Dlaczego WARTO pojechać do Iranu? (cz. II) – Tabriz
Dlaczego WARTO pojechać do Iranu? Przeczytajcie drugą część relacji z naszej podróży, którą odbyliśmy w lipcu 2011 roku. Opisuję w niej przygody w trakcie pobytu w Tabrizie.
W samej informacji turystycznej spotkaliśmy oczywiście sławnego Nassera, z którym rozmawialiśmy jednak w większości w języku angielskim. Polską mowę, jak wspomniałem pod koniec pierwszej części opowieści o Iranie, Nasser zna „zajebiście” (jak sam nieskromnie podkreślał ;)), wielokrotnie też używając mowy Mickiewicza i Słowackiego wyrażał dezaprobatę dla tak niepopularnego na Zachodzie rządu) ale dla płynności konwersacji, nie nadużywaliśmy tej znajomości.
Skąd u Irańczyka znajomość języka polskiego, tak w ogóle, można by zapytać? Ano Nasser wiele lat mieszkał w Niemczech, gdzie był w związku z Polką. Chciał jednak na stałe zamieszkać w Iranie, co dla kobiety z Polski (całkowicie ją rozumiem!) było nie do przyjęcia, tak więc wybranka jego serca jest Iranką.Sam Nasser jest swego rodzaju poliglotą, bo mówi także biegle w innych językach, jednakże – jak sam powiedział – z wspomnianego wyżej powodu chętniej pomaga Polakom (których już trochę przed nami tu było o czym świadczą wpisy w księdze pamiątkowej).
- Wnętrze Błękitnego Meczetu w Tabrizie. (Fot. Bartek Borys)
- Wnętrze trzyosobowego pokoju w Barg Guest House. (Fot. Bartek Borys)
W biurze informacji turystycznej pijemy herbatę, a zabiegany Nasser pomaga w międzyczasie podróżnikom z Australii, Rumunii i Włoch. Nam poleca nocleg w Barg Guesthouse i zaprasza nas do siebie, gdy już się ogarniemy z naszymi rzeczami i odświeżymy.
Nocleg w poleconym nam miejscu kosztował 150 tys. riali (ok. 37,50 zł) za pokój trzyosobowy (nie było już wolnych dwójek) i był całkiem przyzwoity i czysty, idealny dla osób, takich jak my, którym wystarczy łóżko i prysznic.
Dementuję w tym miejscu plotki, jakoby nie będący małżeństwem/rodziną obcokrajowcy dwóch przeciwnych płci nie mogli wynająć wspólnego pokoju. Nie było z tym problemu w żadnym miejscu, w którym byliśmy. W Barg Guesthouse jedynym minusem był prysznic, za który każdorazowo trzeba było zapłacić 20 tys. riali (ok. 5 zł).
Czas połazić po Tabrizie
Po prysznicu nie tracimy czasu na odpoczynek i ruszamy cieszyć się naszym pobytem w Tabrizie. Spacerujemy okolicznymi ul. Ferdousiego i Chomeiniego, a w jednym ze sklepów kupujemy piwo Istak. Tak, alkohol jest w Iranie nielegalny i zakupione przez nas piwo również takie było. Nie oznacza to jednak, że nie można się go napić. Będziemy mieli też taką okazję w Esfahanie, gdyż wielu ludzi trudni się produkcją alkoholu. Produkować go mogą również przedstawiciele mniejszości religijnych uznanych przez państwo, czyli m.in. chrześcijanie (w Iranie są to głównie Ormianie) czy też Żydzi, jednak tylko we własnym gronie, do którego wstępu nie mają muzułmanie.
Po krótkim relaksie w parku Khaquani zwiedzamy Błękitny Meczet, będący muzeum. Piękne niebieskie mozaiki robią wrażenie, lecz jako skala ich wybrakowania sprawia, że jest to też w pewnym stopniu ponure miejsce.

Wystawa rzeźby w Azerbaijani Museum w Tabrizie. Przerażający obraz ludzkiego cierpienia. Ta rzeźba przedstawia główd. (Fot. Bartek Borys)
W okolicy oglądamy również ratusz miejski, remontowany meczet Arg-e-Alishah, a później zwiedzamy Muzeum Azerskie (Azerbayijani Museum). Największe wrażenie zrobiła na mnie wystawa współczesnych rzeźb, makabrycznych i przerażających, pokazujących ludzkość dotkniętych tragicznymi wydarzeniami, takimi jak głód i wojny, a także nawiązującym w pewien sposób do historii Iranu i pokazujących więźniów politycznych (w zmyśle władz, tych przetrzymywanych przez tajną policję szacha – Savak, w zamyśle przynajmniej niektórych widzów, w tym naszych, a także – być może i autora – także obecnych więźniów politycznych, nie akceptujących islamskiego rządu).
