Z Wołosianek na ukraińskim Zakarpaciu do polskiej granicy jest w linii prostej jakieś dwa kilometry. Najkrótszą trasą z Rzeszowa, niewiele ponad dwieście. Niby blisko, a po dotarciu na miejsce, ma się wrażenie, jakby człowiek cofnął się ze dwie dekady w czasie.

Na Zakarpacie pojechaliśmy na motocyklach. Przez Słowację i granicę w Ubli. Znajomi, którzy ruszyli na majówkę samochodem przez Krościenko, stali na polsko-ukraińskim przejściu kilka godzin, my na pustej granicy spędziliśmy kilkanaście minut. Plus ich trasy jest taki, że jakiś czas temu zakończył się remont drogi H13 i od Krościenka do obwodu zakarpackiego śmiga się po nowym asfalcie.

Motocykl enduro na Ukrainie to rozwiązanie doskonałe. Drogi bywają tu bowiem różne, a ta z Krościenka stanowi raczej wyjątek. Te, które na mapach Google biegną żółtą kreską, zazwyczaj mają asfalt, czasem dość znośny, a czasem przypominający ser szwajcarski. Taki z naprawdę dużymi dziurami.

Te pociągnięte białą kreską, to w najlepszym przypadku szutry, po których motocyklem śmiga się z uśmiechem na gębie, a samochodem pewnie z zaciśniętymi zębami. Choć w sumie nie wiem, czy zaciskanie zębów na wybojach, to jest dobry pomysł.

Zobaczcie zresztą sami:

Kolej Zakarpacka

Do motocykli jeszcze wrócimy, tymczasem krótko o atrakcjiach północnego Zakarpacia, dla których warto wytłuc się po dziurach te kilkadziesiąt kilometrów.

Pierwsza to Kolej Zakarpacka. Już dawno przylgnęła do niej łatka „najpiękniejszej linii kolejowej północnych Karpat”. W sumie nic dziwnego. Odcinek między Wołosiankami, a leżącą na granicy z Polską miejscowością Sianki, ma zaledwie osiemnaście kilometrów. Pociąg pokonuje go w czterdzieści minut, przejeżdża w tym czasie przez sześć tuneli i dwadzieścia siedem wiaduktów, a różnica poziomów wynosi trzysta siedemdziesiąt metrów. W linii prostej to pewnie niewiele, kilka minut z buta wolnym marszem, ale postawcie to w pionie. Będzie z dwanaście dziesięciopiętrowców. Robi wrażenie, nie?

Sama jazda to też niezła frajda. Jest na co pogapić się przez okno. Czego za nim nie ma. Dzika przyroda, zapomniane wsie widziane z pozycji drona, malownicze krajobrazy, jeszcze bardziej malownicze krajobrazy, uśmiechnięci zawiadowcy stacji i poważni strażnicy, którzy pilnują tuneli przed niespodziewaną inwazją, pewnie ze wschodu. Mają nawet karabiny.

Większość pasażerów to turyści, wszyscy się więc przez te okna gapią. A że rozsuwają się one zaledwie na kilkadziesiąt centymetrów, to nawet śmiesznie to wygląda. Na zakrętach można ogarnąć cały skład wzrokiem, widać wtedy rząd głów powciskanych w te wąskie szczeliny. Przypominają trochę kury na farmie wyciągające szyje do podajnika z jedzeniem. I wcale się nie nabijam, sam ostro dziobałem.

Warto wsiąść w pociąg, który startuje z Wołosianek o godz. 13. Podobno to jedyny, który w Siankach kończy trasę i po kwadransie postoju wraca z powrotem. Można to wykorzystać zostawiając samochód na stacji początkowej. Albo autokar. Widzieliśmy kilka aut na polskich blachach i dwie duże zorganizowane wycieczki. Autobus miał na burcie namiary na firmę z Leska, więc jakby ktoś chciał wybrać się na ukraińskie Zakarpacie w ten sposób, to już wiecie co wstukać w googla.

POLECAMY: Czarnohora. W chatce u Kuby

Poza turystami pociągiem jeżdżą miejscowi. Są dzieciaki ze szkolnymi plecakami, są romskie dziewczyny z dziecięcym wózkiem, w którym zamiast rozdartego  bachora, pełno jest jakichś tobołów, jest koleś w dredach rozciągnięty w najlepsze na twardym siedzeniu i pogrążony w równie twardym śnie. Tylko mu bose stopy wystają w wąskim przejściu, trzeba więc uważać, żeby nie trącić i chłopaka nie zbudzić.

Nawet maszynista go nie tyka. Reszcie sprawdza bilety, po czym zaprasza nas do lokomotywy. Tu to dopiero są widoki. Jest też blaszana puszka pełna petów i święty obrazek z Maryjką, która czuwa nad tą piękną podróżą.

Zatem jest fajnie, a w dodatku, jak za darmo. Bilet na odcinek pomiędzy Wołosianką, a Siankami kosztuje piętnaście hrywien. W obie strony. W przeliczeniu na złotówki wychodzi koło dwójki.

Stary dąb Dziadek

Czas na atrakcję numer dwa. Jest  przyrodnicza i zrobiła na nas wrażenie większe niż stare cerkwie rozsiane po regionie (choć te oczywiście również warto odwiedzić).

Jadąc z Wołosianek na zachód, po kilkunastu kilometrach, w miejscowości Zhornawa, trzeba odbić na prawo. Asfalt będzie jeszcze przez chwilę, później przechodzi w całkiem niezły, szutrowy gościniec. Celem jest Stużica, wioska malownicza, lecz ukryta jakby na samiutkim końcu świata.

