– Oni silno dzikowatyje! Biją, kradną! Tam się żyć nie da – mówili Rosjanie, gdy ruszaliśmy do Tuwy. Pośrodku stepu, otoczeni przez święte góry i wioski zamieszkałe przez Tuwińców, mieliśmy badać scytyjski kurhan. Jeśli mieli nas zabić, to miejsce było idealne.

Tuwa, dawniej zwana Urianchajem, to jedna z autonomicznych republik rosyjskiej Syberii, kraj tajgi i stepu, zamieszkały przez krewnych Mongołów, chlubiących się wojowniczym przodkiem – Czyngis-chanem. Bo też i kiedyś była tu Mongolia. Dopiero XX wiek przyniósł oficjalne wytyczenie granic i podziały strefy wpływów. Tuwa to dzisiaj Rosja. Przynajmniej teoretycznie.

Dzikość

Do Minusińska, położonego jeszcze w Kraju Krasnojarskim, podwiozło nas rosyjskie małżeństwo mieszkające na stałe w stolicy Tuwy, Kyzyle. Podczas rozmowy roztoczyli przed nami wizję dzikich Azjatów, którzy piją i biją się nawet między sobą, nienawidzą obcych i czyhają na nasze życie w każdym zaułku.

– Stamtąd Rosjanie uciekają, żyć się nie da. My też przenosimy się do Abakanu.

Podobnie Maksim, nasz gospodarz z Minusińska, kiedy zdradziliśmy mu cel naszej podróży, wybałuszył oczy i powiedział: – Oni silno dzikowatyje! Biją, kradną!

Z takimi głosami w głowie ruszyliśmy w autostopową podróż do Turanu, wioski położonej w centrum dzikiej Tuwy. Stamtąd miała nas zabrać ekipa archeologów z Petersburga, z którymi, otoczeni przez święte góry i oddalone o kilka kilometrów wioski zamieszkałe przez Tuwińców, mieliśmy badać scytyjski kurhan położony pośrodku stepu. Jeśli mieli nas zabić, to miejsce było idealne.

– O, tutaj, w tej okolicy, zarżnęli kiedyś chłopaka, też z plecakiem jechał – powiedział nam jeden z naszych autostopowych kierowców.

Zaczynało się robić ciekawie.

Jura

Droga z Abakanu do Kyzyłu była pusta. Poszczególne odcinki nieustannie remontowano. Po obu stronach szumiała bezkresna tajga, na horyzoncie majaczyły góry, na drogę schodziła mgła. Wtedy właśnie zatrzymał się Jura.

Jura jest rodowitym Tuwińcem, dumnym z walecznych przodków i wiernym wyznawcą kultów szamanistycznych. Za punkt honoru obrał sobie udowodnić nam, że Tuwińcy są gościnni i pomocni.

Jechaliśmy z nim przez mgłę jakieś dwieście kilometrów, słuchając o sposobach na przetrwanie w tajdze, o Czyngis-chanie i o czarnych różach, których zerwanie wywołuje deszcz. Jura pokazywał nam czerwone sznureczki zawiązane na nadgarstku chroniące od uroków oraz swój największy amulet – łuskę naboju, w którą szaman „wdmuchał” dobrą energię. Oglądał mój medalik z Matką Boską kiwając głową i twierdząc, że „to wszystko nasi obrońcy”. Spoważniał, gdy rozmowa zeszła na temat wykopalisk.

– Tam duchy, tego nie można ruszać. Inaczej to za wami pójdzie.

I opowiedział, jak to jedni archeolodzy znaleźli w jaskini szamańskie rzeczy i złożyli je w gablocie w muzeum. Od tej chwili nie mogli jeść ani normalnie spać. Złe duchy nękały ich przez cały czas. Wreszcie, za radą szamana, zdjęli rzeczy z ekspozycji i odłożyli je do jaskini. Wtedy dopiero nękania ustały.

– To twoja praca – zakończył temat Jura, – ale lepiej po tych wykopaliskach idź do szamana, żeby cię oczyścił. Inaczej to za tobą pójdzie.

