Antarktyda to nie tylko kupa lodu - zaskakujące jak dużo życia jest na tym mroźnym kontynencie, jaka różnorodność, jaka walka. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Antarktyda to nie tylko kupa lodu – zaskakujące jak dużo życia jest na tym mroźnym kontynencie, jaka różnorodność, jaka walka. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Gdy otrzymałem propozycję płynięcia z Katharsis na Antarktydę, mowę mi odebrało i nie wiedziałem jak się zachować. Mityczny, trudno dostępny Biały Kontynent – na niesamowitym jachcie, z polską załogą i doświadczonymi żeglarzami! Mówi się, że z Antarktydy człowiek wraca odmieniony. Trudno powiedzieć, zobaczymy jeszcze… Na razie przed Wami kilka słów o tej przygodzie.

Ushuaia nazywana jest końcem świata, ale świat wcale się nie kończy w tym miasteczku. Dalej jest jeszcze malutkie Puerto Williams w kanale Beagle’a i słynny Przylądek Horn. A potem około pół tysiąca mil morskich burzliwych wód Cieśniny Drake’a do Półwyspu Antarktycznego. Wiatry wiejące w pasażu osiągają niewyobrażalne prędkości i to sztormy przerywane są dniami dobrej pogody, a nie odwrotnie. Niskie temperatury, zetknięcie ze sobą dwóch oceanów, silny prąd i ryzyko napotkania gór lodowych… To wszystko składa się na obraz jednego z najtrudniejszych żeglarsko miejsc na Ziemi.

W ciągu 400 lat, od momentu odkrycia tej drogi na Pacyfik, na dnie legły dziesiątki ogromnych żaglowców, a żony dziesiątek tysięcy marynarzy już nie doczekały się ich powrotu do domu. Ładownie pełne złota Inków oraz innych cennych towarów, smukłe kadłuby mniejszych i większych statków z potrzaskanymi na drzazgi masztami i rejami… Cały podwodny świat na głębokości czterech kilometrów. Tego już nikt nie sięgnie ani nie policzy. Wystarczy chyba napisać, iż 30 tysięcy ofiar, których przysporzyła budowa Kanału Panamskiego musiało być opłacalną stawką za rezygnacje z konieczności żeglugi przez Horn. Nam także Drake pokazał kawałeczek ze swej potęgi.

Bryzgi kolejnej fali lądują na mojej twarzy. Zimno. Stóp prawie nie czuje, po trzech godzinach wachty jestem już zmęczony. Na zegarku dwudziesta trzecia, jeszcze tylko jedna godzina… Najzimniej jest w ręce. Mokre od słonej wody rękawice nie grzeją wcale. Wiatr osiąga prędkość czterdziestu węzłów – to już sztorm. Jachtem rzuca na wszystkie strony, niektórzy chorują. Nikt nie oczekiwał, że będzie łatwo i przyjemnie. Ma być pięknie. I jest, chociaż widzi się to dopiero po czasie.

Moment dobrej pogody w cieśninie Drake'a. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Moment dobrej pogody w cieśninie Drake’a. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Nikt nie zapiera się nogami o pokład i nie ciągnie lin. Teraz naciska się guziki, a ster trzyma Czesiek – autopilot. Tylko raz musieliśmy sterować ‘ręcznie’. Po wachcie schodzimy do kajuty. Pod pokładem jest cieplutko i przyjemnie, tak, że można chodzić t-shircie i na bosaka. Nijak się to ma do wypraw odkrywców takich jak Sheckelton, Scott czy Amundsen, o których rozmawiamy często na początku rejsu, z niedowierzaniem i uznaniem kręcąc głową. Ale zupełnie nie o to nam chodzi, chyba dla większości z nas sam fakt dotarcia na Biały Kontynent jachtem jest spełnieniem marzeń.

Po trzech dniach płynięcia na horyzoncie pojawia się ląd. Antarktyda, a konkretnie Wyspa Króla Jerzego należąca do archipelagu Szetlandów Południowych. Gdy podpływamy bliżej, naszym oczom ukazuje się biel lodowców. Do jachtu podpływają ciekawskie foki, pod dziobem figlują pingwiny. Ale dużo większe wrażenie robią pływające góry lodowe. Ja widzę je po raz pierwszy. Niektóre małe, niepozorne, a inne wielkości stadionów, wystające ponad pięćdziesiąt metrów ponad powierzchnie wody. Giganty.

Kotwice rzucamy późnym wieczorem w Zatoce Admiralicji. Na brzegu widać światełka polskiej stacji badawczej im. Henryka Arctowskiego. Wielu z nas od dawna chciało się tu pojawić, na takim ostatnim „skrawku” Polski.

