W sierpniu wspólnie z Michałem i Natalią udaliśmy się do Kirgistanu zdobyć siedmiotysięczny Pik Lenina. Moi towarzysze wrócili do kraju po miesiącu, ja natomiast skierowałem się autostopem do zachodnich Chin, gdzie minął mi wrzesień. Wróciłem – nadeszła pora na jakieś podsumowanie – zacznijmy od Kirgistanu!

Krótka instrukcja nieudanego wejścia na siedmiotysięcznik

Aby zawalić wejście na siedmiotysięcznik należy przede wszystkim przecenić swoje umiejętności aklimatyzacyjne i wziąć za mało jedzenia. Tak też uczyniliśmy! W dwie doby przenieśliśmy się z Biszkeku na 600 m n.p.m. do obozu I na jakieś 4500 m n.p.m. licząc – po bardzo pozytywnym zeszłorocznym wejściu na Kazbek, – że możemy zacząć aklimatyzacje od tego poziomu.

Kirgistan, Pik Lenina

Pik Lenina, jurty i duże ilości niczego. (Fot. Wojciech Ganczarek)

 

Dla mnie skończyło się to bólem głowy, przybierającego na sile z dnia na dzień i po trzech dniach zawróciłem na dół. Moi towarzysze natomiast przyjęli czterotysięczna zmianę wysokości bardzo dobrze i zaszli na szczyt Rozdzielna, przeszło sześciotysięczny pagórek pod Pikiem Lenina. Przed dojściem do celu powstrzymała ich, jak wielu innych górołazów w tamtym czasie, kiepska pogoda.

Patrząc okiem kompletnego amatora dowiedziałem się całkiem ciekawych rzeczy o siedmiotysięcznikach. Np. że to całkiem niezły biznes dla miejscowych, którzy na plecach, koniach czy osiołkach wożą bagaże co bogatszym turystom do obozu pierwszego lub nawet wyżej.

Są i tacy, którzy wynajmują ruski helikopter w mieście Osz i po chwili znajdują się bez najmniejszego wysiłku w pierwszym obozie, gdzie można skorzystać z sauny, zjeść obiad, wynająć namiot… Posiadając odpowiednio dużo pieniędzy generalnie nie trzeba się za dużo napracować.

Miasta

Nie, naprawdę nie. Góry, jedzcie w góry. Do miasta… no nie wiem, jak już musicie zrobić zakupy to na jakiś bazar warto wpaść, ale tak ogólnie to raczej kirgiskie miasta nie są najmocniejszym punktem tego kraju. Jeśli kogoś bawi ujeżdżanie marszrutek to owszem, czemu nie, ale no… góry, zdecydowanie góry.

Zresztą, sami Kirgizi w swoim wyuczonym „swizyj wozduch, krasiwaja priroda, zawoda nie tu, nicziwo nie tu” wskazuja, ze lepiej kierować swe kroki ku naturze. Atmosfera miast – powiedzmy coś między Iranem a Rosją radziecką, ale znacznie bliżej tego drugiego. Niby są bazary, ale w kontenerach, niby pije się herbatę, ale zaparza się ją w nieco barbarzyński sposób…

Dla mnie do największych atrakcji miejskich należał pomnik Lenina Wielkiego Autostopowicza w Osz:

Pomnik Lenina w kirgiskim mieście Osz

Lenin z Osz – Wielki Autostopowicz. (Fot. Wojciech Ganczarek)

oraz kontrola policyjna jako kara za robienie zdjęć budynkom spalonym w konflikcie uzbecko-kirgiskim w 2010 roku w Jalalabadzie.

Natura

Gór jest całe mnóstwo, przeszło dziewięćdziesiąt procent powierzchni Kirgistanu. I właśnie tam zdecydowanie warto spędzić czas w tym kraju.

Oprócz Piku Lenina, Khan Tengri czy innych wielkich gór są i góry niższe, czysto trekkingowe – przede wszystkim Tien Szan. Do tego rozciągające się w nieskończoność równiny pod Pamirem w południowej części kraju, usłane jurtami i końmi – coś niesamowitego!

Bajeczny krajobraz Kirgistanu

Klasyk: konie i Tien Szan. (Fot. Wojciech Ganczarek)

Wydaje mi się, że najlepszym pomysłem na wakacje w Kirgistanie to skierowanie się prosto do leżącego na wschodnim brzegu Issyk Kol miasta Karakol i tam dokonywać kilkudniowych wycieczek w Tien Szan, przerywanych powrotami po jedzenie (Karakol jest fajny, można tam się napić kawy, a nie jakichś śmieci 3w1!). Należy przy tym pamiętać, by zadbać o dobrą mapę przed wyjazdem, bo te sprzedawane w kraju nie są najlepszej jakości (jasne, że nie zadbałem o dobrą mapę przed wyjazdem!).

