Kilka lat temu zafascynowani Szosą Transfogaraską kupiliśmy sobie przewodnik po Rumunii. Czytaliśmy o Karpatach i Bukareszcie. Nazwy takie jak Sibiu (Sybin), czy Alba Iulia brzmiały obco i ciągle pusto. Rumuńskie nazwy geograficzne wypełniliśmy znaczeniami podczas rowerowej wyprawy. I to znaczeniami wyjątkowymi.

Ciągnęło nas przede wszystkim w góry. Łuk Karpat zawija się w centrum Rumunii wypiętrzając się nawet ponad 2500 m n.p.m. Tamtejsze góry to przede wszystkim kraina kultury pasterskiej – wypasu kóz, krów i owiec oraz wyrobu serów.

Rumuńskie Karpaty były fascynujące, ale nie tylko one zapadły w pamięć. Na południu i północnym wschodzie dominują uprawy rolne i łąki. Nieodłączną częścią rumuńskiego krajobrazu są więc pasterze, zwierzęta hodowlane, wozy konne i ogromne stogi siana. Każdy z dziewięciuset rowerowych kilometrów przejechanych w tym kraju stał się wspomnieniem wyjątkowego spotkania z ludźmi, kulturą i przyrodą.

Zgodnie z rytmem dnia

Wschód słońca jest początkiem, zachód końcem. W pełni lata kiedy psy zaczynają szczekać, oznacza to, że jest czwarta rano. A gdy szczekania i rozmowy milkną, to znaczy, że nadeszła dwudziesta trzecia i gwar przenosi się do domów.

Rumuński dzień był długi. Kraj leży w południowo-wschodniej Europie, a więc słońce w dobowym cyklu świeci tam dłużej. Dodatkowo Rumunia znajduje się w innej strefie czasowej niż Polska (zegarki przestawione do przodu o godzinę), więc gdy centralna Europa w większości JESZCZE śpi, Rumunia JUŻ się krząta wkoło komina. Co więcej, nawet kiedy centralna Europa JUŻ PONOWNIE śpi, Rumunia NADAL się krząta.

Rumuński rytm dnia był korzystny ze względu na upały. Dobrze było bardzo wcześnie wstać i być w drodze do godziny jedenastej lub dwunastej zanim zrobiło się najbardziej gorąco, a ten najgorszy fragment dnia spędzić na regeneracji. Tym bardziej, że przygraniczny Maramuresz nie był zbyt przyjazny do rowerowej jazdy w południowym słońcu. Tamtejszy teren był płaski jak stół i łysy jak kolano.

Żadnych drzew przy drodze. Żadnego cienia. W mieście Tășnad zatrzymaliśmy się przed sklepem na lody. Dopiero podczas postoju uświadomiliśmy sobie, że tego dnia już nigdzie więcej nie pojedziemy. Byliśmy zgrzani jak czerwone parówki. I w środku, i na zewnątrz. Ucieszyliśmy się, gdy nawigacja w telefonie na obrzeżach miasta pokazała pole namiotowe.

Wystarczyło, że zatrzymaliśmy się na ulicy z mapą, a natychmiast ze swojego podwórka wyszedł do nas mężczyzna i zapytał dokąd chcemy jechać, po czym trzykrotnie wytłumaczył i za pomocą gestów pokazał, którędy mamy się udać. Kemping, do którego dotarliśmy był czymś nieprawdopodobnym. W tym bezlitośnie rolniczym krajobrazie wyrosło coś na kształt kultowego kurortu z odkrytym basenem czy miejsca na wakacje all inclusive, a przecież wokół były same pola uprawne, stada owiec i biegające psy. Pomyśleliśmy, że Rumuni chyba nie potrzebują drzew do życia, bo również na kempingu nie było żadnego. Właścicielka natomiast mocno się zdziwiła, że pytamy o cień i że nie chcemy rozbijać namiotu na słońcu.

POLECAMY: Transylwania dla początkujących

Podczas gdy życie towarzyskie skupiało się w rajskim, hałaśliwym basenie, my spędzaliśmy o wiele milsze popołudnie i wieczór w drewnianej altanie z Olą i Piotrem, parą sakwiarzy z Warszawy, którzy jechali z Serbii, przez Rumunię, Węgry i Słowację do Polski.

Rano wstawaliśmy skoro świt, żeby wyprzedzić kolejny południowy upał. Tamtego dnia droga była trudniejsza, bo poza gorącym powietrzem i brakiem cienia pojawiły się także podjazdy na wzgórza. Dzień jazdy zakończyliśmy na uboczu niewielkiej wioski, w sadzie śliwek, gdzie nawet późnowieczorne powietrze było gęste jak budyń. Ale podczas długich godzin do zachodu słońca nie rzucaliśmy się w oczy.

