Przejście Islandii pieszo zdobyło w Polsce wielką sławę. Co roku ktoś ogłasza „pierwszy polski trawers”, w opisach dominują trudności i przeszkody. Rzeczywistość jest troszeczkę inna, chociaż to faktycznie niełatwe.

Pierwsza trudność to informacje. W Internecie jest kilka poświęconych islandzkim trawersom stron (głównie po angielsku). Łatwo je wygooglać, więc nie podaję. Ich autorzy są przekonani o swoim pierwszeństwie, natomiast, jeśli popytać Islandczyków – przechodzenie Islandii wzdłuż, wszerz lub po przekątnej (tak, jak pęknięcie pomiędzy Europą i Ameryką) jest powszechne. Miejscowi chodzą grupami, często z przewodnikiem, na wielu trasach można wykupić komercyjną wycieczkę gdzie plecaki przewożone są samochodem. Jedzenie wysyła się do schronisk autobusami lub łodziami. Ludzie wynajmują postawione po drodze domki.

Wybierając się na Islandię pieszo nie odkrywamy wcale Ameryki i nie wytyczamy całkiem nowych szlaków. Co nie zmienia faktu, że przeważnie będziemy sami, że trasa długa, klimat surowy, a do cywilizacji zwykle daleko. Czy warto? Myślę, że tak. Mi się tam bardzo podobało.

Szłam sama, przez cztery tygodnie od połowy czerwca do połowy lipca. Ponieważ wyszłam wcześnie, miesiąc przed głównym sezonem, nie wszystko było jeszcze możliwe, ale bardzo mnie to nie martwiło. To piękny, nieprzewidywalny kraj. Ludzie, z którymi rozmawiałam powtarzali zgodnie, że idąc przez Islandię lepiej nie mieć sprecyzowanych planów. O tym, czy coś się uda, czy nie i tak zdecyduje pogoda. Topiące się śniegi, wichury, błoto, deszcz, wzbierające rzeki. Kiedy świeci słońce jest tam niewyobrażalnie pięknie, kiedy wieje i pada bywa ciężko.

Bezpieczeństwo

Islandczycy nigdy nie chodzą pojedynczo. Samotnik naraża się na pytania wszystko w porządku? w podtekście zwariowałeś? Ostrożność wynika z nieprzewidywalnej pogody, z ryzyka przekraczania rzek, z oddalenia od cywilizacji (szczególnie w miejscach niepopularnych i niedostępnych samochodem, jak np. zachodnie fiordy, bo na typowych trasach bywa sporo samochodów, bywają rowerzyści) i z pewnego rodzaju przyzwoitości, która nakazuje nie narażać innych na nieprzyjemności związane z akcją ratunkową. Pomoc jest na Islandii darmowa, ale zajmują się nią wolontariusze. Czyli ktoś je niedzielny obiad, a tu dzwonią, że turystę poniosła rzeka…

O niefrasobliwości przyjezdnych krążą legendy. – Oni nic nie rozumieją – mówią miejscowi, – jak piszemy: „prosimy nie podróżuj samotnie”  to naprawdę, dlatego że to ryzykowne, że potem my musimy delikwenta ratować. A mógłby sam… Nas jest mało, a turystów tysiące… Nie damy rady.

Islandczycy zawsze mają ze sobą telefon satelitarny, GPS-a i SPOT. Często ma je przewodnik grupy. Trudno mi było wytłumaczyć, że ja sobie radzę bez nich nawet w trudnym i skomplikowanym terenie. Pokazałam jak odnajduję ścieżkę czy bród i dopiero wtedy zostałam zaakceptowana. Z tym, że ja chodzę po bezdrożach od lat. Nauczyłam się szukać odcisków racic czy stóp. Złamanych traw, trąconych kamieni. Najbardziej logicznej, najłatwiejszej drogi. Czasem sama jestem zdziwiona, że znajduję. Mam wrażenie, że wielokrotnie, powtarzalnie zdarza mi się cud. Lubię ten proces dogadywania się z naturą, ale to nie dla każdego. Islandia to też nie najlepszy kraj żeby się uczyć. Zbyt wielki, zbyt pusty.