Od innych malowniczych wiosek Zakarpacia wyróżnia ją jedna rzecz – rosną tu dwa prastare dęby. Ten starszy nazywa się po prostu Dziadek, a jego wiek szacuje się na jakieś tysiąc dwieście lat. Robi wrażenie. Żeby go znaleźć trzeba dojechać aż do cerkwi, Dziadek wyłoni się tuż za nią.

Tuż obok drzewa stoi sklep, w którym, jak to w ukraińskich, wiejskich sklepach, znajdziecie wszystko, czego trzeba do przeżycia. Na wprost za starą wagą pełna półka gorzały, jest chleb, są konserwy, zimne piwo i lodówka pełna lodów. Są też dwa wielkie stoły i drewniane ławy. Można konsumować na miejscu. Cały czas z myślą, że to wszystko dzieje się ze dwadzieścia lat temu. Co najmniej.

Putin – виродок

Myśl ta zresztą towarzyszy nam na każdym kroku. Na przykład jak patrzymy na to, co jeździ po zakarpackich drogach. Samochody jakby wydarte z najgłębszych zakamarków zapomnianego szrotu, ciągniki, które od tych na polskich drogach dzielą jakieś lata świetlne (o ile w ogóle zobaczycie ciągnik, na Ukrainie są przecież jeszcze KONIE). albo wynalazki przypominające kosiarki do trawy z podpiętymi do silnika kołami. Te ostatnie ciągną za sobą drewniane wozy. I mają co najmniej dwa biegi. Jak takie coś wyjeżdża na asfalt, to woźnica łapie za wajchę, słychać głośne traaaach i cały skład gwałtownie przyspiesza. Do jakichś dziesięciu kilometrów na godzinę.

Kosiarek do trawy, takich prawdziwych, chyba za to nie ma wcale. I to jest takie piękne. Podwórka toną w dzikich trawach, chwasty pną się w najlepsze, a zieleń daje po oczach, jak na polaroidowych zdjęciach. Kozy, krowy i inne zwierzęta szaleją ze szczęścia, widać to po ich szelmowskich uśmiechach. I  pewnie dają dużo mleka.

POLECAMY: Operacja Odessa. W królestwie zdarzeń irracjonalnych

Może zabrzmi to banalnie, ale Ukraina jest wyjątkowo malownicza. Kolejowe przejazdy, wykładane mozaiką przystanki autobusowe, drewniane wychodki doskonale wklejone w piękno otaczającej je przyrody. Normalnie, nie możemy się napatrzeć.

Nawet graffiti nabazgrane na ścianie sklepu w centrum Wołosianek nie psuje wrażenia. No bo brzydkie jest, to fakt, ale co oni tam nawypisywali. Na przykład, że Putin to виродок. Pierwsze widzę takie słowo, wklepuję w translator i jest: ZARAZEK. Normalnie, poezja.

Ludzie i ludziska

A ludzie? Ludzie na Ukrainie są wspaniali. Nie wierzcie w te wszystkie brednie klepane przez półgłówków w wyklętych koszulkach i ruskich trolli śliniących się z nienawiści na klawiatury. Ukraińcy to, Ukraińcy tamto. Pobiją, okradną i całą pracę zabiorą. Granicę do Sanu przesuną, Przemyśl wezmą we władanie. Pewnie, i co jeszcze?

Ukraińcy to tacy sami ludzie, jak wasi kumple, sąsiedzi czy znajomi z pracy. Jedni lubią się pomodlić, inni lubią się napić. Babcia pod cerkwią pokaże drogę, ale najpierw się uśmiechnie i powie Bóg z wami. Chłopaki pod sklepem zaproponują zimną wódkę, przybiją piątkę i trzeba będzie odstawić czym prędzej motocykle i pić z nimi, dopóki właściciel znajdującego się obok hotelu nie wyjdzie, żeby wszystkich posłać w diabły. Bo przecież goście śpią, a jest już grubo po północy. Wszystko w klimatach peace & love raczej, a nie marszu Prawego Sektora po Lwowie.

Choć jak to ujął Wołodia: Wszędzie są ludzie i ludziska. W miejscu, gdzie spaliśmy poznaliśmy ekipę zajmująca się wydobyciem gazu. Przywitali nas z otwartymi rękami, tylko jeden miał jakiś problem z Polakami. Doszło nawet wśród nich do małej przepychanki. Ten, który okazał się ludziskiem, walkę przegrał, dostał na drogę porządnego kopa i musiał zamknąć się w swoim pokoju. Z pozostałymi zaszyliśmy się w baraku. Była zimna gorzałka, domowe zakąski i polsko-ukraińskie rozmowy o życiu i śmierci. Wiadomo, to zawsze kończy się na takich tematach.

* * * * *

PS. Nocleg w Wołosiankach znajdziecie tuż przy głównej drodze. Hotel nazywa się Li An, serwuje niezłą kuchnię (jedliśmy tam dzień w dzień), a warunki noclegowe też są ponoć niezłe (to opinia znajomych). Druga opcja to oddalona kilkadziesiąt metrów od głównej drogi (zjeżdża się w bok przy hotelu) Górska Baza Użok, gdzie spaliśmy. Standard niezły. Ceny w obu miejscach – dwieście hrywien za osobę. Wychodzi niecałe trzydzieści polskich złotych.

PS2. Atrakcji w tej części Zakarpacia jest oczywiście więcej, ale my głównie jeździliśmy. I o tym, na koniec tej historii, będzie kilka następnych zdjęć.

 

Grzegorz Król

Grzegorz Król

Ostatnio jeździł motocyklem po Bałkanach, ale nic o tym nie napisał. Robi Peron4 i bardzo lubi podróże.

Komentarze: (1)

Mirek 22 maja 2018 o 16:11

Potwierdzam. Ukraina jest bardzo ciekawa, a ludzie przyjaźni.

Odpowiedz