Wieczory i poranki

Trudno powiedzieć co jest na rumuńskiej prowincji piękniejsze. Ten moment po wschodzie słońca, kiedy ludzie, zwierzęta i chochoły są jeszcze nieobecni, senni i niewyraźni? Czy te godziny przed zachodem, gdy wioski brzmią gwarem, śmiechem i szczekaniem: po prostu pełnowymiarowym byciem tu i teraz?

Nie dało się zasnąć wcześniej niż o dwudziestej trzeciej. Mniej więcej do tej godziny wiejskie ulice i podwórka pełne były starych, młodych, dzieciaków, psów i zardzewiałych składaków. Ludzie gawędzili, siedzieli na ławkach, naprawiali gospodarskie sprzęty. Dzieci zazwyczaj biegały albo pedałowały między dziurami w asfalcie, a wyrostki w małych grupkach kombinowały coś na boku.

Słońce bardzo powoli zniżało się nad horyzont, a duszne powietrze ciągle wyganiało nas z namiotu pod śliwkowe drzewa, żeby zaznać choć odrobinę mniej parnej atmosfery. Gdy o czwartej zadzwonił budzik, na zewnątrz było ciemno. Nad sadem jeszcze długo świecił księżyc, jednak kolor nieba na wschodzie z każdą kolejną chwilą postępował już od granatów w kierunku fioletów i porannych różów.

Po śniadaniu wyjechaliśmy na drogę. Psy jeszcze niepewnie węszyły wokół drewnianych bud, ludzie wyrwani ze snu zaczynali krzątać się po swoich obejściach. Byli nie do końca obecni, spowolnieni. Jakby zawieszeni między snem a rzeczywistością. Ale mimo to prawdziwi. Oddający się intuicji i codziennym nawykom. Złote słońce kładło się po zmurszałych dachach dodając przydomowym sadom soczystości. Nasze myśli przecież też zostały dopiero co rozbudzone. Wpasowywały się w tę poranną atmosferę z łatwością i płynęły przez rumuńską baśń, jakby nadal we śnie.

Bune ziua! – krzyczeliśmy do wszystkich, a staruszki z kolorowymi chustami na głowach odwdzięczały się szerokimi uśmiechami. Przed południem trafiliśmy nad czystą rzekę, w której poiły się krowy i konie. Przemierzyliśmy bród, żeby pod drzewami po drugiej stronie schronić się przed słońcem. Wkrótce do zwierząt przybyła pasterska rodzina: młoda kobieta w zaawansowanej ciąży z plecakiem jedzenia na ramionach i około trzyletnim chłopcem na rękach żwawo popędzająca krowy i swoją starszą córkę.

Niebawem inny pasterz zaczął spędzać z pobliskich wzgórz wielkie stado owiec. W tym czasie kobieta przepędziła krowy i konie na drugą stronę drogi, żeby ułatwić dostęp do wodopoju. Zmiana miejsc trwała regularnie aż do wieczora, a my byliśmy mimowolnymi świadkami ich ciężkiej pracy. Stado owiec przebiegających zaraz przy naszych rowerach było niezwykłym rumuńskim darem. Braliśmy udział w tej scenie, byliśmy w miejscu zdarzeń. Bliżej Rumunii. I jeszcze bardziej w niej zakochani.

Przez zielone lasy

Wjazd w przepiękne Góry Zachodniorumuńskie (Munţii Apuseni) był dobrą decyzją na drodze ucieczki od południowych upałów. Wjechaliśmy w krainę zielonej, soczystej przyrody i pasterskiej kultury.

Droga przez wioski wspinała się pod górę. Mijane krowy i konie pasły się coraz wyżej, zajmując kolejne zbocza wzgórz. Muczenie rozlegało się nawet w lasach, gdy zaskoczeni podnosiliśmy głowy, żeby gdzieś między świerkami dostrzec skubiącą trawę mućkę. Zwierzęta miały pełen luz. Krowy spacerujące od rowu do rowu albo konie biegające po ulicy nikogo tam nie dziwiły. Kierowcy byli świadomi, że to one mają pierwszeństwo na drodze, choć trzeba było być bardzo ostrożnym. Byliśmy świadkami, jak zerwany z uprzęży koń (prowadzony ulicą obok jadącego samochodu) pogalopował w dół wioski lawirując między zdezorientowanymi samochodami na licznych zakrętach.

