Noc z niedzieli na poniedziałek, pierwsza trzydzieści. Ulice zaczynają lekko pulsować nienazwaną energią. Z każdą godziną nadbierać będzie ona kształtu i rozpędu. Później, gdy wstanie słońce, linie zarysują się tak wyraźnie, że nie pozostanie żaden znak zapytania, żadne miejsce na dodanie czegoś od siebie.

W głąb

Jednak najpierw jest droga. Idzie się i idzie, płynie czasem, czasem jedzie. Zawsze jest dokąd, chociaż tego dokąd zupełnie nie widać i dopóki nie dojdziemy, to dokąd nie istnieje na mapie. Trzeba najpierw wytrząść się w maxi taxi albo obetrzeć piętę gumowym klapkiem. Trzeba usypiać z głową kolebiącą się jak u chińskiego pieska, na przykład na ramieniu czarnoskórym, strzegącym jakichś wielkich pakunków w uścisku blaszanej pasażerskiej łajby. Żeby nie oszaleć, że nie ma się dokąd, trzeba szukać mikroprzeznaczeń, minimalnych celów. Do bankomatu. Po Internet. Po paszport. Na kawę, pachnącą czekoladowo, kojącą lęk. Wytłumaczyć kierowcy, że chce się gdzieś wysiąść, ale właściwie nie wiadomo gdzie, pozwolić się poprowadzić za rękę jak przez mgłę, w końcu dotrzeć do swojego dokąd. Na dzisiaj koniec, wystarczy. Szarość ciężka i wilgotna opada razem z powiekami.

Budzę się głową w drugą stronę: tam, gdzie jeszcze wczoraj wieczorem były moje nogi. To znak, że noc była duszna, pełna snów i komarów, natrętnego szumu wentylatora. Ktoś siedzi na fotelu kilka kroków ode mnie i głośno rozmawia przez telefon. Dopiero po chwili orientuję się, że mówi po angielsku: tutejszy dialekt modyfikuje, zniekształca, przekręca, zamazuje słowa i znaczenia. Przed moimi oczami nieprzetartymi jeszcze porządnie piętrzy się sterta zabawek, ubrań, koców, pieluch i butelek, porcelanowych figurek i papierowych dekoracji, kabli, fragmentów elektronicznego złomu, zdjęć rodzinnych i sztucznych brudnych kwiatów. Dołożyłam do tego swój plecak i pudełko z niedojedzonymi chińskimi pierożkami. Jestem w domu. Czyim? Znów antropologiczna zaduma, znów Malinowski z Geertzem pod rękę kłaniają się w pas i każą popatrzeć na samą siebie wśród całego rozgardiaszu.

A nade mną Amsil, z warkoczem po łopatki, histerycznym śmiechem i papierosem w zębach; Yura o nieskazitelnie cynamonowej cerze, w ciąży już drugiej w całym swym osiemnastoletnim życiu; trzyletnia Nancy obgryzająca kurze nóżki, i kolejne liczby, czterokroć więcej twarzy, dłoni, dymów, głosów, wchodzą, wychodzą, znikają w ciemność, by znowu jak ćmy wrócić do lampy. Oni też jutro rozpoczną swoje świętowanie: na plaży zbiorą się rzesze i odbędą rytualne lime, czyli narodową odmianę pikniku, wydarzenie istotne społecznie, wiążące, ukazujące struktury i hierarchie. Jesteśmy częścią, a większa całość to lime, a lime to część jeszcze większej całości jaką są wszystkie lime Trynidadu, a wszyscy mieszkańcy Trynidadu, choć płynie u nich krew i hinduska, i z dalszej jeszcze części Azji przybyła, i arawaska, i brytyjska, i francuska – wypowiedzą prędzej czy później, nawet jeśli w ostatniej chwili, słowo klucz tej opowieści.

Karnawał.