Integracja z załogą stacji to trzy kolejne dni wyjęte niemalże z życiorysu. Nasze przybycie zakłóciło rytm pracy stacji. Na co dzień ciężko pracujący pracownicy dali się nam porwać – impreza taneczna w rytmach disko polo do białego rana to nie jest coś, co zdarza się tu co czwartek. Generalnie, cała atmosfera na stacji zrobiła na mnie niesamowite wrażenie. Młodzi, dopiero co po studiach ludzie, profesorowie z uczelni, złote rączki, wreszcie zimownicy, czyli Ci, którzy zostają na całą zimę zamknięci w bazie…

Tych ostatnich jest najmniej, większość pakuje manatki już niedługo. W bazie zostaje siedem osób. To głównie zakapiory, trochę tacy jak w Bieszczadach kiedyś. Tak mi się właśnie kojarzą. Niektórzy z brodami, przenikliwymi, błyszczącymi oczami i pasemkami siwych włosów. Każdy z nich ma swoją opowieść. Jedni chętnie snują anegdoty, do innych trzeba podejść, zapytać o coś, polać… Pasjonaci. Jakby zawieszeni między normalnym życiem w domu, w miastach, a egzystencją w surowym klimacie Antarktydy. Ostatnio i tak jest lepiej, bo jest telefon i nawet wolny Internet, więc kontakt z bliskimi jest większy.

Kotwica poszła w końcu w górę, a życie na stacji pewnie wróciło do normy. Do załogi Katharsis dołączył Piotrek, młody chłopak po leśnictwie, który pracował na stacji przez ostatnie szesnaście miesięcy i teraz zamierza podróżować po Ameryce Południowej, z plecakiem, namiotem… trochę tak jak ja. Nie mógł rozpocząć swojej podróży lepiej, a dzięki jego wiedzy wszyscy dowiadujemy się więcej na temat tego, co nas otacza. Cichym marzeniem Piotrka po szesnastu miesiącach w lodzie jest zobaczenie drzewa ;)

Pod wieczór znaleźliśmy się w okolicach Deception Island, jednego z najczęściej odwiedzanych miejsc przez turystyczne statki na Antarktydzie. Jest to zatopiona kaldera wulkanu, którego status można by było określić jako ‘uśpiony’ lub ‘w spoczynku’, ale za to ‘z realnym ryzykiem ponownej erupcji’. To więcej niż prawdopodobne, iż któregoś dnia weźmie i wybuchnie :) Cytując plan ewakuacji z Deception Island autorstwa Grupy Państw Zarządzających tym ciekawym skrawkiem Antarktydy – „Wszystkie statki obecne w zatoce podczas erupcji wulkanu powinny niezwłocznie opuścić wyspę, idealnie po zabraniu na pokład wszystkich turystów przebywających na lądzie”. Zawsze powtarzałem, że najważniejsze to mieć dobry plan!

Termalna zadymka na Deception Island. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Termalna zadymka na Deception Island. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Ciepło, jakie wytwarza wulkan, spowodowało, że wyspa zlodowacona jest jedynie w sześćdziesięciu siedmiu procentach, co rzuca się w oczy od razu. Do wnętrza dużego atolu można wpłynąć przez wąski przesmyk między skałami. W środku niegdyś mieściła się baza wielorybników New Sandefjord, która w samych latach 1912-13 operowała ponad dwudziestoma pięcioma statkami służącymi do połowu, przekraczając liczbę pięciu tysięcy oprawionych wielorybów. Następnie powstały tu bazy naukowe należące, z których część została jednak zniszczona lub ewakuowana jakiś czas temu. Jedynie Argentyna i Hiszpania w lecie prowadzą tutaj jeszcze badania. Do dziś jednak można oglądać imponujące zbiorniki na tran i pozostałości po późniejszych budynkach baz, które dzięki niskiej temperaturze zostały zachowane w całkiem niezłym stanie. Inną atrakcją wyspy są ciepłe gazy, które podgrzewają wodę przy plaży.

Kilku turystów zdecydowało się rozebrać i wskoczyć do wody, ale po czasie ich kąpieli można było wywnioskować, że mimo wszystko zbyt gorąco się nie czują. Będą jednak mogli opowiadać wnukom jak to Antarktydzie pływali. Nam ostatecznie, mimo chęci co to niektórych osób, nie udało się wykąpać, bo jak mieliśmy piękną pogodę przez cały dzień, to po powrocie ze zwiedzania wczesnym po południem, nagle zaczął padać śnieg i zrobiło się nieprzyjemnie. Ja więc będę opowiadał wnukom, że tylko widziałem takich, co to pływali na Antarktydzie.

Kuba Fedorowicz

Kuba Fedorowicz

Zawsze powtarzał, że trzeba iść własną drogą - i robił to konsekwentnie. Odbył samotna podróż autostopem po Ameryce Łacińskiej - swoje Grand Tour, uwielbiał sporty, ruch, działanie. Swoją ziemską wędrówkę zakończył 6 marca 2012 roku.

Komentarze: 3

rangzen 28 lutego 2011 o 9:18

było sie stopem tu i tam, ale za taką akcje szacun pełen… :) jak Ty namierzyłeś te łajbe stary?

Odpowiedz

rangzen 28 lutego 2011 o 9:46

zajrzałem na bloga i już wiem :) jakaś cząstka mnie wolała tego nie czytać, bo teraz cały dzień będę myślał jak tu się znów gdzieś wyrwać…

pozdrawiam autora i cały peron

Odpowiedz

Kuba Fedorowicz 28 lutego 2011 o 16:57

wymarzyłem sobie ją :] przypadków nie ma :P

Odpowiedz