Ściskając mi rękę na pożegnanie, Jura patrzył na mnie, jak na skazańca.

Przyszywani przodkowie

– Jak to jest z Tuwińcami? – pytam Maszę i Natalię, archeologów z ekspedycji „Arżan”, gdy po dniu pracy siedzimy wieczorem przy stole. – Szamani nie oburzają się, że rozkopujemy groby ich przodków?

– Szamani nie – słyszę odpowiedź. – Oni to rozumieją i wykorzystują, żeby budować świadomość narodową wśród tych ludzi. Problem jest czasami w przypadku zwykłych mieszkańców. Dlatego szamani bardzo nam pomagają.

Efekt tej pracy widać na co dzień. Miejscowi troszczą się o stanowiska archeologiczne, dbają o mini-muzea przy nich powstające, koszą trawę na rekonstrukcjach. Tuwińcy przywożą na kurhany swoich przyjaciół i rodzinę, a gdy spotykają nas, Europejczyków – możemy się spodziewać wykładu na temat tuwińskiej genealogii.

Standardowa legenda mówi, że to oni, Tuwińcy, podbili pół świata, na czele z Czyngis-chanem i że ich wodzowie stawiali wielkie kurhany pośrodku stepu. Byli tak bogaci, że złoto aż wylewało się z grobowców.

POLECAMY: Transsyberyjska: Moskwa – Jekaterymburg

Rzeczywiście, bogactwo dawnych wodzów było wielkie – przedmioty z ich kurhanów można podziwiać w muzeum w Kyzyle, narodowej dumie miejscowych. Problem w tym, że Scytowie, pochowani w owych kopcach, żyli na długo przed Czyngis-chanem i niewiele mieli wspólnego z dzisiejszymi Tuwińcami. Naukowcy udowodnili, że są to dwie kompletnie inne grupy etniczne, a genetycznie królowie stepu z epoki brązu mieli najwięcej wspólnego z… Europejczykami. Rysy mieszkańca starego kontynentu widoczne są wyraźnie w rekonstruowanym na podstawie czaszki obliczu cara z najbogatszego kurhanu, które można oglądać w muzeum.

Kto jednak będzie na tyle odważny, by rzucić w twarz hardym Twuińcom naukowe argumenty?

Duchy wiecznie żywe

Nad Doliną Carów, gdzie śpią scytyjscy władcy, góruje kilka wzgórz zamykających horyzont bezkresnego stepu. Jedną z nich jest Pierwomajka, cel wycieczek mieszkających w obozie archeologów. Jest to jeden z największych szczytów w okolicy.

Podchodząc trzeba uważać na bielejące kości zwierząt. Na górze wita nas uschnięte drzewo, na którym wiszą końskie czaszki. Ślad dawnych praktyk? Obrazek z przeszłości? Wystarczy podejść dalej, by się przekonać, że świat duchów i kultu ku czci przodków jest nadal żywy. Z kolejnego drzewa patrzą na nas martwe, końskie oczy, należące do nowej, jeszcze świeżej głowy wierzchowca. Brak śladów rozkładu i popiół pod naszymi stopami świadczą wyraźnie, że minęliśmy się o dzień czy dwa z jakimś obrzędem.

Drobne monety, papierosy czy butelki po wódce wypitej razem z duchami, kolorowe szarfy na drzewach – to częste przejawy obecności świętych miejsc. Zwłaszcza na przełęczach i szczytach gór. Żeby przypadkiem złośliwy duch nie pomylił dróg i pozwolił bezpiecznie zejść.

My wracaliśmy do obozu bardzo szybko. Na szczycie zastał nas zmrok. Nie powinno nas tam już być o zachodzie słońca. Bo o tej porze duchy są wyjątkowo aktywne i lepiej nie wchodzić im w drogę.

Między dzikością a cywilizacją

W naszej ekspedycji znalazło się bezcenne źródło informacji o Tuwińcach – Masza.

