Urugwaj, wciśnięty pomiędzy wielką Argentynę i jeszcze większą Brazylię, zdaje się nie mieć żadnych kompleksów w stosunku do swoich potężnych sąsiadów. Porteños z naprzeciwka, czyli mieszkańcy Buenos Aires, nieustannie wmawiali mi, że to argentyńskie steki są najsmaczniejsze, argentyńska mate najzdrowsza, a z całej Argentyny – oczywiście Buenos jest najwspanialsze. Tymczasem po drugiej stronie La Platy, w niewielkim Urugwaju, pierwsze pytanie jakie mi zadano to Chcesz coś zjeść?, a zaraz potem Czego się napijesz?. Bienvenidos a Uruguay, witajcie w Urugwaju!

Pierwsze, co rzuca mi się tutaj w oczy, to ludzie z przyklejonymi do dłoni małym, okrągłym, drewnianym naczyniem – czyli matero i termosami trzymanymi pod pachą. Sława yerba mate dotarła do Polski, napisano o jej cudownych właściwościach niejeden artykuł, a profesjonalne zestawy do jej picia i parzenia można bez problemu zamówić u nas przez internet. Jednak nie sposób zrozumieć fenomenu mate, dopóki nie przyjedzie się do Urugwaju.

Mate i smak kropli żołądkowych

Picie mate w Urugwaju to styl życia. Rano, zamiast śniadania – mate. Skutecznie budzi i hamuje głód. W Montevideo podczas przerwy na lunch panie bizneswoman maszerują z mate w dłoni. Na prowincji listonosz jedną ręką prowadzi skuter, a drugą trzyma mate. Kierowcy ciężarówek mają nawet specjalne pudełka do trzymania yerby, termosu i torebki suszu. Tak, żeby podczas hamowania nic się nie rozlało.

Urugwajczycy nie rozstają się z mate prze cały dzień, a że należy ją zalewać wielokrotnie, matero często towarzyszy termos do dolewania gorącej wody ze specjalnie profilowanym małym dziubkiem. Muszę przyznać, że z każdym kolejnym zalaniem mate smakuje lepiej, to znaczy – mniej gorzkim popiołem, a więcej zieloną herbatą. Sprzedawana w półkilogramowych lub kilogramowych torebkach jest dość tania, a więc dostępna dla każdego, bez względu na zasobność portfela. Jej picie tutaj to niepisany rytuał i gdy ktoś częstuje cię, podając matero z wystającą metalową słomką zakończoną u dołu sitkiem – czyli bombillą, to znak, że jesteś mile widzianym gościem. W takiej sytuacji nie wypada odmówić.

Innym napojem, który zaserwowano mi w Urugwaju, jest Fernet Branca. Co ciekawe, Fernet przybył do Ameryki Południowej z Włoch, a ten pity w Urugwaju jest Hecho en Argentina, bo tylko dwa kraje, Włochy i Argentyna, go produkują. I choć latynoską ojczyzną tego trunku oraz różnych drinków na bazie Fernetu jest Argentyna, to również w Urugwaju przedstawia się go jako „lokalny przysmak”.

Federico częstujący mnie tym specyfikiem powiedział, że Fernet albo się uwielbia, albo się go nienawidzi. Mocny, gorzki likier o smaku kropli żołądkowych, na pewno działa kojąco na problemy z trawieniem, czego nie mogę powiedzieć o moich kubkach smakowych. I żadna ilość coli czy lodu tu nie pomoże. Ale cytując klasyka – de gustibus non est disputandum. Jedno jest pewne, gdyby w Argentynie czy Urugwaju dopadły mnie problemy z żołądkiem, nie muszę szukać apteki. Wystarczy pójść do baru.

Asado – maczo w kuchni

Teren dzisiejszego Urugwaju w XVIII wieku stanowił fragment Wicekrólestwa La Platy. Ta hiszpańska kolonia obejmowała wówczas swoim zasięgiem także Argentynę, Paragwaj i Boliwię, a jej żyzne gleby okazały się idealne do wypasu bydła. W ten sposób na nizinnych, trawiastych równinach, narodziła się pasterska kultura gauczów, czyli takich kowbojów, tyle że nie z amerykańskich prerii, a z tutejszej pampy.

Polecamy: Baranina z baraniną, czyli kuchnia po kirgisku

To właśnie za sprawą gauczów i w Urugwaju, i w Argentynie, kultywuje się tradycyjne asado czyli grilla, na którym królują steki wołowe. Nie mają one nic wspólnego z naszymi rodzimymi kawałkami mięsa, utaplanymi do granic możliwości w przyprawie Kamis. Latynosi przyprawiają swoje steki jedynie solą i pieprzem, a jeśli ktoś mieszka w bloku i nie ma gdzie grillować, to przyrządzi je na ruszcie w piekarniku dodatkowo smarując cienką warstwą oleju. I już.

Asado to typowo męskie zajęcie. Io ile w kulturze macho chłop nie będzie stał przy garach, to mięso wołowe zawsze panowie potrafią naprawdę dobrze przyrządzić, daję słowo.

Pierożki i kopytka

Kolejnym lokalnym przysmakiem są empanadas, czyli pierożki z ciasta francuskiego nadziewane szynką, serem, mięsem bądź warzywami. Chociaż piekarnie sprzedają je zwykle jako zimną przekąskę, to warto poprosić o ich podgrzanie. Gdyby Stawka większa niż życie była kręcona w Ameryce Łacińskiej, to kultowe tajne hasło brzmiałoby: Najlepsze empanadas z serem i cebulą są w Colonii del Sacramento. A tajna odpowiedź to: Anna lubi je o każdej porze roku.

