-Sir! Your coffe!

Cienki głos z przezabawnym akcentem, wyrwał mnie z zamyślenia. Wysupłałem z kieszeni pomięte sto bathów i wręczyłem właścicielce zabawnego głosu, a w zamian otrzymałem kubek dobrze zmrożonej latte. Odszedłem próbując przypomnieć sobie o czym to ja myślałem i gdzie do cholery zostawiłem plecak..?

A tak… Myślami byłem w przeszłości, która niby nie taka odległa, a wydaje się być zupełnie innym światem. W tej przeszłości miałem zdecydowanie więcej, niż mam teraz. Więcej stresów, niechcianych rozmów telefonicznych z przygłupimi klientami, więcej nieopłaconych faktur. A także i piętnaście kilo więcej na łazienkowej wadze. Chyba, że ta suka mnie perfidnie okłamywała przez te wszystkie lata!

Więcej było też łóżkowych przygód, które musiały zastąpić prawdziwe uczucie. Więcej, więcej, więcej!
W tym zamyśleniu, popijając mrożoną kawę, okrążyłem dwa razy halę odlotów lotniska w Bangkoku. Znalazł się i plecak, a wraz z nim i moja kochana żona.

– I co?

To zdumiewające, że te trzy literki mogą nieść ze sobą taki ładunek emocji, wkurwienia, a przede wszystkim nadziei. Oto bowiem koczujemy na lotnisku Don Muang obstawiając co będzie pierwsze – odlot naszego samolotu, czy wydanie wietnamskiej wizy. O ile samolot bez nas poleci, to my bez wizy już niekoniecznie. Niestety odświeżanie strony niewiele pomaga – wniosek ma cały czas ten sam, niewzruszony status „in progress”. Już trzeci dzień.

– Na zachodzie bez zmian! Wizy niet.

Nic nie mówi. Nie musi… Wiem doskonale, że można było złożyć aplikację wizową kilka dni wcześniej, a nie na dokładnie trzy przed wylotem. Jednak wtedy nie byłoby tej słodkiej nutki niepewności! Uda się, a może nie uda… To takie podniecające. Prawda?

POLECAMY: Tam, gdzie nie zatrzymuje się autobus. Galeria zdjęć z Wietnamu

Nie jest to pierwszy taki przypadek, gdzie przez moją niefrasobliwość pod dużym znakiem zapytania staje cały wyjazd. Raptem kilka miesięcy wcześniej wraz z pracownikami tajskiej poczty szukałem zaadresowanej do mnie przesyłki, a w niej paszportu z amerykańską wizą. Nic nie pomogły ich tłumaczenia, że przesyłka będzie do odebrania jutro. Jutro?! Jutro to już nie będzie mi potrzebna, gdyż za dziewięćdziesiąt cztery minuty zamykają drzwi samolotu, w którym musi znaleźć się moje blade dupsko!

Farang się uparł, więc co mieli zrobić? Poszliśmy do magazynu i przesyłkę wygrzebaliśmy, a ja zdążyłem na samolot. Co prawda drzwi już były zamknięte, ale co mogli zrobić na upartego białasa? Cały samolot patrzył z nienawiścią, gdy opóźniono lot przez jakiegoś nieogolonego marudera. Oczywiście i to mogłem załatwić kilka dni wcześniej, ale czy wtedy miałbym o czym opowiadać..? A po drugie to kto z was zwiedził magazyn tajskiej poczty, co?

Z jednej strony już mnie to lekko wkurwia. To wiecznie artystyczne podejście do wszelkich terminów mnie ewidentnie męczy. Może by tak to zmienić? Takie przyspieszone postanowienie noworoczne. To jest pomysł! Koniec z działaniem „na styk”, kupuję kalendarz i zaczynam wszystko planować z wyprzedzeniem. Zapiszę tam wszystko – nawet kiedy mogę zrobić siku.