Zatrzymaliśmy się na dwa dni w wiosce Beliş, bo obiecywała przyjemny trekking nad górskie jezioro. Zamieszkaliśmy w tanim pokoju w domu starszej kobiety, Pauli. Tam po raz pierwszy od wyjazdu z Polski (cztery tygodnie) spaliśmy w łóżku. O poranku budził nas stukot końskich i krowich kopyt pod oknem. Wieczorem z drewnianego balkonu oglądaliśmy zachody słońca nad wioską. Robiliśmy zakupy w wiejskim sklepie, gotowaliśmy ziemniaki, smażyliśmy jajka i przyrządzaliśmy mizerię z przepysznej rumuńskiej śmietany w małej, swojskiej kuchni dla gości. A Paula przychodziła do nas i mówiła po rumuńsku. My odpowiadaliśmy po polsku i jakoś zupełnie bez zrozumienia poszczególnych słów porozumiewaliśmy się ze sobą z wielkimi, szerokimi uśmiechami na twarzach.

Dzisiejsze Beliş to miejscowość turystyczna położona nad sztucznie utworzonym przez tamę jeziorem. Zbiornik, który zastaliśmy to obecnie letnia atrakcja. Miejsce wypoczynku w domkach letniskowych i rejsów łódką z przewodnikiem. Wioska dawniej lokowana była poniżej wzgórz, przy korycie rzeki.
Historia mówi, że mieszkańcy pierwotnej wioski wybudowali murowany kościół, który chronił ich przed kataklizmami. Niestety wiara w niezniszczalność pewnego razu została złamana, kiedy poziom rzecznej wody zaczął się drastycznie podnosić i zagrażać życiu zwierząt oraz ludzi. Aby ocalić swój dobytek, ludność była zmuszona wozami konnymi przesiedlać się na pobliskie wzgórze. Wraz z gospodarstwami przed powodzią uratowano również wyposażenie kościoła i zwłoki oraz szczątki zmarłych chowanych na przykościelnym cmentarzu. Nie zdążono rozebrać murów świątyni, co mieszkańcy traktowali jako siłę wyższą, która pragnęła, żeby kościół zatonął razem ze swoją wioską.

Choć poziom wody w jeziorze nie był zbyt wysoki, nie mieliśmy szczęścia, żeby zobaczyć kościelną wieżę. Czasem woda odsłania ciągle stojące w zbiorniku mury starej świątyni.

Alba Iulia

Ani ukryta kamera, ani czeski film. Po prostu rumuński sposób bycia. Ciągle nas zaskakiwał i ciągle robił pozytywne wrażenie. A my tylko otwieraliśmy szeroko oczy, potem szeroko paszcze – aż zamieniały się w wielkie uśmiechy.

Wjeżdżając do miasta Alba Iulia w oczy rzuciły się kanciaste bloki i supermarkety, potem długie ciągi handlowo-usługowe w centrum. W siwym deszczu otoczenie zdawało się wyjątkowo brzydkie, choć było nam to obojętne. Martwiliśmy się pękniętą felgą w Kamila rowerze.

Uznając, że tego dnia już nigdzie nie pojedziemy, na równi z serwisem rowerowym, szukaliśmy taniego pokoju. Mokrzy i głodni znaleźliśmy to pierwsze, bo to drugie było – owszem, ale tylko drogie, wypasione i hotelowe. Było już na tyle późno, że zaczęliśmy przeliczać w głowie, ile wyniesie nas naprawa koła razem ze zbliżającą się nocą w tym dziwnym mieście. Na tej niskobudżetowej wyprawie.
Dostępne w sklepie obręcze nie nadawały się pod ciężkie sakwy. Ale zanim zdążyliśmy mrugnąć, jeden z pracowników serwisu już siedział na swoim rowerze i pedałował po inną felgę w miasto. Wydawało się, że problem naszej kozy będzie rozwiązany, choć pozostawała jeszcze kwestia noclegu. W myślach znów liczyliśmy leje, kiedy w sklepie pojawił się właściciel Robert.

Właściciel Robert mówił bardzo dobrze po angielsku, więc łatwo było się porozumieć. Gdy dowiedział się, że szukamy taniego noclegu, natychmiast zadzwonił do znanego mu hostelu i zarezerwował pokój z „matrimonial bed” (łóżko małżeńskie). W ostatecznym rachunku nie policzył za robotę i opuścił cenę za części, a po chwili przed serwisem pojawił się właściciel Christian, gospodarz hostelu. Przyjechał po nas na rowerze z tylnym kapciem. Po to, żebyśmy nie musieli błądzić po mieście…

Lawirując po deptaku, potem gdzieś między uliczkami, szybko doszliśmy do wniosku, że gdyby nie Robert, na własną rękę nie natrafilibyśmy na hostel Christiana. Jedyną wskazówką świadczącą, że w wysokim bloku znajduje się lokal, była niewielka, podpisana strzałka na murze. Zupełnie nie rzucała się w oczy, wręcz ginęła w ulicznym krajobrazie.

