Jakiś czas temu na Peronie Czwartym stworzyłem Kwestionariusz Identyfikacji Elitarności Podróżnika. KIEP miał dwie części i, jeśli już ktoś z komentujących którąś wyróżniał, to tę drugą, czyli klucz.

W nim ponabijałem się z paru polskich celebrytów, a że zabawna (przypuszczam) złośliwość dobrze wchodzi, to i zgarnąłem sporo, jak na mnie, lajków facebookowych.

Kwestionariusz Identyfikacji Elitarności Podróżnika

Gdyby jednak to mnie zapytać, co w tamtym tekście bardziej cenię, to powiedziałbym, że same pytania i proponowane do nich odpowiedzi. W większości przypadków nie umieszczałem ich tam dla czystej rozrywki ani jako pustego pretekstu do późniejszych docinków.  To miała być satyra na podróżników. Chciałem zwrócić uwagę, jakich szablonów mentalnych używamy spostrzegając i opisując to, co napotykamy. Z pełną świadomością piszę „my”. Wolałbym być od nich wolny, ale co jakiś czas się łapię, że nie jestem.

Gdy pisałem pytania o autobusy, jakimi jeździmy i bezludne miejsca, w jakie docieramy, to śmiałem się z burackiej potrzeby szpanowania swoimi osiągnięciami, tak, jakby sama przyjemność z pojechania gdzieś nie wystarczała. Kiedy pytałem o widziane przez nasz „majestatyczne” i „malownicze” miejsca, to zwracałem uwagę na banalne klisze językowe, jakie przewijają się przez nasze relacje. Przypominając, że backpackerstwo nazywamy (bardzo, ekstremalnie) tanim podróżowaniem, miałem nadzieję, że ktoś przeliczy, ile lat na nasz wyjątkowo tani miesięczny wyjazd musiałby pracować przeciętny mieszkaniec odwiedzanego kraju. I tak dalej. (Przyjmuję tu pokornie na klatę ewentualny zarzut, że tłumaczenie własnych dowcipów jest słabe).

To wszystko powyżej to przydługi wstęp do sprawozdania z dzieła Jennie Dielemans Witajcie raju. Reportaże o przemyśle turystycznym. Łyknąłem ją szybko i sprawnie już po spłodzeniu KIEPa, ale łączy się z nim bardzo. Niniejszym autorytarnie stwierdzam, że  przeczytanie tej książki jest obowiązkiem dla każdego, kto jeździ na zagraniczne wakacje, a i innym też się przyda.  Wprawdzie Dielemans koncentruje się raczej na turystyce typu biuro podróży i all-inclusive, ale backpackerstwo to wcale nie jest system bardzo odległy.

Witajcie w raju to trochę historia turystyki i racjonalna analiza tego, jak ona dziś wygląda, a w większej części reportaże z różnych miejsc, gdzie ten przemysł jest jednym z głównych źródeł dochodu: Wysp Kanaryjskich, Wietnamu, Dominikany, Tajlandii czy Meksyku. Przyglądamy się, jak najazd turystów wpływa na miejscową ekonomię, ekologię, stosunki społeczne. Poznajemy budujących luksusowe hotele pół-niewolników, alfonsów i prostytutki na usługi białasów czy też pracującą za głodowe pensje lokalną obsługę. Oglądamy próby uratowania lokalnej natury i kultury oraz miejsca, gdzie na to już za późno. Niewesoła rzecz.

Pozwolę sobie powiązać dalszą część z moim kwestionariuszem.

Czy martwisz się losem zarabiających na Tobie tubylców?
Dielemans:  W holu zebrała się grupa turystów, więc Mao zostaje przywołana. Jest ceniona jako przewodnik, nauczyła się angielskiego, potrafi dowcipkować i zgromadziła  arsenał pytań, na które chętnie odpowiadają turyści. Mimo to za każdym razem, gdy dostaje znak, że może podejść, odczuwa ulgę. Za dzień pracy dostaje równowartość ośmiu i pół złotego, z czego dwa złote zachowuje dla siebie na jedzenie i pokój, który wynajmuje z koleżankami w pobliżu hotelu. Resztę zawozi do wioski, w której mieszka matka.