Najbardziej niebezpieczne (poza lodowcami) są rzeki. Lepiej je przechodzić grupami, mocno się nawzajem trzymając. Zawsze tam gdzie nurt rozlewa się najszerzej. Stopy powinny szurać po dnie – oderwanie którejś może spowodować utratę równowagi. Pasy plecaka powinny być odpięte – bo tak się go łatwiej pozbyć w razie porwania przez prąd. Lodowcowe rzeki są mętne – warto sprawdzać głębokość kijkiem. Spieniona górska rzeka może porwać człowieka nawet, jeśli ledwo sięga kolan, spokojne rzeki przechodzi się bez problemu pomimo głębokości aż do majtek – problemem bywają ruchome piaski, które nie dają stopom żadnego oparcia. Wpada się w to i nie wiem jak się w razie czego ratować. W rzekach o piaszczystym dnie lepiej uważać przy każdym kroku, tego płynnego piasku nie widać. Można go tylko wyczuć stopą. Przy brodach samochodowych bywają ostrzeżenia – quick sand. Pola kurzawki trafiają się też poniżej śniegów, w miejscach okresowo zalewanych, na polach lawowych zapada się to czasem tworząc wielometrowe dziurska (myślę, że nie pod pieszym, tylko pod samochodem).

Niektóre rzeki – blisko ujścia przechodzi się przy odpływie, w tych spływających z lodowców najpłycej jest nocą i rano, kiedy słońce wolniej topi śnieg. Wody bardzo przybywa po deszczach, ale na to nie mamy wpływu.

W razie kłopotów w wielu miejscach jest telefoniczna sieć. Pojawia się częściej niż można by się spodziewać, nawet kilkadziesiąt kilometrów od cywilizacji. Jest na wysokich przełęczach, bywa w okolicach dróg, blisko wybrzeża. Pomimo tego lepiej liczyć tylko na siebie i nie ryzykować bardziej niż trzeba.

Mapy

Islandczycy noszą wielkie szczegółowe mapska, ale nie dowiedziałam się skąd je wziąć. Idąc w długą trasę raczej nie warto, bo to ogromne laminowane płachty, a trzeba by ich mieć kilkanaście. Ja poradziłam sobie niosąc mapę w skali 1;500000 (1 centymetr to 5 kilometrów!) dostępną w Sklepie Podróżnika za jedyne 25 zł. Świetnie się sprawdzała jako osłona palnika przed wiatrem.

Interesujące mnie fragmenty wydrukowałam wcześniej z Internetu, jedną niezłą mapkę kupiłam na miejscu. Szczegółowe i przydatne mapy można często uzyskać za darmo w punktach informacji turystycznej. Pokrywają teren dwóch, trzech dni i pokazują wytyczone niedawno piesze szlaki, oznakowane tyczkami, ale często jeszcze niewydeptane. Jest ich mnóstwo i w przeciwieństwie do dróg dla terenowych samochodów (nimi zwykle poruszali się ludzie, których opisy czytałam) wyprowadzają w trudny i różnorodny teren. Przecinają pola lawowe, chadzają po gorących geotermalnych obszarach (fajnie iść przez nie samemu bez tłumu turystów okupujących drogi, ale łatwo tam wdepnąć we wrzątek), przez łąki zarośnięte po pas, po skałach, po piargach i po bagnach. Wymagają solidnych górskich butów, bez których można się obyć korzystając z dróg.

Krótki przewodnik po bezkresach Czukotki

Tereny gdzie nie wytyczono szlaków przeszłam z kompasem, też bez problemu, czasem znajdowałam tam pojedyncze kopczyki i fragmenty ścieżek. W rejonach rolniczych bywają trudne do pokonania płoty, spotykałam je głównie na północnym i południowym wybrzeżu, blisko cywilizacji.

W czerwcu i na początku lipca w wysokich górach (i w zachodnich fiordach) trafiały się duże pola stromego śniegu. Niektóre były mocno zlodzone, czasem najlepsze wyjście to obejść.

Jeśli korzystacie z drukowanych map przyjrzyjcie się uważnie legendzie. Na wybrzeżu ścieżki czasem narysowano na oceanie. To takie, które przechodzi się tylko przy odpływie (czyli są dwie szansy na dobę). Na niektórych mapach (np. świetnej, darmowej rowerowej) są zaznaczone brody. Jeśli ich nie ma, miejsce może być nieprzekraczalne pieszo, pomimo tego, że można je pokonać samochodem (np. takim na ogromnych oponach, jak od traktora). Domki opisane w legendzie jako schroniska górskie mogą być pozamykane na klucz i może tam nie być żadnej obsługi. Chatki zaznaczone jako ratunkowe są zwykle (ale też nie na 100 procent) otwarte i zaopatrzone w telefon ratunkowy. Zwyczajowo nie używa się ich poza skrajnymi sytuacjami (załamanie pogody, awaria namiotu, wypadek, choroba). Jednej nie dałam rady otworzyć, przechyliła się i drzwi się zacięły. Jednej zaznaczonej na mapie nie było.

Na rowerowej mapie zaznaczono również miejsca kąpielowe (fajne, bo z ciepłą geotermalną wodą) i sklepy w terenie, poza miejscowościami.

