Siedemdziesiąt lat temu jeden szalony Norweg wysnuł tezę, że wyspy Polinezji (do których należy m.in. Rapa Nui) mogły zostać zasiedlone przez ludy Ameryki Południowej. Nazywał się Thor Heyerdahl i wyruszywszy na tratwie z Peru, po ponad trzech miesiącach dryfowania dotarł na jeden z atoli, udowadniając słuszność swojej teorii. Tej historii poświecono parę książek i filmów oraz muzeum w Oslo, które otrzymało nazwę tratwy Thora – Kon Tiki. Tuż przed wejściem do muzeum znajduje się kopia moai z Wyspy Wielkanocnej. W swoich kolejnych wyprawach Heyerdahl skupił się właśnie na historii Rapa Nui.

Dzisiaj na Wyspę Wielkanocną dopływają głównie statki towarowe z Chile (odległość od najbliższej zamieszkałej wyspy Polinezji to ponad dwa tysiące kilometrów), a monopol na obsługę ruchu pasażerskiego na lotnisku Mataveri mają jedynie chilijskie linie lotnicze LAN; raz dziennie na Rapa Nui ląduje samolot rejsowy z Santiago de Chile, a raz w tygodniu z Papeete na Tahiti. Będąc w drodze z Gwatemali do Ziemi Ognistej wybieram lot z Santiago.

Zwykle lądując w nowym miejscu, pierwszą czynnością po wyjściu z lotniska jest wzięcie taksówki czy shuttle busa, żeby dojechać do miejsca noclegu. Tutaj do stolicy wyspy można dojść w kwadrans piechotą.

Hanga Roa to jedyne miasto na Wyspie Wielkanocnej. Chociaż „miasto” to chyba za duże słowo dla tych kilku ulic. Znajduje się tutaj jeden kościół i jeden szpital, jedna apteka i biblioteka. Straż pożarna ma całe cztery wozy, budynek poczty wygląda jak kiosk, podobnych gabarytów jest biuro LAN. Jest też komisariat policji, która jak przypuszczam nie ma zbyt wielu zadań, no bo jak tu ukraść komuś auto, skoro wyspa jest długa na całe piętnaście kilometrów, więc nawet nie ma tym skradzionym pojazdem dokąd uciec.

Oprócz tego są dwie malutkie plaże, dwa porty (rybacki i towarowy), kilka minimarketów i salonów tatuażu. No i oczywiście obowiązkowa infrastruktura turystyczna tj. restauracje i bary, sklepy z pamiątkami, wypożyczalnie aut, skuterów, desek surfingowych i sprzętu do nurkowania. Hotele i apartamenty w większości są ulokowane na obrzeżach miasteczka. Tak wygląda stolica Rapa Nui. To właśnie tu, w Hanga Roa napotykam pierwsze wyczekane moai.

POLECAMY: Tajemnicze moai z Wyspy Wielkanocnej

Zapoznawszy na campingu innych „łowców moai”, uzbrojeni w aparaty i mapę wyspy wynajmujemy w kilka osób stare Suzuki i ruszamy na wycieczkę. Na naszej liście must see były Ahu Akivi, Ahu Tongariki, krater Rano Raraku i jeszcze parę innych ahu i tak cały dzień.

Zagadując lokalnych przewodników i strażników parku narodowego dowiadujemy się:

  • o drewnianych oczach, które pierwotnie miały posągi,
  • o jaskiniach z drugiej strony wyspy, w których zachowały się malowidła naskalne,
  • o tsunami, które poprzewracało większość posągów,
  • o ułożonych w rzędzie czapki głów czyli pukao, które pospadały i nie zostały z powrotem zamontowane na głowach,
  • i że te kamienie na których NIE WOLNO SIADAĆ to właśnie leżące moai.

Słowem – o tym wszystkim, o czym nie wspominają przewodniki książkowe. Co więcej, Ahu Tongariki jest naprawdę imponujące i mogłabym siedzieć i wpatrywać się w nie godzinami – piętnaście posągów dumnie stojących w rzędzie, a za nimi otwarty ocean. Żadne ahu przed nim, ani po nim nie miało już takiego rozmachu.

Zdjęciom ahu czyli platform, na których dumnie prezentują się moai nie ma końca, aż wreszcie jeden z moich współtowarzyszy podróży rzuca półżartem: They got too much moais here…

Prawie dziewięćset kamiennych postaci na wyspie, która liczy sto sześćdziesiąt cztery kilometry kwadratowe to statystycznie ponad sześć moai na kilometr. Czy naprawdę jest ich tu „za dużo” jak stwierdził mój znajomy? Przyjedź i sam oceń.