Czy spędzasz noce wraz z tubylcami, słuchając ich opowieści i spożywając z nimi egzotyczne przysmaki?
Dielemans:  I choć rodzice Mao nie lubią, gdy do domu przychodzą obcy i na dodatek chodzą po mieszkaniu, uśmiechają się, pokazują coś palcem, robią zdjęcia i zadają mnóstwo pytań, to trudno im wzgardzić tym dodatkowym groszem.

Czy miejsca, które odwiedzasz, są autentyczne?
Dielemans:  Zapotrzebowanie turystów na kulturę i tradycję innych (nieważne, czy będą to Masajowie w Kenii, Majowie w Meksyku, lud Akha w Tajlandii czy Hmongowie w Wietnamie) stawia wysokie wymagania ludziom, których odwiedzamy. To czy im zapłacimy, uzależnione jest od tego, czy uznamy ich za malowniczych, autentycznych i nieskażonych cywilizacją. W dniu, w którym Mao oprowadzająca turystów po wietnamskim Sa Pa kupi sobie antenę satelitarną, samochód, lodówkę z zamrażarką lub po prostu inne ubrania, turyści zaczną mieć problem. Przestanie być autentyczna, a jako obiekt zdjęć – atrakcyjna. Konsumujemy nie tylko jej kulturę i tradycję, konsumujemy również jej biedę. Ona musi być biedna dla nas.

Jaki jest charakter napotykanych przez Ciebie tubylców?
Dielemans:  Klas Grinell twierdzi, że obraz innego opisuje pośrednio nas samych. Jako przykład podaje fragment z przewodnika szwedzkiego Europaresor 1962: „Mieszkańcy [Puerto de la Cruz na Teneryfie] to beztroscy i poczciwi ludzie, którzy cieszą się, gdy świeci słońce – a słońce świeci tu prawie zawsze! Są pomocni i wydają się nie rozumieć, jakie znaczenie strumień turystów ma dla gospodarki – tu wciąż jest tanio.”

Starczy?

To na koniec jeszcze tylko dwa nowe terminy: linkage (sprzężenie) i leakage (wyciek). Pierwszy oznacza  ekonomiczne powiązania między turystami a miejscowymi, czyli inaczej mówiąc nowe szanse zarobku dla tubylców (restauracje, sprzedaż pamiątek itd.). Drugi termin określa, ile z tych zostawianych przez turystów pieniędzy trafia (a właściwie nie trafia) do kieszeni miejscowej ludności.„Wyciekają” np. opłaty za hotel, jeśli jego właścicielem jest obcokrajowiec – co jest typowe. Okazuje się, że w wartość leakage nieraz sięga 60, 70, 80%. Innymi słowy, większość miejscowych nie ma nic, albo prawie nic, z turystyki. Dielemans opisała wiele konkretnych historii. Przyjezdni podają sobie kasę nad głowami tubylców, a ci próbują się zaczepić, żeby może chociaż do pierwszego starczyło.  De facto nowy kolonializm, już nie siłą, a pieniądzem.

Przeczytacie o tym również w rozmowie z Pawłem Cywińskim, współtwórcą serwisu post-turysta.pl, a jako rozwinięcie tego akapitu i podsumowanie całego tekstu ostatni cytat z Witajcie w raju:

Turystyka jest jak kokaina. Jest dla nas bardzo szkodliwa. Dla nas jako społeczeństwa i dla naszego środowiska naturalnego. Ale my już jesteśmy uzależnieni. Jedna piąta naszego dochodu narodowego pochodzi z turystyki, bez niej poszlibyśmy z torbami. Nie możemy z niej zrezygnować, ale jeśli czegoś nie zmienimy, czeka nas katastrofa.

Witajcie w raju. Reportaże o przemyśle turystycznym, Jennie Dielemans, Wydawnictwo Czarne

Jan Marković

Jan Marković

Człowiek, który nie zna się na podróżowaniu, ale od czasu do czasu to robi - dlatego, że lubi dni, które pamięta się w całości, a o takie łatwo w drodze. W trakcie swoich wycieczek zdobył wiele wrażeń. Niektóre spisał.