We play mas

Przygotowania do kolejnego karnawału w Trynidadzie rozpoczynają się, gdy tylko kończy się poprzedni. A gdy nadchodzą te długo odliczane dni, miasto rusza w tan, w marsz, w szaloną pogoń czy ucieczkę, w wir piór, kolorów, brudu, uśmiechów, rumu. Poniedziałek i wtorek przed Środą Popielcową to kumulacja wszystkich ludzkich emocji, pragnień, uwolnienie goryczy i codziennych strapień, wyrzut seksualnych fantazji z dna podświadomości, taneczny wulkan barw i dźwięków, przytłaczających nerwy, niszczących synaptyczne łącza; to apoteoza młodości i starości z ich najpiękniejszymi i najsmutniejszymi aspektami, to pstrokata i krzycząca odsłona wielkich emocji.

Każdy cekin to jedno ludzkie marzenie, każde piórko jest niesformułowanym popędem, każdy krok po rozpalonym asfalcie – decyzją o byciu, przedtem, teraz i przede wszystkim jutro. Gramy. Tańczymy. Nic nie zatrzyma we play mas. Ani żar płonący na niebie, ani nielogiczny wydatek, który trzeba ponieść na strój każdego roku – a przecież dopiero co Christmas wypaliło portfele.

Karnawał to wielka pieniężna machina, wcale nie oparta – jak fiesta w Rio – na zasobach przybywających z całego świata turystów. I tu gości jest wiele, ale to przede wszystkim Trynidadczycy powracający z emigracji na czas świąteczny. Z przyczyn religijnych. Bo ten karnawał nie jest imprezą na pokaz, kolorową sceną, igrzyskiem dla gapiów. To karnawał Trynidadu i tych wszystkich, którzy na co dzień płyną w jego żyłach: biznesie, kawiarniach, korkach. Teraz jest czas esencji, genius loci w pigułce. Od zawsze i na zawsze. Z każdym rokiem coraz większa masa i coraz większe sumy. Liderzy grup ulicznych, które liczą czasem i półtora tysiąca osób, zarabiają nieźle na sprzedaży importowanych kostiumów i ludzkiej potrzebie, by być częścią, by być wewnątrz, wypełniać, współtworzyć.

Wyspiarze nie chcą patrzeć ani nie chcą półśrodków: mas to mas. Idziemy i stroimy ciała w cekiny, plastikowe kryształki, pióra tęczowe. Kobiety: radosne nimfy, dziś każda jest gwiazdą, na styku kiczu, seksu i radosnej, odartej z wszelkiej tajemnicy prowokacji.

Męska płeć niczym gladiatorzy, naszyjniki wycinane w kolorowym zamszu i oblepione chińskimi precjozami, zbroje na ramionach, węże, lwy, nagie torsy i plażowe szorty. Dziś stroje importuje się masowo z fabryk w Chinach i na Tajwanie i na miejscu skleca w komplety; wydasz kilkadziesiąt dolarów i świecidełka są twoje, a doń kubek na all-inclusive drinka.

I ciężarówki. W ciągu ostatnich dwudziestu lat szesnaście osób zginęło, gdy wysokie na piętro pojazdy przedzierały się pod drutami pokrywającymi stolicę gęstą pajęczyną. Ale jadą dalej. Ciężarówki z napojami, ciężarówki z toitoiami, ciężarówki z głośnikami. Te przede wszystkim. Soca, rytm nad rytmy, wypiera tradycyjne calypso i dudni, ryczy, nie pozwala skupić myśli. Myśli niepotrzebne. Tylko mas.