Postanawiam wrócić do korzeni – dosłownie – czyli do pozostałości kamiennej wioski Orongo, która jeszcze dwieście lat temu pełniła na Wyspie Wielkanocnej funkcję centrum religijno-obrzędowego. Potem sprytni Brytyjczycy wywieźli jedno moai, żeby je sobie ustawić w British Museum, a obecnie nikt nic już stąd nie może zabrać, bo Orongo jest chronione parkiem narodowym.

Spacerując ku krawędzi krateru o wdzięcznej nazwie Rano Kau spotykam Sebastiána. Przedstawia mi się słowami no soy chileno, soy rapanui. Sebastián mieszka i pracuje w lokalnej organizacji turystycznej zajmującej się popularyzacją lokalnej kultury na wyspie. Bo chociaż Rapa Nui lub – jak zwą ją Chilijczycy – Isla de Pascua – należy administracyjnie do Chile, to etnograficznie bliżej jej do Polinezji Francuskiej.

Te różnice można zobaczyć i usłyszeć na ulicach Hanga Roa. Dziwny dla mnie język rapanui jest równie często słyszalny jak i hiszpański. Kobiety noszą tu kwiaty we włosach jak na Hawajach czy Tahiti, a mężczyźni są wyżsi i lepiej zbudowani niż latynosi z Chile. Oprócz języka, rdzenni mieszkańcy wyspy mają swoje tańce i święta, a także swoją flagę przedstawiającą ponoć naszyjnik jaki kiedyś nosili wodzowie. Ciepły klimat plus pewna praca w turystyce sprawiły, że z roku na rok osiedla się tu coraz więcej Chilijczyków. Jednak odrębność etniczno-kulturowa wyspy ma się dobrze, jest pielęgnowana przez mieszkańców indigena, podziwiana przez turystów, a tutejsi Chilijczycy reklamują wieczorny pokaz tańców wciskając mi w rękę ulotkę z dziesięcioprocentowym rabatem. Tym samym lokalny folklor obok moai również napędza biznes turystyczny wyspy.

No właśnie, turystyka. Główna gałąź gospodarki wyspy generująca rocznie kilkanaście milionów dolarów przychodu. Na płycie Mataveri każdego dnia wysiada około trzystu turystów. Pomnóżmy ich przez trzysta sześćdziesiąt pięć dni w roku. Zwykle każdy z nich zostaje tu na dobę, maksymalnie dwie noce, przypuszczalnie dlatego, że dwa dni w zupełności wystarczą, żeby zobaczyć najważniejsze atrakcje wyspy. Przed terminalem czekają na przylatujących panowie z ofertami podwózki, noclegu a najczęściej podwózki do miejsca noclegu. Ale nic na siłę, miłośnicy targowania się jak na marokańskim suku będą zawiedzeni – tutaj nikt się o turystów nie bije, nie obniża cen na siłę, by być tańszym od sąsiada. Dotyczy to właścicieli apartamentów jak i campingów. Negocjując moją stawkę na dwóch polach namiotowych, na obu niezależnie zaproponowano mi sześć i pół tysiąca peso chilijskich za jedną noc (niecałe czterdzieści złotych), co i tak na tutejsze warunki okazało się promocyjną ceną.

Mieszkając na wyspie przez tydzień, mam wystarczająco czasu, żeby zarówno oblecieć wszystkie must see, jak i zacząć rozumieć, co tak naprawdę jest prawdziwym bogactwem Wyspy Wielkanocnej. Tu jest tak jakby nasze polskie, sielskie Kaszuby, przeszczepić na wyspę wulkaniczną o zwrotnikowym klimacie. Ludzie żyją leniwie i spokojnie, ocean ma wściekle turkusową barwę, słońce świeci każdego dnia, od wody wieje lekki wiatr. Kury co rano prują dziobać i włażą pod koła roweru, krowy pasą się bez postronka (bo i za daleko nie odejdą, nie ma dokąd), a przez terminalem lotniska, kołowaniu samolotu przygląda się stadko koni. Bezpańskie psy w Hanga Roa nawet nie żebrzą o jedzenie, wręcz wyglądają na całkiem dobrze karmione. Zresztą może wcale nie są bezpańskie, tylko po prostu należą do zbiorowości? Ten wszechobecna błoga atmosfera i mnie się w końcu udziela.