Ubranie

Islandia jest mokra, wietrzna i zimna, ale nawet tam bywa ciepło. Około szesnastu, siedemnastu stopni. Mi się to niestety zdarzyło raz. Padało przez mniej więcej połowę dni. Wiało bez przerwy. Chmury są bardzo niskie, dosłownie się ocierają o grunt stąd często idzie się we mgle. Bywa sucha lub mokra, ale z reguły jest chłodna.

Miałam ze sobą:

dwie ciepłe bluzy z Powerstretch pro, dwie koszulki z wełny, dwie pary legginsów z powerstretch pro, bieliznę osobistą na zmianę i kostium kąpielowy, plus- czapkę, szalik, rękawiczki i dwie pary grubych skarpet na zmianę. Konieczne są rzeczy od deszczu. Przydała mi się bardzo wiatrówka.

Zabrałam lekkie górskie buty i buty do przechodzenia rzek, przydałyby się też skarpety z neoprenu – woda ma ok. dwóch stopni, a brody bywają szerokie na kilkaset metrów.

Bywały dni kiedy miałam to wszystko jednocześnie na sobie (poza np kostiumem kąpielowym :)). Bywały noce, kiedy spałam w mokrym, chociaż na szczęście pomimo zamoczenia zewnętrznego powerstretcha ten wewnętrzny (i na nogach, i na ciele) pozostawał w zasadzie suchy, poza mankietami.

Szalik służył mi za uszczelkę. Inaczej woda spływająca po twarzy wlewała mi się w dekolt i ściekała do majtek. Z suszeniem w warunkach namiotowych jest ciężko. Skarpety, mankiety suszyłam gorącym kubkiem (z herbatą czy z zupą). Ubranie tylko na sobie.

Zabrałam miękkie gąbkowe wkładki do butów, które o dziwo okazały się genialne w procesie suszenia – wciągały wodę i jeśli się je kilkakrotnie wyżęło buty robiły się przyjemnie suche. Na chwilkę oczywiście, bo proces moczenia jest na Islandii ciągły…

Jedzenie

Islandia jest droga, ale podobnie jak w Norwegii, można tu spokojnie przeżyć, rezygnując z niektórych rzeczy.

Najtańsze są supermarkety Bonus. Ceny w innych bywają od 30 do 50 procent droższe, a niektórych produktów może tam nie być. To nie jest jakiś ogromny problem, coś niedrogiego znajdzie się i tam.

Na Islandię wolno legalnie wwieźć tylko trzy kilogramy jedzenia. Nie wolno suszonego mięsa, więc tym razem go nie jadałam. Kupowałam wiórki kokosowe, ziarno sezamu, słonecznika, pestki z dyni, orzechy nerkowca i włoskie (inne były droższe). Tanie są duże opakowania rodzynek- używałam ich zamiast cukru. W Bonusach są suszone warzywa (po ok. 10 zł za 100 g) – ja z nich gotuję zupę i dosypuję do kasz.

Sery żółte kosztują od 1400 do 1800 koron za kilogram i są raczej niesmaczne (jadłam i tak). Masło jest solone i bardzo smaczne (kupowałam jakiś rodzaj masmiksa w plastikowych opakowaniach po 400 g za 400 koron), suszone ryby są pyszne, niektóre rodzaje są mniej drogie niż inne. Najlepiej smakują z masłem – warto je wziąć, bo taka ryba to prawie samo białko. Z wędliny spróbowałam tylko parówek (dostałam paczkę) – smakowały baraniną.

W sklepach jest sporo kasz, często polskich. Ja jadam głównie płatki owsiane (wystarczy je zalać wrzątkiem). Kilogram kosztuje od 1000 do 2000 koron (tańszych szukajcie na półkach z mąką, nie z musli).

Zużyłam jedną półkilogramową butlę z gazem. Butle z Bonusa mają taki sam gwint jak te od Primusa czy MSR-a, ale inną głębokość zaworu. Żeby się dostać do gazu, trzeba zdjąć z palnika gumową uszczelkę (tą dużą tuż nad gwintem) i wkręcić go bardzo mocno (uszczelka będzie znów potrzebna, kiedy zechcecie użyć typowego gazu, więc lepiej jej nie zgubić). Gotowałam w przedsionku namiotu osłaniając palnik laminowaną mapą. Na dworze się w zasadzie nie da.

Piłam wszystkie rodzaje wody. Z rzek, z jezior, z kałuży (tę przegotowałam), z roztopów. Na polach lawowych zwykle nie ma wody, weźcie to pod uwagę planując przejścia.

Na wyżynach w zasadzie nie ma sklepów. Wszystkie punkty gdzie można cokolwiek kupić zaznaczono na mapie rowerowej. Znaczek „sklep” nie zawsze oznacza jedzenie, ale można ponegocjować. W strategicznych sytuacjach warto tam wcześniej zadzwonić. Zdobycie jedzenia jest jednym z największych islandzkich problemów, więc lepiej to dobrze przemyśleć. Nigdzie po drodze nie widziałam gazu z gwintem, na stacjach benzynowych, na kempingach, nawet w hotelach bywa przebijany.