Zmęczeni zwiedzaniem postanawiamy też zrobić coś dla naszych pustych (nie licząc piwa) żołądków. Najpierw jemy kebab – nic specjalnego, ciekawa natomiast jest irańska wersja coca coli, czyli zam-zam. Można też dostać oryginał, rozlewany w Iranie na licencji amerykańskiej, jak widać niechęć do wszystkiego co zachodnie jest w tym kraju w pewien sposób wybiórcza. Dostępna jest także pepsi i jej miejscowy odpowiednik – Parsi. Tym co było jednak naprawdę warte uwagi są irańskie lody w wafelku o smaku, który przypominał mi budyń. Są słodkie jednak zdecydowanie godne polecenia i warte spróbowania (a nawet więcej – wielokrotnego degustowania).
W drodze na spotkanie z Nasserem zaczepia nas oczywiście wiele osób, ale z jedną z nich – będącym już, tak na oko, pod siedemdziesiątkę – Mehruzem. Od typowej rozmowy przeszliśmy na kwestie polityczne, stosunku USA do Iranu, wobec czego zaprosił nas na herbatę, byśmy mogli kontynuować konwersację. Chociaż trudno powiedzieć, żebyśmy to my ją kontynuowali, gdyż 99 % mężczyzn, których poznaliśmy w Iranie, nie odzywało się do Marysi i zazwyczaj na nią nawet nie patrzyło. Nie odczuwałem w tym jakiejś pogardy a raczej… pewien nawyk do traktowania obcych kobiet jak powietrze.
Sam Mehruz okazał się ciekawym człowiekiem jednak, jak się wkrótce okazało, był też sprzedawcą dywanów, który chciał nas namówić na zakup czegoś w swoim sklepie. Niemniej jednak wyjście z nim na herbatę było świetnym pomysłem, bo miejsce do którego nas zaprowadził było jednym z tych, do których nigdy nie trafisz w obcym mieście, jeśli ktoś miejscowy cię tam nie zaprowadzi. Boczna uliczka bocznej uliczki, schody w dół, kafelki na ścianach, stoły i krzesła a’la stołówka, Najwyższy Przywódca na ścianie, kryształowy żyrandol, sami okoliczni mieszkańcy jedzący tu posiłki i dyskutujący przy herbacie. Ech, nawet nie pamiętam, na jakiej to było ulicy.
Ten nasz pier… rząd
Po rozstaniu z Mehruzem, lekko rozczarowanym naszym niezainteresowaniem kupnem dywanu (wielokrotnie jeszcze będziemy tłumaczyć, że tak, dywan piękny, ale naprawdę, podróż, plecaki, mało pieniędzy, studenci, a nie bogate dzieciaki z Europy Zachodniej płacące za colę i chipsy kartą zbliżeniową, że jak my byśmy go zabrali, że kurier przecież za drogi, ale tak w ogóle to przecież nas nie stać, jak już wcześniej wspomnieliśmy, i tak dalej, i tak dalej), my zadowoleni z nowego doświadczenia, spotykamy się ponownie z Nasserem. Cieszymy nasze uszy językiem polskim w jego wydaniu, na samo wspomnienie o „chrząszcz brzmi w trzcinie…”, czy też „ten nasz pierdolony rząd islamski… (krótka pauza…) kurwa pedały” łza się kręci w oku.
Rozmawiamy o naszych planach i za namową Nassera decydujemy się skrócić nasz pobyt w Tabrizie i zamiast dwóch, spędzić tam tylko jedną noc. Poleca nam też biuro podróży, które sprzedaje bilety autobusowe na trasy międzymiastowe (można je kupić oczywiście na dworcu, ale po co jechać na koniec miasta), gdzie kupujemy dwa bilety na autobus do Esfahanu. Płacimy 160 tys. riali od osoby (ok. 40 zł), co jak na odległość ok. 900 km i podróż w komfortowych warunkach, z darmowym ciastkiem i sokiem, klimatyzowanym autobusem marki SCANIA po autostradzie z trzema pasami ruchu w każdą stronę, nie jest wygórowaną kwotą.
Razem z Nasserem udajemy się do kafejki internetowej (są znane tutaj jako coffee – net), gdzie dzięki genialnemu portalowi CouchSurfing udaje nam się poznać Mahdiego, który zgodził się nas gościć, wraz ze swoją żoną Yasaman, w swoim mieszkaniu w Esfahanie, przez kilka najbliższych dni.
W międzyczasie kupiłem również irański starter do telefonu z sieci Iran Cell (60 tys. IR, ok. 15 zł, z czego 5 zł na rozmowy i sms-y). Nie było z tym żadnych problemów, musiałem jedynie pokazać sprzedawcy mój paszport i podpisać kilka papierków, oczywiście w farsi. Tutaj taka uwaga – starteru z numerem nie można kupić wszędzie, w większości sklepów są jedynie doładowania, trzeba pójść do swego rodzaju „salonu” danej sieci.
Nas o jej lokalizacji poinformował pracownik kawiarenki internetowej. Sprzedawca w ‘salonie’ Iran Cell nie znał w ogóle języka angielskiego, jednakże i tak bez problemu, z uśmiechem na ustach, udało nam się wszystko załatwić. Najwięcej problemów miał z zapisaniem moich danych osobowych na umowie, ale z pomocą przyszła moja irańska wiza wklejona w paszport, gdzie wszystkie dane, łącznie z imieniem i nazwiskiem, są w farsi.