Przemierzając tienszańskie ścieżki przyjdzie nam wchodzić na niemal czterotysięczne przełęcze, a gdy zawędrujemy bardziej na południe, możemy pochodzić sobie po lodowcach. Tak czy tak z pewnością miniemy miliony koni, krów i owiec. Do tego trochę turystów, ale bez przesady. I zależnie od szlaku. Największe ich ilości znajdziemy na ścieżce z Altyn Araszan do doliny Karakol – i nie bez powodu. Za przełęczą położoną na prawie 3900 m n.p.m. naszym oczom objawia się cudowne jezioro Ala-Kol. Śliczności.

Jeśli ktoś jest bardzo, ale to bardzo leniwy i nie chce mu się jechać do Karakol, to ładny kawałek Tien Szanu można znaleźć w Parku Narodowym Ala-Arcza, jedyne trzydzieści kilometrów od Biszkeku.

Jeziora

Jeziora to równie ważny punkt na turystycznym szlaku po Kirgistanie. Przede wszystkim miejscowi będą nas zamęczać, abyśmy w końcu udali się nad Issyk Kol – drugie co do wielkości górskie jezioro świata. Tam oczywiście czeka nas swizyj wozduch i krasiwaja priroda, ale nade wszystko ruscy i kazachscy turyści – przynajmniej jeśli udamy się na północne wybrzeże. Zdecydowanie więc warto udać się na południowe, które raczej świeci pustkami i jest tam dużo bardziej urokliwe.

Tak czy tak Issyk Kol to po prostu gigantyczna masa wody – mniejsze jeziorka są znacznie ładniejsze. Do innych „hitów” należą Song Kol i Sary Czelek.

Budownictwo

Kirgistan kojarzy się przede wszystkim z jurtami. Należy jednak zdać sobie sprawę, że w dużej mierze jest to swego rodzaju kaprys co bardziej tradycyjnych rodzin, tudzież po prostu atrakcja turystyczna. Nie przeczę, ze wielu Kirgizów dalej używa jurt w celach pasterskich – w końcu zdarzyło mi się w takiej spać, jednak powszechność podporządkowania życia turystyce czasem poraża.

Normalny Kirgiz, który nie bawi się w turystykę, tylko w pasanie baranów, zdaje sobie sprawę, że mieszkanie w śmierdzących skórach to trochę przeżytek, więc wywozi w góry i zamieszkuje jakieś stare przyczepy, zabytkowe wręcz autobusy, czy – mój ulubiony – rury:

Blaszny dom w górach Kirgistanu

Tradycyjna Narodowa Rura Kirgijska. (Fot. Tomasz Ganczarek)

Na wioskach natomiast króluje w dalszym ciągu, nieprzerwanie od dziesiątek stuleci, cegła suszona:

W Kirgistanie sporo domów powstaje z suszonej cegły

Cegła suszona – od tysięcy lat zawsze w modzie! (Fot. Wojciech Ganczarek)

Osobiście polecam jednak zabranie własnego namiotu i rozbicie się w jakimś miłym miejscu.

Wojtek Ganczarek

Wojtek Ganczarek

Wychodząc w góry, wracał po tygodniu. Wyjeżdżając autostopem, docierał po dwóch miesiącach. A jak wsiadł na rower, tak go nie ma. Pisze tu: Fizyk w podróży.

Komentarze: 4

zuzkakosman 25 października 2012 o 19:29

taaaaak tak, na koncu mielismy wlasnie takie same wrazenia o ludziach miastach i pieniadzach :((
//ale u Jamesa bylo spoko <3

Odpowiedz

Łapa 1 września 2016 o 11:12

W sumie to po czterech latach niemal nic się nie zmieniło. Ceny mniej więcej te same (2 PLN sams, 7 PLN lagman), góry wielkie, a w Karakol Coffee urocza Pani barista parzy świetną kawę. Za to ludzie jacyś lepsi i nie mówią tyle o pieniądzach, ale to może być kwestia losowa.

Odpowiedz

zoe 20 września 2016 o 21:07

taak… o ludziach miastach i pieniadzach … kazda rozmowa schodzi tylko na temat ile kto zarabia i ile co kosztowalo.
Tak swoja droga Kirgistan to 30 odwiedzony kraj i pierwszy, ktorego sie ma dosc juz po 1 dniu.

Odpowiedz

roko S 10 października 2016 o 12:27

Dla mnie tez Kirgistan to najwieksze rozczarowanie, jesli chodzi o podroze (mam na mysli miasta i ludzi) KG to tylko ewentualnie gory (z przewodnikiem, bo brak tu szlakow). Ludzie sa tu zorientowani wylacznie na pieniadze (o wiele bardziej niz nawet na Zachodzie)

Odpowiedz