Siedzę na rogu głównego placu miasteczka. Mając na kolanach miskę ryżu z rybą i fasolą, zastanawiam się, dlaczego tę ostatnią posypano cukrem. A ostrzegano mnie przed tym osobliwym zwyczajem kultywowanym w stanie Bolívar, ostrzegano. Mimo wszystko wsuwam równo i pani María zaraz wysyła do kuchni córkę z poleceniem dostarczenia dokładki.

Przed domem jest nas w sumie czwórka. Dosiadamy nieśmiertelnych krzeseł z prętów zbrojeniowych wyplatanych kolorowymi kablami: pani María, jej córka – Betania, Gruba Ciotka, no i ja. Pierwsza, nie zważając na swe czcigodne i święte imię, klnie jak szewc i zajmuje się wygłaszaniem ogólnych prawd (tu zawsze jest, kurwa, taki upał, że ja pierdolę), druga nie przestaje zadawać pytań dowolnego kalibru (masz dzieci?), a trzecia nieustannie pragnie mnie z kimś ożenić: z Betanią, z córką pielęgniarki, z samą pielęgniarką czy kto tam by się jeszcze nie nawinął, spacerując po Santa Rosalii siódmego lutego dwa tysiące piętnastego roku po południu.

Do miasteczka przyjechał cyrk, więc gdy ktoś przychodzi pod dom, pierwszym tematem jest gwiazda dzisiejszego i każdego następnego wieczoru przez najbliższy tydzień, czyli oślica, która tańczy. Betania widziała ją już dwa razy, ale wcale jej się nie podobało i dziś już chyba nie pójdzie.

– Facet zarzuca zwierzęciu chustę na szyję – dziewczyna opowiada, a wszyscy przysłuchują się z tułowiem lekko pochylonym do przodu – oślica wierzga, no bo co ma zrobić, ten ją chwyta za przednie łapy, opiera je sobie na barkach i tańczy.

– Aha, czyli sama oślica jednak nie tańczy, tylko ten facet? – dopytuje pielęgniarka. „

– No jasne, że nie – krzyczy wąsaty sąsiad. – Tyle osłów dookoła i widziałaś, żeby któryś zatańczył?

Kwintesencja prowincji. Główna trasa mija Santa Rosalię bokiem. Na punkcie kontrolnym znudzony żołnierz kiwa się na tylnych nogach starego szkolnego krzesła, a zaraz za nim odchodzi odbicie w lewo prowadzące do miasteczka. Wjeżdżam. Cisza, na przesadnie szerokiej ulicy ciągnącej się wzdłuż szeregu niskich zabudowań nie ma nikogo. Zza ostatnich domów osady położonej w otoczeniu kompletnie płaskich pól, wyrastają niespodziewanie strome, skaliste góry. Można spokojnie stwierdzić, że to koniec świata, bo dalej w tę stronę fizycznie nie dałoby się jechać.

Dopada mnie bezruch tego miejsca: jednocześnie zachwyca i paraliżuje. Poddaję mu się i przestaję pedałować. Rower toczy się powoli i jedynym wyraźnym dźwiękiem pozostają uderzenia opon o kamienie wystające z wiekowego asfaltu typu czekolada z chrupkami. Sklepowa wsparta na parapecie zakratowanego okna odprowadza wzrokiem mnie, a ja – sklepową. Po lewej – stadion do baseballa, skręcam w prawo. Pozdrawia mnie starszy mężczyzna w kapeluszu: pierwszy głos, który rozrywa absolutną ciszę.

Kontynuuję prosto i po dwóch czy trzech przecznicach docieram do głównego placu miasteczka: kościół, posterunek policji, kilka lokali – wszystkie zamknięte. Na środku zakurzone drzewa, parę ławek i karuzela ze zjeżdżalnią pomalowane niezdarnie olejną w narodowe barwy. Sobota, coś między trzecią a czwartą po południu, na ceglanych schodkach siedzi czworo miejscowych. Wszyscy są grubi i względnie zadowoleni. Witam się.

– Nie wiedzą państwo, gdzie tu można coś zjeść?

Pudło kolego, towarzystwo jak na komendę zwarło usta i zaczęło synchronicznie kręcić głowami.

