W Kirgistanie sport ten nazywa się kokburu i znaczy „szary wilk”. Gra jest piękna w swojej prostocie. Chodzi o to, żeby wydrzeć przeciwnikowi truchło kozy i wrzucić je do bramki. I już. Są oczywiście obrońcy, napastnicy i środkowi, ale w ogólnym zamieszaniu ciężko nieraz ocenić, kto jest kim.

Pamiętacie Rambo III?  Oczywiście, że pamiętacie. Film – kopalnia wiedzy na temat ludzkiej psychiki, rzemiosła wojennego, stosunków międzynarodowych, oraz oczywiście Azji Centralnej.

Tym z was, którzy jednak nie pamiętają, przypomnę: John Rambo udaje się z misją ostatniej szansy do Afganistanu. Ma wyciągnąć z ruskiego pierdla swojego byłego dowódcę i przyjaciela. Nie chce, ale musi. Na początku historii nasz bohater trafia do małej afgańskiej wioski, gdzie zaprzyjaźnia się z tubylcami przy herbacie, imponując im charakterem i determinacją. Jednak prawdziwy mir zdobywa sobie, gdy nagle, zupełnie z głupia frant, przyłącza się do gry w buzkaszi (oczywiście wygrywa wszystko). Cóż to była za scena i jakie wrażenie zrobiła na mnie – dziesięciolatku! Dość powiedzieć, że po piętnastu latach pojechałem do tego Afganistanu, chcąc zobaczyć jakieś zawody buzkaszi. I nic.

Na szczęście okazuje się, że gra, w której zawodnicy na koniach próbują trafić martwym kozłem do okrągłej bramki, jest popularna wśród wszystkich koczowniczych ludów Azji Centralnej. A największymi specjalistami od koni w regionie są jak wiadomo Kirgizi (nie powtarzajcie tego Turkmenom).

W Kirgistanie sport nazywa się kokburu i znaczy „szary wilk”. Niektóre tłumaczenia mówią o niebieskim wilku, ale nawet w tym rejonie świata nie występują drapieżniki tego koloru. Trzeba przyznać że nazwa afgańska – buzkaszi – jest o wiele bardziej precyzyjna, gdyż oznacza dosłownie „wydzieranie sobie kozy”.

Gra jest piękna w swojej prostocie. Chodzi o to, żeby wydrzeć przeciwnikowi truchło kozy i wrzucić do bramki. I już. Są oczywiście obrońcy, napastnicy i środkowi, ale w ogólnym zamieszaniu ciężko nieraz ocenić, kto jest kim. Jest nawet sędzia, który powinien poskramiać co gwałtowniejsze starcia.

Trzeba przyznać, że to szalenie dynamiczny i widowiskowy sport, bez przestojów i grania na czas. Na pewno miałby wysoką oglądalność w Europie, gdyby nie dość brutalne obchodzenie się z końmi, które doprowadziłoby do zawału wielu miłośników zwierząt.

Co ciekawe, konie do kokburu są sprowadzane właśnie z Europy, między innymi z Polski. Zwykłe kirgiskie wierzchowce są ponoć za małe i za słabe na ten rodzaj wysiłku.

Piłka jest kozą, a bramki są dwie. Trzeba mieć sporo krzepy, żeby podnieść jedną ręką ważące dwadzieściaparę kilogramów truchło, ale jak widać zawodnicy to nie ułomki. Mają też twarde głowy. Zwierzę, któremu gotuje się okrutny los bycia piłką w grze, jest pozbawiane głowy, lecz nie wnętrzności. Po meczu mięso jest oddawane potrzebującym.

To kontaktowy i bolesny sport. Zawodnikom zdarza się zlecieć z konia, wylecieć w górę, dostać nahajką po głowie, o pięściach nie wspominając. Jeszcze gorzej obrywają zwierzęta, ale ta ogólna brutalność zdaje się nie robić większego wrażenia zarówno na sportowcach, jak i ich wierzchowcach. Mało tego, jeśli jeździec spadnie w końskie kłąbowisko, jego specjalnie trenowany parzystokopytny przyjaciel zasłoni go własnym ciałem.

W Kirgistanie istnieje profesjonalna liga kokburu, składająca się z ponad dwudziestu drużyn. Oglądamy specjalny mecz rozgrywany w dniu niepodległości.

A skąd nazwa? Do dzisiejszego dnia nie są rzadkie przypadki, gdy wilk porywa owcę ze stada. Wtedy pasterze rzucają się w pościg za złoczyńcą i, jeśli go złapią, podrzynają mu gardło. Dalej można się już domyśleć. Z braku wystarczającej dostępności wilków łatwiej grać kozą. Dodajmy jeszcze, że za upolowanie wilka pasterz cieszył się szacunkiem u pobratymców i zainteresowaniem wśród płci pięknej. Dziś zdecydowanie lepiej wyjdzie się jednak na byciu zawodnikiem kokburu. :)

Jakub Rybicki

Jakub Rybicki

Fotograf, dziennikarz, podróżnik, kolekcjoner dziwnych czapek. Jeździ po świecie w poszukiwaniu prawdy, dobra i piękna. Więcej zdjęć na jakubrybicki.pl.

Komentarze: (1)

KArol Werner 15 marca 2016 o 16:13

Świetne zdjęcia. Jak bardzo żałuję, że podczas innych zawodów w Kokburu nad Issykkulem miałem praktycznie niesprawny obiektyw i nic specjalnego z tego nie wyszło :(

Odpowiedz