Komentarze: 3

Qdik 2 maja 2014 o 11:54

Nie podzielam zachwytów nad książką. Jest słabo napisana i ciężko się ją czyta. Przykłady są też często mocno nijakie i nie bardzo wiem, do kogo książka jest skierowana. 90% turystów i klientów biur podróży tezy zawarte w książce i świadome podróżowanie ma głęboko w dupie. Ciężko jest wyciągnąć ich z hotelu, wakacje bez all inclusive to nie wakacje, a że miejscowi nic nie mają z pobytu turystów w ogromnym molochu należącym do sieci hotelowej z siedzibą gdzieś w raju podatkowym ? A co ich to obchodzi. Ważne by było tanio.

Większość backpakersów również nie sięgnie po książkę, bo przecież dotyczy ona rynku turystycznego, którego oni przecież nie są częścią … Wg ich mniemania, bo w praktyce (i tu zgodzę się z Tobą całkowicie) tworzą często taką samą strukturę jak zwykli turyści tylko w innych miejscach i innych hotelach. Większość siedzi w hostelach i kisi się we własnym sosie chwaląc się wieczorami w towarzystwie takich samych „niezależnych” przy piwie lub drinku ile to „zagubionych” wiosek zobaczyli i o ile podrożały hotele opisane w LP – biblii, z którą się nie rozstają przez całą drogę …

Ci którzy wiedzą czego szukają w podróży i myślą samodzielnie, bez względu czy jadą sami czy z biurem podróży, w większym lub mniejszym stopniu mają świadomość jak rynek turystyczny działa. Tym bardziej, że autorka rzadko kiedy uderza konkretnymi działami, a drastycznych przykładów na zachowanie turystów i wpływu rynku turystycznego na otoczenie jest dużo więcej. Jennie Dielmans używa raczej pistoletu na wodę i korzysta z przykładów na które większość, z tej pozostałej mniejszości, która być może sięgnie po książkę, wzruszy tylko ramionami.

Bo rynek turystyczny poszedł już tak daleko, że nawet w najdzikszych miejscach obok rodzinne pensjonaty są wypierane przez sieciowe molochy, w większości miejsc wartych zobaczenia profity ze zwiedzania przejmuje mafia – rządząca lub zewnętrzna, bez różnicy, ważne, że do społeczności trafiają resztki z pańskiego stołu, a w dobie smartfonów i internetu, który dociera do najdalszych zakątków zachowanie jednego czy dwóch turystów nie jest w stanie wiele zmienić. Idolami są gwiazdeczki z MTV.

Co nie zmienia faktu, że nadal jeśli tylko będę miał możliwość to będę starał się zamieszkać w miejscowym pensjonacie zamiast w zagramanicznej sieciówce, zjeść w miejscowej knajpie zamiast w McDonaldzie, zakupy zrobić w małym sklepiku, a nie w markecie i zamiast chińskiego badziewia będę starał się wybierać produkty fair trade. Tylko, że nie zawsze jest to niestety z różnych powodów możliwe i do tego nie potrzebuję czytać książki „Turystyczny Raj”. Jest to dla mnie tak samo jasne jak to, że po nocy przychodzi dzień. Mam nadzieję, że dla większości czytelników Peronu 4 również :) Jak dla mnie szkoda czasu.

Odpowiedz

Zawistnik 8 maja 2014 o 21:55

Z pana Markovicia taki recenzent jak i podróżnik. Książka wyszła w Polsce ze cztery lata temu, odkrył ją dopiero teraz. Bije brawa, nie wiedząc ile krytyki zebrała. Największe życiowe osiągnięcie – kwestionariusz frustrata. Musiał założyć własny portal bo nikt inny go nie chce publikować. Żal.

Odpowiedz

Maszynista Jasiek 9 maja 2014 o 9:09

@Qdik

Dzięki za obszerny komentarz. Nie zgadzam się z nim w jednej kwestii (pomijając ocenę całego dzieła)- że to ksiązka dla (prawie) nikogo. Sądzę, że przeceniasz liczbę osób, które świadomie analizują swoją podrózniczą etykę, a nie doceniasz liczby tych, którzy odpowiednio szturchnięci mogą to zrobić. Nawet jednak, gdybyś miał rację, to i tak uważam ksiązki na ten temat za potrzebne – większość dużych społecznych zmian w historii (niewolnictwo, prawa kobiet itp.) rozpoczęło się od aktywności małych grup. Większości to nie obchodziło, nie widziała problemu albo nie uważałą zmiany za możliwą.

Odpowiedz