Pozostając w temacie urugwajskich obiadokolacji nie sposób nie wspomnieć o ñoquis, czyli niewielkich kopytkach lepionych z mąki i ziemniaków. Ñoquis to – podobnie jak Fernet – włoski wynalazek, który przybył do Ameryki Łacińskiej na przełomie XIX i XX wieku, wraz z falą wielkiej emigracji. Wtedy to kilkanaście milionów Włochów zostawiło za sobą ojczyznę nękaną bezrobociem i epidemiami cholery i udało się do Ameryki Południowej w poszukiwaniu lepszego jutra. W ten sposób pierwotne gnocchi przechrzczono tu na ñoquis.

Z dostępnością tej potrawy jednak różnie bywa, ponieważ z reguły jada się ją tylko w dwudziesty dziewiąty dzień każdego miesiąca. A stoi za tym następująca historia: pod koniec miesiąca, gdy każdy wydał już swoją wypłatę i czeka na nadchodzącą pensję, gospodynie przetrząsają spiżarki w poszukiwaniu resztek zapasów. Znajdują jedynie trochę mąki, trochę ziemniaków, kilka pomidorów i kawałek starego sera. Z mąki i ziemniaków przygotowują ñoquis, z pomidorów – sos do nich, a całość posypują tartym serem. Pod talerz wkładają zaś jedno peso, które ma przynieść jedzącemu bogactwo. Monetę trzeba trzymać w portfelu i nie wolno jej wydać, bo ma ponoć podobne działanie jak u nas łuska z wigilijnego karpia. Tak więc należy zjadać ñoquis do końca i zaglądać pod talerz, natomiast jeśli ktoś dorobi się przezwiska ñoqui to w Urugwaju oznacza, że z niego leń, nierób i kartofel.

Deser z Paysandu

Zachodnią granicę kraju wyznacza koryto rzeki Urugwaj, a nad nim rozciąga się miasto portowe Paysandu. Mieścina wielkości Pabianic, tutaj stanowi jeden z największych ośrodków miejskich w kraju. Nazwę Paysandu zapamiętałam w kontekście chajá de Paysandú con durazno, czyli przepysznego deseru, który jest robiony tylko i wyłącznie tutaj, i stąd rozprowadzany po całym Urugwaju.

Chajá to kawałek ciasta biszkoptowego w kształcie sześcianu, w środku biszkoptu znajdują się kawałki brzoskwini (durazno), a z zewnątrz otacza go krem i gruba warstwa pokruszonej bezy. Bezskutecznie usiłowałam odkryć tajniki produkcji tego smakołyku, może dlatego, że za szybko szła mi jego konsumpcja.

W kategorii Desery Ameryki Łacińskiej chajá de Paysandú, to niewątpliwie número uno.

Gaucho słodko-kwaśny

Martin Fierro jest tym dla Argentyńczyków, kim dla Francuzów – Roland, a dla nas – pan Tadeusz. Tymczasem w Urugwaju Martin Fierro to nie tylko gaucho z epopei, ale także słodko-słona przekąska składająca się z kawałka sera Colonia z plasterkiem dulce de membrillo.

Ser Colonia to zwykły żółty ser, na moje oko latynoski krewniak mazdamera. Natomiast membrillo to pigwa, a dulce de membrillo to dosłownie słodycz z pigwy. Nie jest to ani dżem, ani galaretka i nie znalazłam w kuchni polskiej żadnego odpowiednika, do którego mogłabym ten wynalazek porównać. Z pokrojonej, obgotowanej pigwy, dużej ilości cukru i startej skórki cytryny powstaje pomarańczowo-różowa maź, którą następnie należy upiec w piekarniku. Finalny produkt jest sprzedawany w formie wałków, które można kroić nożem, a na upartego i rozsmarować na pieczywie. Łagodny ser idealnie przełamuje mocno słodki smak dulce de membrillo, mogę więc z czystym sumieniem powiedzieć, że Martin Fierro to dość egzotyczny, ale całkiem zjadliwy wynalazek.

* * * * *

W Gwatemali obowiązkowo spróbowałam frijoles i platano frito, w Peru – ceviche i mate de coca, a w Chile jadłam zupę z małży. Jednak to kuchnia niepozornego Urugwaju, w połączeniu z ogromną gościnnością jego mieszkańców, najbardziej mi zasmakowała i zapadła w pamięć.

Gdy Urugwajczycy zapraszają na asado, częstują mate albo marihuaną, to znak, że pierwsze lody zostały przełamane. I chociaż hodowla konopi indyjskich może nam pachnieć kryminałem, to tu w Urugwaju każdy obywatel ma prawo do posiadania sześciu krzaków na własny użytek. Ale to już już zupełnie inna historia.

Ania Napieralska

Ania Napieralska

Łodzianka z zamiłowania i zamieszkania, absolwentka Wydziału Nauk Geograficznych na UL, pilot wycieczek. Uwielbia słuchać opowieści, łazić po górach i dachach, literaturę faktu i dobry street art. Przejechała solo Amerykę Łacińska od Gwatemali po Ziemię Ognistą i od tej pory tam wraca, na przykład, by uczyć małych Kolumbijczyków angielskiego, zdobywać ekwadorskie wulkany i tańczyć salsę.

Komentarze: (1)

Paulina 26 września 2017 o 12:55

Aż żałuję że nie uda mi się odwiedzić Urugwaju. Może następnym razem;)

Odpowiedz