Masza pochodziła z Turanu, wioski zamieszkałej w połowie przez Rosjan, w połowie przez Tuwinców. Podczas gdy ja nie nadążałam z zachwytami nad nową kulturą i jej zwyczajami, Masza patrzyła na mnie z politowaniem i mówiła: – Ty ich nie znasz. Nie wyrosłaś tutaj.

– To opowiedz mi, jacy oni są.

Turan ma dwie szkoły: jedną dla Rosjan, drugą dla Tuwińców. Oczywiście, nie jest to podział oficjalny. Tak się zwyczajnie utarło. Panuje przekonanie, że jeśli ktoś ma ambicje, to idzie do szkoły „rosyjskiej”. Stąd też Masza miała w klasie kilku tuwińskich kolegów, choć dziś nie ma już z nimi kontaktu. Wszyscy uczą się podstaw tuwińskiego, ale Masza niewiele z tego pamięta. Tuwińcy rosyjskiego uczą się obowiązkowo, choć nie wszyscy skutecznie.

– Oni trzymają się razem i gardzą Rosjanami.

Rosjanie w Tuwie traktowani są jako najeźdźcy, Tuwińcy mają autonomię, lecz wciąż politycznie należą do Rosji. Ostatnio bardzo wyraźnie zaznaczają się tendencje niepodległościowe. Kiedy jeden z nich, Siergiej Szojgun został rosyjskim ministrem obrony narodowej, cała Tuwa oszalała ze szczęścia. Dziś mówi się o nim jako o wielkim bohaterze narodowym, który przebił się nawet w rosyjskim rządzie. Tuwińcy chcą czuć się gospodarzami na własnej ziemi. Stąd też ich niechętny stosunek do Rosjan.

– W Turanie niebezpiecznie jest chodzić po zmroku – mówi Masza.

Raz przyjechała do domu wieczornym autobusem i nie miał jej kto odebrać. Szła więc przez ciemne ulice sama i nagle usłyszała, że zbliża się dwójka pijanych Tuwińców. Podobnie jak większość ludów azjatyckich, miejscowi mają bardzo niską tolerancję na alkohol i często bywają po nim agresywni (rząd Tuwy wprowadził nawet zakaz sprzedaży alkoholu w niedzielę oraz w pierwszy weekend miesiąca, gdy wszyscy odbierają wypłatę). Zaczęły się zaczepki, ale na szczęście ktoś nadszedł i pijani awanturnicy uciekli.

POLECAMY: Autostopem na Wschód. Na rosyjskich drogach

Szczęściem dla nas było to, że my Rosjanami nie byliśmy. Mogliśmy więc przekonać się, jak Tuwińcy reagują na intruzów całkowicie z zewnątrz.

– Z Polski jesteście? Ooo, jesteście drugimi Polakami, których spotykam!

– Naprawdę? A kiedy pan spotkał tych pierwszych?

Staruszek zmarszczył czoło, licząc intensywnie.

– Jakoś tak w osiemdziesiątym pierwszym…. Ale wy wszyscy chyba z plecakami wędrujecie.

Polak w Tuwie to brat, mimo że Europejczyk. Polak pomoże wypchnąć samochód z błota, Polak pochwali stolicę, że taka piękna, Polak będzie się chętnie uczył tuwińskich słówek. A nade wszystko – Polak też wie, co to znaczy rosyjski zaborca. Nic tak nie jednoczy ludzi, jak wspólny wróg.

Poza tym każdy jest ciekawy nowego – my Tuwy, oni – polskich szaleńców, którzy zamiast siedzieć w bezpiecznym domu, wędrują przez ich stolicę z wielkimi plecakami. W barze, gdzie jedliśmy obiad, nasz stolik był zasypywany pytaniami, a kto, a gdzie, a skąd, a jak wam się podoba? Pani kelnerka uczyła nas tuwińskich zwrotów. Natychmiast też starano nam się pomóc w każdej sprawie – którędy nad jezioro, gdzie sklep, gdzie muzeum, gdzie kupić mapę…

Kyzył liczy ponad sto tysięcy mieszkańców. Mimo to, kiedy staliśmy pod sklepem kilka przecznic dalej, pół godziny po obiedzie, podszedł do nas leciwy, starszy pan i zapytał: – Czy to wy chcieliście kupić mapę?