Po szybkim prysznicu i przebraniu się w suchą odzież pozostało jeszcze trochę czasu do zmierzchu. Wykorzystaliśmy go na zapoznanie się z okolicą. Z naszego betonowego balkonu rozlegała się panorama zabudowań z sięgającymi nieba wieżami. Poszliśmy w ich stronę, do XVIII-wiecznej twierdzy Alba Carolina. Prawosławna cerkiew, katolicki kościół, rzeźbione bramy, mosiężne rzeźby, muzeum, budynek uniwersytetu, biblioteka – chodziliśmy między nimi, nie mogąc się napatrzeć, ale prawdziwie zaimponowały nam w ciemności, gdy zostały oświetlone na noc sztucznym światłem. I bardzo się cieszyliśmy, że trafiliśmy tam w godzinach zachodu słońca, bo po zmroku bastion prezentował się wspaniale. A komunistyczne bloki stały się mniej szpetne.

Wysokie góry

Przyjazny i otwarty stosunek Rumunów do drugiego człowieka ciągle robił na nas wrażenie. A jeszcze dziwniejsze było to, że czasami zupełnie nie obowiązywał na drodze. Głównej drodze. Odcinek z Alba Iulia do miasta Sebeș to było kilkanaście kilometrów horroru. Od początku wiedzieliśmy, że należy jakąkolwiek refleksję na temat kierowców i natężenia ruchu stłumić w sobie, żeby „znieczulić się” i z chłodnymi emocjami przedostać się do celu.

Gdy w Sebeș skręcaliśmy na drogę DN 67C, wszelki nerw zniknął, żeby ustąpić miejsca entuzjazmowi. W centralnej części kraju, tam gdzie łuk rumuńskich Karpat wypiętrza się najmocniej, głębokie doliny i strome grzbiety przecinają dwie wysokogórskie drogi z imponującymi serpentynami. Dla nas, jak i dla wielu sakwiarzy oraz motocyklistów Transalpina i Transfogaraska były głównymi celami podróży po Rumunii.

Transalpina była naszą pierwszą wysokogórską drogą, dlatego podekscytowanie, niedoczekanie i wielkie oczekiwania wylewały się z nas na każdym zakręcie. Byliśmy przeszczęśliwi i narwani, a droga na Pasul Urdele (przełęcz Urdele: 2.145 m n.p.m.) nawet przez chwilę nas nie rozczarowała (choć było to aż sto kilometrów).

Teoretycznie przed Transfogaraską wiedzieliśmy już czego się spodziewać. Stu trzydziestu pięciu kilometrów drogi przez wysokie Karpaty. Lasy, niedźwiedzie, jeziora utworzone przez tamy. Liczne zakręty, serpentyny. Ale druga najwyżej położona droga w Rumunii (2 042 m n.p.m.) nie była kopią Transalpiny. W efekcie zafascynowała nas jeszcze mocniej.

Powrót na rolnicze płaszczyzny z powodu kolejnych szalonych kierowców nie należał do najprzyjemniejszych. Sakwiarz, który w górach jest szanowany i pozdrawiany, na głównej drodze nic nie znaczy. Wszystko przez to, że panuje przekonanie: większy=silniejszy. Po dwóch godzinach bycia niebezpiecznie blisko oraz szybko wyprzedzanym i mijanym przez autobusy, tiry oraz osobówki, dotarliśmy do Sibiu. Następnego poranka wsiedliśmy w pociąg, żeby skierować się na południowy-zachód, nad Dunaj. Z pewnym smutkiem i sentymentem patrzyliśmy na przesuwające się za oknem pociągu rumuńskie krajobrazy, kiedy opuszczaliśmy ten urzekający kraj.

Na przejściu granicznym zostawiliśmy za sobą zabawnych strażników, którzy żartując, wypytywali nas m.in. o bombę ukrytą w sakwach i o to, czy lubimy Rumunię. Za naszymi plecami rozlegał się jeszcze ich śmiech, kiedy wprowadzaliśmy rowery na tamę na Dunaju. Przed nami rozpościerała się Serbia.

Karolina i Kamil Cichy

Karolina i Kamil Cichy

Zamiast na bibeloty, zbierają na podróże – te małe i te duże. Lubią zapomnieć o świecie i zaszyć się gdzieś w lesie. Można ich znaleźć w Internecie pod hasłem W Duecie po Świecie.

Komentarze: (1)

Joanna Kubicka 24 sierpnia 2017 o 19:53

Dziekuje:) Kilka lat temu przejzdzilam samochodem wprawdzie ale cala Transylwanie, tam i tu. Wyjatkowo pieknie i ciagle jeszcze mozna zobaczyc zwykle, dzikie okolice. Miejsca na dzikie obozowiska gdzie cale rodziny nad rzekami odpoczywaly. Moj samochod, nienajmlodszy juz wtedy przekroczyl rowniez 2000m.n.p.m. i bylam z niego bardzo dumna, ale Was prawdziwie podziwiam..

Odpowiedz