Spod skóry

Andrew i Mary wracają co roku. On już prawie pod dziewięćdziesiątkę. Rusza na ulice w tradycyjnym przebraniu marynarskim. Ona, profesor sztuk pięknych, tęskni do czasów gdy kostium był wyrazem wyższej sztuki, a projektanci wielkimi nazwiskami. Z nostalgią opowiada o tym, jak piękny karnawał był przed laty, zanim wkroczyło Rio, a z nim, kręcąc biodrami, seksualna rewolucja na ulice Port of Spain i sznurki różowych stringów między przeobfite pośladki. Za pięć lat pójdą na golasa, krzywi się; nasz karnawał traci swój oryginalny charakter, swoje sedno. Patrzeć nie może na akty prawiekopulacji, taniec tak wulgarny, że aż wyzbyty seksualnego podtekstu. Podtekst jest wtedy, kiedy nie do końca widać i nie do końca wiadomo. I ja drapię się w głowę, patrząc na wining, tak obsceniczny, że aż niewinny. Smutno-radosny, cieszący bardziej wykonawcę, niż widza.

POLECAMY : Karnawał na Wyspach Zielonego Przylądka

Ale idą i tradycyjne grupy, odziane wedle tematu klucza, pełne nie tylko rozchachanej młodzieży, ale i starszyzny pięknie ustrojonej. Seks schodzi na daleki plan. Motywy etniczne królują i cieszą oczy: pióra dumnych indiańskich wodzów, drzewa rajskie, afrykańscy wojownicy. Mas nie ma granicy wiekowej i im później, tym bardziej odświętnie i bardziej z sensem.

Są takie grupy, w których nadal bikini i piórka byłyby faux pas. To właśnie pomiędzy nimi rozegra się coroczna rywalizacja o tytuł grupy roku. Artyści tworzą, szaleją, inspirują i nie śpią nocami. Historia kostiumów miała jeden ze swoich poprzednich climaxów czterdzieści lat temu, gdy artysta Peter Minshall stworzył projekt inspirowany Rajem utraconym: szedł raj, tańczyły archanioły, falowały drzewa poznania dobra i zła, podrygiwało piekło, czyściec tupał głośno. Minshall wyszedł daleko poza utarte kanony: jego kostiumy były prawdziwymi inżynierskimi majstersztykami, opartymi na drucianych ruchomych konstrukcjach, blasze, ogromie tkanin, barokowym przepychu. Ulice zadrżały pod nowym trendem.

Za ciasne bikini, krzyk ubiegłych lat, to przeciwległy biegun estetyczno-moralnej dyskusji w mediach i przy stołach. Czy apoteoza płciowego wyzwolenia, przybierająca groteskowo obsceniczne maski, to odpowiedź na rozszalały wśród trynidadzkich kobiet tabu wykorzystania i nadużyć seksualnych, którego co druga doświadczyła w rozmaitej formie? Czy to, co można wyrzucić z impetem poza własne ciało, to skumulowane przez rok cały lęki i emocje?

Możliwe. Tu każdy dźwięk drży emocją. Tsunami ludzkiej energii niesie się echem do innych karnawałów karaibskich, przez Florydę, aż po Notting Hill. Epicentrum jest tu, na byłym torze konnym, tu się to kończy i zaczyna.

Cukier, curry, noc

Był schyłek wieku osiemnastego, gdy coś drgnęło. Pierwsze tąpnięcie. Światem trzęsły rewolucje i przemiany, Trynidadem – migracje. Nieliczna populacja (zaledwie półtora tysiąca w 1777 roku) pozostawała pod wpływami iberyjskimi, gdy się rozpoczęły. Napływali zmykający przed własną zawieruchą Francuzi, Hiszpanie, osadnicy z sąsiednich karaibskich wysp, czarnoskórzy niewolnicy i wolni obywatele, Mulaci. Osiedlali się na darowanej ziemi, wolni od podatków przez dekadę.