Już mnie lekko podnieciła myśl o uporządkowanym życiu, gdy na przeciwko siada gość w czapce. Niczym szczególnym się nie wyróżnia i nie miałby żadnego wpływu na mój wielki plan zmian, gdyby nie… jego czapka. Dalej widząc oczyma wyobraźni nowego mnie, od niechcenia czytam co ma napisane na bejsbolówce – Don’t trust your tired self.

Śmiechłem chyba za głośno, bo aż na mnie spojrzał. Hej, Boże / Karmo / Siło Wyższa – punkt dla ciebie, bo poczucie humoru to masz cholernie wysublimowane. A więc postanowione, że nie zmieniam stylu i nadal moje życie będzie opierało się na jednej, ale sprawdzonej zasadzie. NA PRZYPALE, ALBO WCALE!

 

Jakiś czas później…

– Jesteś Amerykaninem?

Oto stoi przede mną przygarbiony, niski jegomość i świdrującym wzrokiem próbuje odkryć moją narodowość. Sięga mi co najwyżej do piersi i wygląda na Wietnamczyka. Mimo, że ma jakieś osiemdziesiąt lat, jego wzrok nadal jest ostry i przenikliwy. Tak mnie zaskoczył tym bezpośrednim pytaniem, że wszystko co mogłem wydukać to marne „nie”.

– Hmmm… Hiszpan?

Dziadek ewidentnie się nie poddaje, a ja staram się znaleźć w moim wyglądzie jakiekolwiek ślady hiszpańskiego pochodzenia. Troszkę się opaliłem w tych tropikach to fakt, ale żeby zaraz stawiać mnie w jednym rzędzie z inkwizycją… Widzę, że mój nowy przyjaciel łatwo się nie podda, więc kapituluję przed jego kolejną próbą. Kto wie gdzie tym razem by mnie ustawił.

– Nie, nie Hiszpan. Jestem z Polski.

Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, jego twarz wykrzywia się w uśmiechu, a nieufność zastępuje rodzaj sympatii. Lustruje mnie ponownie i potwierdza, że dobrze odpowiedziałem.

– A Polak! To dobrze, dobrze.

Uśmiecha się i odchodzi tak nagle, jak nagle się pojawił. Teraz to ja się zainteresowałem ciekawskim dziadkiem. Dlaczego ewidentnie nie lubi Amerykanów, ale darzy sympatią Polaków?

Patrzę co robi i gdzie idzie, wyciągam nawet aparat i staram się go ustrzelić.

W międzyczasie nasz przewodnik referuje kolejne mijane ślady przeszłości. Oto bowiem jesteśmy w miejscowości Củ Chi, gdzie bojówki komunistycznego frontu wyzwolenia Wietnamu, prowadziły zażarte walki z Amerykanami szerzącymi demokrację za pomocą napalmu. To właśnie tutaj znajdują się kilometry tuneli wykopanych pod dżunglą, w których przez lata żyli i walczyli żołnierze Viet Congu. Mimo, że system powstał za pomocą bardzo prymitywnych metod, to nie można mu odmówić technicznego zaawansowania. Zamaskowane koszary, kuchnia, zbrojownia, a to wszystko połączone malutkimi tunelami.

Ponownie odnajduję „mojego” dziadka. Też jest tu na wycieczce i z uwagą wsłuchuje się w słowa przewodnika. Jednak oprócz skupienia zdaje mi się zauważyć na jego twarzy mały grymas, czy też półuśmiech. Kulturalnie słucha i nie przerywa, ale ten jego grymas zdaje się krzyczeć w stronę przewodnika – Synek, co ty możesz o tym wiedzieć.