– Ostatnie bistro właśnie zamknęli – odpowiedziała jedyna kobieta w schodkowym gronie. – A co ty byś właściwie chciał zjeść?

Mówię, że cokolwiek. Kobieta na to, żebym poszedł do sklepu kupić napój, a ona mi da. Słońce tego dnia było tak samo obrzydliwie bezlitosne, jak i każdego innego spędzonego na północnych, suchych stepach stanu Bolívar. Byłem zmęczony i zdaje się nie do końca do mnie docierało to, co się do mnie mówi. Stałem więc wpatrzony w krępe, na oko czterdziestoparoletnie oblicze i zdezorientowany trochę tym zmęczeniem, a trochę magiczną ciszą Santa Rosalii, zastanawiałem się, o co chodzi z tym napojem, no i co kobieta chce mi właściwie dać. Pani María nie wytrzymała mojego niezdecydowania: „Jak nie chcesz iść do sklepu, to będziesz pił wodę. Chodź, mieszkam na rogu”, tak właśnie się poznaliśmy.

POLECAMY: Wenezuela na rowerze. Warto?

Gdy kończy się tymczasowy wątek cyrku, wraca temat stały: loteria zwierzątek. María stawiała ostatnio na pawia i orła i dwa razy wygrała, więc teraz sąsiad namawia ją na papugę, bo jak pani widzi, ostatnio ptaki dobrze idą. Ktoś się wtrąca, że to niegłupie, bo papugi faktycznie dawno nie było.

Nikt w zasadzie nie wie, od czego to się dokładnie zaczęło. Jedni mówią, że w El Tigre w stanie Anzoátegui, inni, że w Trujillo, w każdym razie ktoś wpadł na pomysł prostej loterii na trzydzieści jeden numerów, gdzie każdemu numerowi odpowiada zwierzę: baran, kura, krowa, iguana i tak dalej. Agencja wynajmuje pracowników terenowych, którzy sprzedają losy po miastach i wioskach, a wyniki wieczornego losowania ogłasza się w radiu. Wygrana jest dwadzieścia razy większa niż cena losu: na trzydzieści jeden osób z różnymi losami tylko jednej może sprzyjać szczęście, więc na każdym zestawie numerów firma zarabia jedenastokrotność wartości szansy.

Z czasem ludzie zauważyli, jak prosty jest to biznes i zaczęli sami sprzedawać zwierzątka: drukują sobie plansze z obrazkami i chodzą po sąsiadach, szukając kupców. Nie jest to wcale trudne, bo w Santa Rosalii grają podobno wszyscy oprócz księdza proboszcza.

Loteria stała się katalizatorem życia społecznego, ograniczając nieco spektrum tematyczne rozmów, ale pomnażając ich liczbę, bo mianowicie ludzie żywcem łażą po miasteczku z tymi planszami i namawiają się nawzajem do kupna. Potrafią rozmawiać o tych zwierzątkach-numerach jak o czymś rzeczywistym, z emocjonalnym przejęciem: że świnia jest dobra, gruba, symbol obfitości po prostu, więc na pewno przyniesie wygraną. W większym gronie jedni drugich pytają o opinię: Wiesiek, a ty co sądzisz o wężu? No, powiem ci, węża dawno nie było, ale to przebiegłe zwierzę! Loteria staje się wykładnikiem interpretacji zdarzeń i widzeń: na przykład Betanii ostatniej nocy śniły się długie uszy wystające zza lodówki i teraz namawia matkę na królika. Jak sąsiadowi suka urodziła – na psa, jak na pielęgniarkę ptak narobił – na gołębia, jak rzucili drób w mięsnym – na kurę, i tak dalej.

Dla mnie Santa Rosalia z tą swoją loterią jest metaforą całej Wenezueli. Ostatecznie wszyscy, którzy kupują losy, najczęściej również je sprzedają: pewna część pieniędzy trafia do organizatorów poprzez posłusznych pracowników terenowych, ale większość kręci się w kółko wewnątrz miasteczka, przynosząc to jednemu, to innemu mieszkańcowi chwilę radości i względnego bogactwa. Wszystko to okupione jest godzinami łażenia po sąsiadach z planszami zwierzęcych obrazków: praca lekka, socjalizująca i niemająca kompletnie żadnego sensu. Całość dostarcza niezapomnianych emocji na każdy dzień, tematów do rozmów, jest natchnieniem dla snów i kto wie, może poezji i muzyki.