Na jagody!

Opuściliśmy wielką stolicę i ruszyliśmy z powrotem na północ. Młody lekarz podrzucił nas kawałek i zostawił na stojance, gdzie miejscowi sprzedawali jagody zebrane w tajdze. Wszyscy byli pijani i rozradowani, że spotkali nas, inostrańców. Młody lekarz, wsiadając do samochodu, uśmiechnął się z zakłopotaniem i rzekł:

– Oni są trochę pijani, ale to dobrzy ludzie, nie bójcie się ich.

Większość Tuwińców mieszka w małych wioskach rozsianych po stepie lub w tajdze. Ich głównym źródłem utrzymania jest las. Kiedy nadchodzi wiosna, budują sobie szałasy wśród drzew i aż do pierwszych śniegów zbierają jagody, grzyby, niekiedy polują. Potem sprzedają swój urobek przy drodze, aby mieć za co przeżyć zimę. W tajdze koczują całe rodziny, a dzieci od małego uczą się korzystać z dobrodziejstw lasu.

Pijani, rozradowani Tuwińcy za punkt honoru obrali sobie znalezienie nam transportu. Niemal siłą wepchnęli najpierw nasze plecaki a potem nas do kabiny tira Andrieja, który akurat zatrzymał się za potrzebą. Drzwi zamknęły się z hukiem, a radośni Tuwińcy machali nam do upadłego. Nie wiedzieliśmy, co powiedzieć, ale Andriej machnął ręką na znak, że wszystko w porządku i rzekł:

– Z nimi tak już jest. Kiedyś wielka chwała, wielcy szamani, teraz wódka.

Czy jednak nic z tej wielkiej chwały nie zostało? Przed oczami stanął mi Jura, który w przydrożnej kafejce, położył sobie na dłoni pudełko zapałek i zaczął wydawać z siebie niski, gardłowy dźwięk. Charakterystyczny, tuwiński śpiew rezonował, drżał w powietrzu i wtedy, na naszych oczach, pudełko po zapałkach zaczęło się powoli podnosić. Aż w końcu, kiedy Jura wydał siebie ostatni, wysoki dźwięk – stanęło na sztorc.

Tania sztuczka? Magia?

A może po prostu: Tuwa.

Monika Radzikowska

Studentka czwartego roku archeologii. Przygodę z tym kierunkiem zaczynała od opracowania wczesnośredniowiecznych zabawek (łódek z kory) obecnie poszerza swą wiedzę na temat koczowników syberyjskich. Jej podejście do podróży najlepiej charakteryzuje hasło: „Ja chcę wszędzie!”. Autorka większości wpisów na Archelodzy w podróży.

Komentarze: 2

Somos dos - Migawki z podrozy Malej i Duzej 5 listopada 2017 o 3:08

Kochani, przeczytałam Wasz tekst z ciekawoscia i wielkim sentymentem. Po Kyzyle i Tuwie włóczyłam się jeszcze przed pojawieniem sie corki, zaglądając do tamtejszych szamanów, docierając do Pietropawłowki (3cie wcielenie Chrystusa niestety akurat zaszylo sie w gorach), sajansko-suszenskiej elektrowni wodnej zaraz po tragedii oraz sprowadzając z pasterzami stada koni, krów i owiec z gór, bo jesien szla..

Pięknie było, choć i tak jakoś przygnebiajaco jednoczesnie, bo szalenie ciezkie zycie ci ludzie mają..

Serdecznosci wielkie!

A.

Odpowiedz

    Zosia 14 lutego 2019 o 21:33

    Pytanie do A., a nuż, widelec przeczytasz i odpowiesz :) czy włóczyłaś się po Tuwie sama? Zastanawiam się czy, mając więcej czasu niż znajomi, nie wybrać się awangardowo i wcześniej?
    pozdrawiam

    Odpowiedz