POLECAMY: Zatoka Ha Long? Lepiej jedźcie do Sapa

Z coraz większym zainteresowaniem śledzę każdy jego ruch. Dziadek przechodzi do inscenizacji pokazującej żołnierzy, ale zdaje się nie patrzeć na ustawione figury. Skupia swoją uwagę jedynie na broni, w którą wyposażono manekiny. Czyżby to był weteran wietnamskiej wojny? Niestety chwilę później znika gdzieś i zostawia mnie z tym męczącym niedopowiedzeniem. Im dłużej o tym myślę, tym bardziej wszystko zaczyna mieć sens. Jeżeli brał udział w wojnie to jest jasnym, że nie będzie Amerykanów darzył przyjaźnią. Jego zachowanie sugerowało, że nie jest tu pierwszy raz, a tylko odwiedza stare śmieci.

 

A co z tymi Polakami? Aby rozwikłać tę zagadkę, trzeba sięgnąć do historii, która znacznie wykracza poza szkolne podręczniki. Oto bowiem historia w swym pokracznym poczuciu humoru, wrzuciła Polaków w sam środek wietnamskiego konfliktu. Tak po stronie Amerykańskiej, jak i… po stronie komunistycznych separatystów.

Skrywaną prawdą jest fakt, że Polacy bili się po obu stronach tego tropikalnego frontu. Pobudki były raczej przyziemne i na próżno szukać tu głębokiej ideologii. Z jednej strony włożenie amerykańskiego munduru było najszybszym sposobem na uzyskanie obywatelstwa, z drugiej zaś założenie na głowę twardej, peerelowskiej garnizonówki dawało szansę na przeżycie.

Nie wiadomo ilu naszych rodaków brało czynny udział w walkach, gdyż oficjalnie polski kontyngent miał za zadanie jedynie „doradzać”. Jednym z tych doradzających był nie kto inny, jak płk. Ryszard Kukliński, który to troszkę później uchroni nasz kraj przed nuklearnym holokaustem.

Najbardziej wymownym i jednocześnie smutnym dowodem udziału Polaków w tym konflikcie jest historia dwóch pilotów. Z jednej strony był to major Donald Kutyna, który w amerykańskich siłach powietrznych latał myśliwcem bombardującym F-105 Thunderchief i wziął udział w stu dwudziestu misjach bojowych. Za zasługi na tym polu został awansowany i po powrocie objął stanowisko szefa Centrum Obrony Amerykańskiej Przestrzeni Powietrznej i Kosmicznej (NORAD).

Na drugim biegunie był Wacław Ciara, który pod znakiem czerwonej gwiazdy pilotował samoloty Mig-17 i Mig-21. Udało mu się przeżyć i po powrocie do Polski jego również spotkały nie lada zaszczyty – Złoty Krzyż Zasługi oraz nowiutki, dopiero co powstały w fabryce na Żeraniu duży fiat.

Dziadek zniknął na dobre i zostawił pytania bez odpowiedzi. Tymczasem nasz przewodnik z nieukrywaną dumą referuje zalety zmyślnych pułapek i wyższość bosych Wietnamczyków nad uzbrojonymi po zęby Amerykanami. Słucham z uwagą, ale zamiast podziwu, jedyne o czym myślę to tajemniczy dziadek i słowa Tuwima. Tak bardzo chciałbym, żebyś to zrozumiał „dziadku”…

O, przyjacielu nieuczony,
Mój bliźni z tej czy innej ziemi!
Wiedz, że na trwogę biją w dzwony
Króle z panami brzuchatemi;
Wiedz, że to bujda, granda zwykła,
Gdy ci wołają: „Broń na ramię!”
J. Tuwim – Do prostego człowieka

Czarek Kilo

Czarek Kilo

Statystyczna polska populacja to około czterdzieści milionów ludzi. Każda jednostka w tej statystyce to osobna historia pełna wzlotów i upadków, popełnionych błędów oraz osiągniętych sukcesów. Czy musisz być kimś wyjątkowym, aby mieszkać w tropikach? Odpowiedzi możesz poszukać tutaj: 4kilo.pl.

Komentarze: Bądź pierwsza/y