Noclegi

Na Islandii namiot, podobnie jak wszędzie w Skandynawii, można rozbić gdzie się tylko chce. W praktyce to ograniczone, bo bagno, bo stromizna, bo skały. Kempingi są częste i nie bardzo drogie. Kosztują od 1000 do 2000 koron. Od czego zależy cena, nie odkryłam. Czasem zawiera nieograniczoną ilość ciepłej (geotermalnej) wody, nawet basen, kuchnię, miejsce do suszenia, piękne łazienki, a czasem to tylko miejsce na trawie, wcale niekoniecznie skoszonej.

Zabrałam ciepły śpiwór puchowy (z 700 g najlepszego puchu) raz było mi w nim za ciepło, dwa razy chłodnawo (byłam zmęczona i mokra, a akurat upiornie wiało).

Instrukcja obsługi fińskiej chatki

Miałam solidny dwupowłokowy namiot (zamiast typowej dla mnie pałatki). Używałam zwykłych szpilek (najwyżej dociśniętych kamieniem), jednego odciągu – służy mi głównie do uziemiania składanego czy stawianego namiotu (lubi uciekać). Namiot dzielnie trzymał się na wietrze, chociaż czasem strasznie łomotał. Pod koniec lekko przeciekał (weźcie taśmę klejącą), a podłoga zaczęła pić wodę (warto ją przed wyjazdem zaimpregnować, stawia się na mokrym lub na bardzo mokrym). Szczęśliwie zawsze spałam na przyjaznym podłożu, nawet na polach lawowych bywają płaty mięciutkiego mchu.

Na Islandii nie ma niebezpiecznych zwierząt. Nie ma też komarów, ale są hordy much. Warto zabrać ze sobą moskitierę, zwłaszcza w czerwcu. Jedzenie trzeba dobrze chować. Liski polarne tylko czekają żeby coś skubnąć nocą.

Katarzyna Nizinkiewicz

Autorka Wędrówek Pirenejskich oraz bloga Kocham Góry. Współwłaścicielka firmy Kwark, projektant mody i ubrań sportowych.

Komentarze: 6

Michał Nowak 25 lipca 2016 o 23:15

Czy wpis jest małym pstryczkiem w nos Łukasza Supergana ? ;)

Odpowiedz

    Kasia Nizinkiewicz 27 lipca 2016 o 21:10

    Nie jest :) Mam nadzieję, że Islandia się Łukaszowi spodoba. Wyjechał kilka dni po moim powrocie mieliśmy tylko chwilkę żeby pogadać, ale z tego co napisał na moim blogu wnioskuję, że ma raczej zdrowe podejście. Przygotowując swój wyjazd musiałam przebić się przez wiele zaskakujących opisów, napisałam ten tekst chcąc tego oszczędzić Wam.

    Odpowiedz

Tomek 26 lipca 2016 o 16:44

Kartusze gazowe nakręcane, z „dobrą wysokością gwintu”, można bez problemu kupić na stacjach benzynowych „N1”. Trochę wagowo różnią się, od tych popularnych u nas. Są 2 rodzaje – chyba ? 220g i 440g. Trochę chyba różnią się jakością gazu. Bo powinno wystarczyć, a brakło :( Może przez ten wiatr? Wydmuchiwało ciepło pomimo osłony :( Jedyny pożytek z wiatru jest taki, że jak wieje to jest mniej much ;)
Zabrałem ze sobą wzmacniane śledzie namiotowe. Ale czasami grunt bywał taki twardy ,że nie dało się ich wbić.

Odpowiedz

    Kasia Nizinkiewicz 27 lipca 2016 o 21:16

    Dzięki, dobrze wiedzieć. Butla z Bonusa była z kolei nad podziw wydajna. Byłam zdziwiona.
    Tylko raz trafiłam na tak twardy grunt, szpilki weszły płytko i trochę musiałam powalczyć.

    Odpowiedz

Olka 26 sierpnia 2016 o 22:45

Wpis rewelacyjny – konkret – tak jak i na blogu ;) ale musze powiedzieć, że układ graficzny naprawdę wyeksponował tutaj absolutnie fantastyczne zdjęcia!

Pst
Uwielbiam zwłaszcza to tytułowe, takie 'puszczone oko' do czytelnika ;)

Odpowiedz

Marcin 28 marca 2017 o 17:03

Swietne zdjecia, przydatne informacje (co prawda nie wybieram sie na Islandie ale mieszkam w Irlandii i warunki wygladaja czasem podobnie). Dzieki.

Odpowiedz