Zupełnie jak te kolejki do państwowych supermarketów, w których marnuje się całe dnie, plotkując w sąsiedzkiej atmosferze. Bo nie chodzi o to, że w Wenezueli całkowicie nie ma żywności. Tu nikt z głodu nie umiera, ale – oprócz innych, opisywanych już problemów – bardzo często dostępne produkty są dystrybuowane w beznadziejny sposób i potem ludzie muszą sterczeć przed sklepami od trzeciej w nocy, żeby kupić taniego kurczaka: praca lekka, socjalizująca i niemająca kompletnie żadnego sensu. Dostarcza niezapomnianych emocji na każdy dzień, tematów do rozmów, jest natchnieniem dla snów i kto wie, może poezji i muzyki.

A rząd jest tam, gdzieś daleko, w Caracas, jak agencja loteryjna z Ciudad Bolívar. Jedni i drudzy korzystają do woli ze środków, które skapują stałym strumieniem: jednym z eksportu ropy naftowej, drugim – od najemnych handlarzy losów. Mimo to gawiedź ma silną satysfakcję ze swego uczestnictwa w procesie: mieszkańcy Santa Rosalii – dzięki możliwości handlu losami, Wenezuelczycy ogółem – odsprzedając na lewo produkty po zawyżonych cenach. Jedni i drudzy są z siebie okropnie dumni, przekonani, że swoim sprytem wykiwali system, podczas gdy system zostawia im do podziału jedynie okruszyny z pańskiego stołu.

Mało tego: po obu stronach metaforycznego obrazka istnieje łatwość oszustwa. Przypadek wenezuelskiej administracji państwowej, zwłaszcza administracji dewizami, dopiero co omawialiśmy. Jeśli chodzi o loterię: podobno był w Ciudad Bolívar pewien policjant, który zawsze chodził do miejskiego parku na losowania. Organizatorzy za każdym razem prosili któregoś z gapiów o wyjęcie karteczki z urny z losami. Wtedy zgłaszał się mundurowy i prowadzący wołał go do siebie. Może być ten? – pytano lud o akceptację kandydata i lud się zgadzał, bo to przecież urzędnik publiczny, człowiek godny zaufania (no taki Chávez – może być ten? – przecież to wojskowy, człowiek godny zaufania). Mężczyzna wkładał rękę do pudła, wyciągał kartkę, czytał i wrzucał los z powrotem do środka, wołając do mikrofonu: Niedźwiedź! Zawsze wychodził mu ten niedźwiedź.

POLECAMY: Nie taki Latynos biedny, jak się sam maluje

Siedzimy i gadamy o tych zwierzątkach, to znaczy ja się tylko przysłuchuję, bo nie dysponuję dużą wiedzą zoologiczną. Obsada krzeseł z prętów i kabli zmienia się: jedne sąsiadki przychodzą, inne odchodzą, ktoś idzie do kościoła, a ktoś nie, bo bolą go stopy. W Santa Rosalii msza jest w sobotę wieczorem, ale – jak mnie zapewnia pielęgniarka tonem znawcy – w innych kościołach, no, dajmy na to w Puerto Ordaz, msze odprawiane są w niedziele. Tak przynajmniej wytłumaczył któregoś razu ksiądz proboszcz.

Á propos księdza: dziewczyny mówiły bardzo szybko i często dopytywałem się o powtórzenie. Orzeczono, że nie umiem mówić po hiszpańsku, wcale a wcale. Zmartwiło mnie to, bo sądziłem, że poczyniłem już solidne postępy. Ale za chwilę dowiedziałem się, że ksiądz, jak przyjechał kilka lat temu, też nie umiał. Ale już się nauczył i teraz mówi jak nasz. Ksiądz jest z Meksyku.

Fragment rozdziału Santa Rosalia z książki Upały, mango i ropa naftowa

Wojtek Ganczarek

Wojtek Ganczarek

Wychodząc w góry, wracał po tygodniu. Wyjeżdżając autostopem, docierał po dwóch miesiącach. A jak wsiadł na rower, tak go nie ma. Pisze tu: Fizyk w podróży.

Komentarze: Bądź pierwsza/y