POLECAMY: Konie, słońce i moai – galeria zdjęć z Wyspy Wielkanocnej

Poza turystyką mieszkańcy Wyspy Wielkanocnej zajmują się hodowlą krów i drobiu – na własny użytek, do tego połowami ryb i owoców morza – też na własny użytek i do restauracji. W przydomowych ogródkach rosną drzewka awokado i papai. Chociaż klimat i bezdrzewne, otwarte przestrzenie wydają się być idealne dla rozwoju rolnictwa, nie znajduję tu pól uprawnych. Podejrzewam, że mieszkańcy nie trudnią się uprawą roli – bo nie muszą. Łatwiej jest sprowadzać worki mąki, niż uprawiać kukurydzę, poza tym stać ich na to. Izolacja wyspy sprawiła, że większość towarów jest sprowadzana z Chile, co skutkuje wysokimi cenami wszystkich produktów począwszy od ziemniaków, poprzez chemię gospodarczą, aż po materiały budowlane. Sebastián mówi jednak, że te ceny są dla nich normalne, za to on jak raz na jakiś czas leci do Santiago, to jest mile zaskoczony, jak tam jest tanio. Wyspiarze po prostu nie odczuwają wysokich cen tak jak przyjezdni.

Co więcej, gospodarce odpadami komunalnymi zdaje się przyświecać credo „co przypływa – to odpływa”, tak więc statki cargo w drodze powrotnej zabierają z wyspy specjalnie posortowane, sprasowane i spakowane śmieci. Dzięki temu wyspa nie tonie w odpadach.

Niektórzy mogą twierdzić, że z braku rozrywek typu kino/teatr itd. wyspa jest na dłuższą metę nudna. Wystarczy pójść na plażę i przekonać się, że to nieprawda. Najpierw zobaczycie kilkudziesięciu surferów szalejących na falach. Do tej pory myślałam, że to Australijczycy rodzą się z deską przyklejoną do stóp, ale oni przy mieszkańcach Wyspy Wielkanocnej to ledwie amatorzy.

Drugie tyle nurkuje z maską, co mnie intryguje na tyle, że sama postanawiam wsadzić głowę pod wodę i rozejrzeć się dookoła. W zasadzie po pierwszym zanurzeniu żałuję, że nie mam batyskafu – podwodny świat Rapa Nui potrafi wciągnąć. Ławice tęczowych rybek, które mogą śmiało statystować w Gdzie jest Nemo, pokraczne kraby biegające bokiem i żółwie morskie przepływające tuż obok. Te gigantyczne stwory, których skorupa ma ponad metr średnicy, w wodzie poruszają się z niesamowitą gracją i lekkością. Z bliska wyglądają naprawdę niesamowicie, toteż pływanie z żółwiami staje się jedną z moich codziennych aktywności na Rapa Nui. Nie muszę nawet zapuszczać się na otwarty ocean, z jakiegoś powodu żółwie upodobały sobie do pływania zatoczkę przy jednej z miniplaż Hanga Roa.

W jakiś cudowny sposób Rapa Nui wciąż pozostaje niezepsuta przez turystykę masową. Oprócz zapełnienia kart pamięci zdjęciami setek moai, można tu naprawdę odpocząć. Mimo relatywnie dużego ruchu turystycznego, jest gdzie spacerować i gdzie się zgubić. Nikt nie gania za turystami, nie wciska im chińskich suwenirów na każdym roku. Następni turyści i tak przylecą. I chętnie zostawią trochę peso za pamiątkę Made in Rapa Nui, czy obiad ze świeżych krewetek.

W moim portfelu Wyspa Wielkanocna zostawiła ziejącą pustkę, ale kwiaty we włosach, opowieści Sebastiána o tangata manu czyli człowieku-ptaku i pływanie z żółwiami były warte dużo więcej.

Ania Napieralska

Ania Napieralska

Łodzianka z zamiłowania i zamieszkania, absolwentka Wydziału Nauk Geograficznych na UL, pilot wycieczek. Uwielbia słuchać opowieści, łazić po górach i dachach, literaturę faktu i dobry street art. Przejechała solo Amerykę Łacińska od Gwatemali po Ziemię Ognistą i od tej pory tam wraca, na przykład, by uczyć małych Kolumbijczyków angielskiego, zdobywać ekwadorskie wulkany i tańczyć salsę.

Komentarze: 3

Staruch 8 stycznia 2018 o 19:35

Jestem pierwszy :)

Odpowiedz

Marcin S. Sadurski 8 stycznia 2018 o 22:09

Gwoli ścisłości… Ekspedycja Kon-Tiki miała miejsce w 1947, kiedy to Thor Heyerdahl na tratwie z balsy przepłynął z towarzyszami z Peru na Polinezję. Nie dość, że nie lądowali na Wyspie Wielkanocnej to przecież mijali ją w odległości jakiegoś tysiąca kilometrów.
Na Wyspę Wielkanocną Heyerdahl popłynął w 1955. Statkiem.
Szczegóły w książkach i wikipedii

Odpowiedz

    anna 10 stycznia 2018 o 17:59

    Panie Marcinie, ma Pan calkowitą racje, nieopacznie skleiłam dwa wątki i stworzylam nowa historie Thora.. Dziekuje za zwrócenie uwagi. Moj błąd juz poprawiłam, pozdrawiam serdecznie :)

    Odpowiedz