W końcu stulecia polityczne zamieszanie wykorzystali Anglicy: Trynidad stał się ich – francuskojęzyczną – kolonią. Struktura etniczna zmieniła się radykalnie i wielce barwnie, gdy w połowie XIX wieku napłynęli za Brytyjczykami ich hinduscy słudzy i współpracownicy. Indie powoli skolonizowały kuchnie i stoły, a i karaibska muzyka otrzymała pikantny orientalny smak chutneyu. Zapach curry powoli przenikał do krwi mieszanej populacji. Ale karnawał wcale nie narodził się na rozpalonych słońcem ulicach: to francuscy panowie, gdy już bezpiecznie osiedlili się pod palmami, poczęli organizować maskarady przed wielkim postem. Odpowiedzieli nań niewolnicy, tworząc swoje canboulay – „pochodnie”. To tu afrykańska muzyka zaczęła zapuszczać korzenie wgłąb karaibskiej ziemi i piąć się w dusze i umysły rodzącego się narodu. Hindusi, już po akcie abolicji, tylko doprawili ten żywioł. Więc calypso jest jedyne w swoim rodzaju. Kipi tym, czym tylko może kipieć mieszanka afrykańskiej krwi, karaibskiego temperamentu, indyjskiej zmysłowości i ponadgeograficznego buntu wobec niesprawiedliwości losów, tęsknoty i goryczy cukrowych pól.

I właśnie dlatego jest najpierw ta noc, noc z niedzieli na poniedziałek, pierwsza trzydzieści. Do kolorowych mas jeszcze daleko. Teraz będzie bawić się Id miasta. Tętniący puls ciemności nabiera form gromadzących się w coraz liczniejsze grupy. Muzyka dudni odważniej z każdą minutą. Rytm wybijany na blaszanych bębnach steel bandów wkręca się w ucho środkowe, a później głębiej, przez zwoje, gdzieś koło hipokampa budząc nienazwane wspomnienie, dalej poza rozum, w nieodkryte. Przenika wszystko.

Rum i śmiech. Budzą się demony. Po to właśnie bierze się udział w J’ouvert: by od ścian podświadomości i sumienia zdrapać cały brud, i wytarzawszy się w nim z okrutną rozkoszą, ostatecznie wraz z nastaniem dnia zmyć go z ciał, włosów i chodników.

Melasa cukrowa, kakao, czarna farba, biały pył. Obiektywy aparatów osłonięte folią, a ciemna maź kwaśno smakuje w ustach i zbiera pod paznokciami. Na odkrytych ciężarówkach muzycy jakby w transie zmuszają do pozostania w pobliżu; gdy raz porwie nas j’ouvert, nie mamy ucieczki ni odwrotu. Idziemy, kołyszemy biodrami, stopy same niosą po zawsze ciepłym asfalcie, a farba ścieka po łydkach i skroniach. Nad ranem zbieramy siły przy stoisku, gdzie milczący George nadziewa smażone doubles gęstym sosem z ciecierzycy. Bez doubles też nie ma karnawału, nie ma Trynidadu w ogóle. Ostro-słodka salwa na języku. Budzi się dzień i budzi się mas.

Światło

W środę rano na ulicach podeptane pióra, stukot młotków i ulatniający się zapach rumu i moczu. Miasto czuje się jak dziecko dzień po swoich urodzinach. Na następne przyjdzie czekać cały rok. Nie zostały nawet okruszki tortu. Biura wypełniają się schludnymi pracownikami, skrzyżowania – samochodami. Czas na podsumowania; jeszcze kilka dni pooddycha się karnawałem, a potem? Potem trzeba zapakować plecak: kilka ubrań, kilka zakurzonych książek z biblioteki Mary, opaska z cekinami, butelka ostrego sosu. I dalej. Dokąd.

Krystyna Roszak

Krystyna Roszak

Od kilku lat w nieustającej podróży. Psycholog i etnolog; żeglarka, amazonka, joginka. Zawodowo karmi ciała i umysły. Posiadła sekret przyrządzania najlepszej ośmiornicy świata. W chwili gdy czytasz te słowa prawdopodobnie zrywa lecznicze zioła na zboczu gwatemalskiego wulkanu, nurkuje na Grenadynach lub spędza owce na australijskich pustkowiach.

Komentarze: 2

Patrycja 25 lutego 2018 o 14:17

Niebo dla umysłu.

Odpowiedz

Marta 26 lutego 2018 o 10:44

Przenosisz czytelnika w inny świat! Coś pięknego.

Odpowiedz