W VI wieku p.n.e. w miejscu dzisiejszego Jemenu istniało legendarne królestwo Saby, Arabia Felix – Arabia Szczęśliwa. Żyzna, bogata kraina, słynąca z kadzidła i mirry, leżąca na skrzyżowaniu szlaków handlowych. Nadal istnieją tu ruiny starożytnej tamy w ówczesnej stolicy królestwa Saby – Marib, dzięki której powstały oazy o powierzchni tysięcy kilometrów.

Bilkis była znaną ze Starego Testamentu królową Saby, która złożyła wizytę Salomonowi – królowi Izraela słynącemu z mądrości i bogactw. Ich syn Menelik jest uważany za pierwszego władcę Etiopii i jest powiązany z tajemniczym zaginięciem Arki Przymierza. To wszystko rozpalało wyobraźnię, ale rzeczywistość ją przerosła. Średniowieczny Manhattan na pustyni, zameczki i fortece na szczytach gór i niepowtarzalna architektura sprawiły, że na opisanie podróży po Jemenie zabrakło mi przymiotników.

Jemen, Sana, zdjęcia z podróży do Jemenu, panorama stolicy

Panorama Sany, stolicy Jemenu. (Fot. Krzysztof Kowalewski)

Z przerażeniem słucham o tym co obecnie dzieje się w Jemenie i nie mogę się z tym pogodzić. Od kilku lat panuje wojna między zwolennikami Hadi’ego, prezydenta na uchodźctwie, wspierana przez arabską koalicję na czele z Arabią Saudyjską, a rebeliantami Huti, których wspiera Iran. W wyniku konfliktu zginęło tysiące ludzi, a miliony musiało opuścić swoje domy.

Jemen przymiera głodem, sieć zalewają zdjęcia skrajnie wychudzonych dzieci. Początkiem listopada 2017 roku Arabia Saudyjska założyła blokadę na wszystkie trasy lotnicze, morskie i lądowe, którymi mogłaby dotrzeć pomoc humanitarna. Za to, że Huti, wspierane przez Iran wystrzeliło rakietę z terytorium Jemenu w stronę Arabii Saudyjskiej. Po trzech tygodniach, po naciskach całego świata, blokadę zdjęto.

PRZECZYTAJ TEŻ: Kurdystan nieznany – Hawraman

Według ONZ Jemen przechodzi największy kryzys humanitarny na świecie. Czerwony Krzyż donosi, że liczba przypadków cholery doszła do miliona. Kiedy dzieci cierpią, głodują i umierają, a w kraju szaleje straszliwy wirus to widzę cierpiących ludzi, potrzebujących pomocy, a nie zagrożenie dla zachodniej cywilizacji. Zresztą oni są za biedni i za słabi, żeby próbować się wydostać z kraju. Życzliwością, szczerym zainteresowaniem „białasami” zjednali nas na zawsze i bardzo cierpię obserwując ich tragiczny los.

Moja podróż do Jemenu

Byłam w Jemenie jesienią 2009 roku i często wspominam ten niezwykły i niepowtarzalny kraj. Przez cztery tygodnie żyłam w przeszłości, w świecie, w którym ludzie żyją tak samo od średniowiecza.

Sana, stolica Jemenu, jest położona w górskiej dolinie, na wysokości 2200 metrów n.p.m. Miasto zamieszkałe nieprzerwanie przez dwa i pół tysiąca lat. Legenda głosi, że została założona przez syna Noego – Sema. Stare Miasto jest wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO od 1986 r. To ponad sześć tysięcy wieżowców, z których wiele ma po czterysta lat. Skojarzenie z domkami z piernika ozdobionych lukrem jest nieodparte. Miejsce unikalne i przepiękne, a wieczorem, kiedy zapalały się światła miało się silne wrażenie podróży w czasie.

Dolne kondygnacje zostały zbudowane z bazaltowej skały, a ściany wzniesiono z wypalonych mułowych cegieł, suszonych na słońcu. Na zewnątrz upiększono budynki ornamentami z białego gipsu. Okna błyszczą kolorowym szkłem i alabastrem. Dolne pomieszczenia zajmują zwierzęta, potem jest izba gościnna – diwan, jeszcze wyżej mieszka rodzina.

