żeśmy ocaleli nie po to tylko, aby żyć.

Komentarze: 2

Joanna 3 marca 2018 o 1:53

Panie Michale, jak zawsze swietnie !

Odpowiedz

slawek 9 marca 2018 o 12:06

Piekna historia z twoim udzialem. Dobrzy ludzie tak jak Ty spotykaja samych wartosciowych ludzi na swojej drodze mimo ze sa odmienni kulturowa. Zycze Ci samych dalszych pieknych przygod.

Odpowiedz