Bab al-Jemen, brama prowadząca do Starego Miasta. Za nią istne czary, zapach kadzidła, do którego można kupić specjalne kominki i egzotycznych przypraw. Restauracyjki, gdzie ludzie siedzą na ławach po turecku i używają palców jak szufelki do jedzenia ryżu. Dżalabije, biżuteria, wszystko to, czego nie ma na europejskich targowiskach.

Panowie obserwowali nas długo i po naradzie postanowili podejść, przywitać się i poprosić o zdjęcie. Pierwszy w dżalabii ma tradycyjny, zakrzywiony nóż – dżambiję, przytwierdzoną do specjalnego pasa, na ramieniu chustę. Drugi jest owinięty tkaniną, zwaną futa. Uchwyt noża wiele mówi statusie mężczyzny. Może być z rogu nosorożca, kości słoniowej lub z kości wielbłąda. Albo zwyczajne, z ozdobionego metalu czy skóry.

Zdaje się, że telefony komórkowe w tamtym czasie mieli proste, bez aparatów fotograficznych, dlatego taką radość sprawiało im pozowanie, a potem oglądanie siebie w wyświetlaczu. Dzieci wołały: Sadik, mumkin sura? ( Przyjacielu, można zdjęcie?) .

Wielki Meczet w Sanie, zbudowany w VII wieku, jeszcze za życia Mahometa, to jeden z najstarszych meczetów na świecie. Pierwsze powstały w Medynie i Mekkce. Podczas remontu znaleziono najstarszą pisemną kopię Koranu.

A to zapierające dech widoki na średniowieczną Sanę. O każdej porze dnia piękna, jedyna w swoim rodzaju.

Kuchnia w Jemenie

Posiłki zapiekano w metalowych menażkach, albo glinianych garnkach i w nich podawano. Fasulia (gęste danie z fasoli w pomidorach) serwowana była od śniadania, bo pożywna i dostarcza białka. Podobnie jak w wielu innych, biednych krajach. Kurczak pieczony nad ogniem był najlepszy na świecie, do tego jakieś niezwykłe sałatki. Pyszną rybę z hummusem zjedliśmy w restauracji z produktów kupionych na targu przez naszego kierowcę. Była grillowana i tak smaczna, że do tej pory uwielbiam połączenie z hummusem.

POLECAMY: Gdzie tu jest jakaś restauracja? Robb Maciąg o jedzeniu w podróży

Przynosili wielką belę folii w paseczki, czy kwiatki i odrywali ile trzeba na przykrycie stołu. Zawsze stała woda do mycia rąk, serwetki, tylko sztućców nie było. Do tego służą ręce, konkretnie prawa. Wprawiliśmy kucharza w osłupieniem graniczące z zakłopotaniem, prosząc o łyżkę do zupy o nazwie salta. Mieli jedną, więc jedliśmy na zmianę z jednej miski.

Z Jemeńczykami też jadaliśmy. Przechodząc, widywaliśmy posilających się ludzi, bo tam życie toczy się na zewnątrz, w grupie. Bardzo często zapraszali nas niewiernych do wspólnego posiłku, odłamywaliśmy chociaż kawałek chleba i wymienialiśmy uśmiechy. Chlebek bardzo podobny w smaku do naan, był zawsze podawany gorący, prosto z pieca.

To był świat, w którym nieznajomych przyjmuje się z wielką ciekawością i życzliwością.

Jednak osoby, które nigdy nie były w żadnym arabskim kraju, ani żadnego Araba nie poznały, boją się ich panicznie. A tak naprawdę, to prędzej w Polsce można oberwać za kolor skóry, niż wtedy w Jemenie, czy obecnie w Indiach.

To prawda, że sytuacja kobiet w Jemenie była i jest tragiczna. Panuje duża przemoc, dziewczynki są wydawane za mąż, bo nie ma limitów wiekowych. Ludzie kierują się przestarzałymi plemiennymi prawami i dlatego kto się tam nie urodził, nie potrafiłby tak żyć. Ale jakoś im się wiedzie.

Qat (czuwaliczka jadalna), to łagodny narkotyk, podobno nie uzależniający. Jednak mętny wzrok i dziwna wierność temu drogiemu nawykowi, wskazuje na coś innego. Za cenę paczuszki z qatem, można nakarmić całą rodzinę, to poniekąd jedna z przyczyn strasznej biedy.

Wpychanie quatu do policzków trwa kilka popołudniowych godzin. Z naszej perspektywy wyglądało to komicznie, mężczyźni zbierali się w grupy i razem żuli, wyglądając, jakby razem puchli. Nie można alkoholu? Mężczyźni są pomysłowi.

Jemen, Sana, meczet Saliha, zdjęcia z podróży do Jemenu

Meczet Saliha w stolicy Jemenu widoczny na tle gór. (Fot. Krzysztof Kowalewski)

Meczet Saliha widoczny na tle gór i pięknie oświetlony w nocy. Inicjatorem budowy był były prezydent, zamordowany w grudniu 2017 roku, Ali Abd Allah Salih. Najnowocześniejszy meczet w Sanie, jego powstanie miało na celu promowanie umiarkowanego islamu, dlatego turyści mogli go odwiedzać, jak jeszcze wpuszczano turystów do kraju. Jego wizerunek jest na rewersie banknotu o nominale dwustu pięćdziesięciu riali. Koszt budowy meczetu, to sześćdziesiąt milionów dolarów.

Wesele z karabinami na ramionach

Wracaliśmy z wycieczki za Sanę, kiedy na drogę wybiegli jacyś ludzie z karabinami na ramieniu, zatrzymując nasz samochód. Musieliśmy mieć wielkie zaufanie do naszego kierowcy, bo nawet nie zdążyłam się przestraszyć. Tymczasem dostaliśmy zaproszenie na wesele. Zauważyłam, że chcą wypaść jak najlepiej i popisywali się przed nami muzyką i tańcami. To była niezwykła przygoda. Kilka takich wesel widzieliśmy potem na ulicach stolicy, ale nikt nas nie zapraszał.

Kais – właściciel hotelu, w którym mieszkaliśmy w Sanie, zaplanował nam atrakcyjne i bezpieczne podróżowanie po swoim kraju. Wystarał się o pozwolenia, które wszędzie trzeba było pokazywać i polecił zaufanego kierowcę. Nie wszędzie mogliśmy pojechać, Marib był już zbyt niebezpieczny. Bukował hotele i czuwał nad nami z daleka, bo polecieliśmy samolotem do Sayun, zobaczyć Manhattan pustyni, wpisany na listę UNESCO. Przez wiele lat utrzymuje z nami kontakt. Jest muzułmaninem, ale wysyła nam życzenia na każde Boże Narodzenie.

Niedawno Kais napisał, że musi opuścić swój dom i ratować rodzinę, wywieźć żonę i trzy córeczki do rodziny na wieś. Poprosił o pomoc. Mam nadzieje, że ma więcej takich osób, do których może się zwrócić, przecież zatrzymywały się u niego wycieczki organizowane przez biura podróży, mieszkał całe miesiące włoski student. Nasz sadik stracił swój hotel.

Maria Kowalewski

Maria Kowalewski

Podróżuje z mężem Krzysztofem, autorem zdjęć. Pisze bloga Pakuję Walizki, żeby podróże trwały dłużej.

Komentarze: 2

Halina 7 czerwca 2018 o 22:20

Niezwykle poruszajace, duzo w tym przekazie emocji i sympatii do mieszkancow kraju. I super ciekawie ujety rys historyczny. Uczta czytelnicza. Dziekuje.

Odpowiedz

Marla 8 czerwca 2018 o 0:07

Swietny reportarz i przepiekne zdjecia. Gratulacje dla autorki i meza z nadzieja na wiecej takich wspomnien.

Odpowiedz