Zabieram się do napisania o Kambodży co najmniej dziesiąty raz. Bo choć byłem tam tylko miesiąc i przebyłem wyłącznie ścieżki uznane za oklepane – pozostała w mej pamięci jakaś niepisana chemia, która nie pozwala skrzywdzić tego kraju choćby kilkoma źle dobranymi słowami. Bo Kambodża to miejsce mistyczne.

Zawsze zatłoczone przejście graniczne w Poipet. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Zawsze zatłoczone przejście graniczne w Poipet. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Mimo, że wiedza przeciętnego Polaka o Kambodży ograniczona jest do skojarzeń z filmami wojennymi, głodującymi dziećmi, a co bardziej ogarnięty wspomni kilka epizodów ciemiężnej historii, w świadomości backapackerów jest to miejsce już mocno wyeksploatowane.

Faktycznie przemysł turystyczny rozwija się tu kwitnąco i przemieszczanie się po kraju, jak również korzystanie z podstawowej infrastruktury turystycznej, nie stanowi najmniejszego problemu. Wystarczy mieć w kieszeni zwitek dolarów (mogą być też riele).

Dla podróżnika, który dotrze do Kambodży na trasie swojej pierwszej wyprawy, natręctwo wszelkiej maści naganiaczy schodzi niejako na drugi plan. Bo Kambodża jest tak absolutnie inna od wszystkiego co znało się do tej pory. Dodać muszę, że piszę z perspektywy podróżnika, który odwiedził jedynie kilka azjatyckich krajów, z wyraźnymi brakami w postaci pobliskiej Birmy i Laosu, a mój punkt odniesienia stanowić mogą jedynie ościeżna Tajlandia oraz Wietnam, na których to tle państwo Khmerów funkcjonuje ewidentnie jak młodszy, zacofany w rozwoju brat. Nie przeszkadza mi to jeszcze raz podkreślić, że Kambodża skradła moje serce ukazując dziką Azję tak, jak chciałem ją zobaczyć.

Codzienne życie na jeziorze Boeng Kak. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Tłok w świątyniach Angkoru

Kambodża to państwo względnie małe, przedostanie się ze wschodu na zachód (lub odwrotnie) nie powinno zająć dłużej niż jeden dzień. Największe zagęszczenie podróżnych występuje zdecydowanie w Siem Reap stanowiącym bazę wypadową do świątyń Angkoru. Angkor Wat to miejsce nie tylko stanowiące highlight całego kraju, ale i punkt drobnych, kilkudniowych wycieczek z pobliskiej Tajlandii, ukazujących to miejsce jako Kambodżę w pigułce – turystów tu zatem co niemiara.

Kolejno ex aequo plasują się stolica Phnom Penh oraz nadmorski kurort nazwany imieniem legendarnego już króla – Sihanoukville. Pozostałe miejsca na mapie można śmiało uznać za mało uczęszczane, co daje świetne pole do manewru dla chcących poznać prawdziwą Kambodżę.

Instrukcja obsługi Angkoru

W tym momencie chciałbym też poruszyć mały off-topic związany z dywizją, która przy okazji tematyki podróżniczej pojawia się irytująco często. Chodzi o podział na miejsca określane właśnie jako prawdziwe, czyli nietknięte turystycznym przemysłem, oraz te sztuczne i nadęte, przesiąknięte komercjalizmem, którymi to gardzą prawdziwi podróżnicy. Poniekąd podzielałem niektóre założenia tej teorii, jednak od kiedy zacząłem częściej bywać w trasie, widzę teraz że przytakiwanie jej jest w zasadzie brakiem akceptacji dla globalnego stanu rzeczy, który można opisać jako ekonomiczna wszechkultura.

Osobliwości spożywcze na targu w Battambang. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Osobliwości spożywcze na targu w Battambang. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Dlaczego miałbym uważać, że Angkor i Siem Reap to kiczowata sceneria dla codziennego przedstawienia turystycznego na tamtejszych ulicach? To, że nie wygląda to tak jak kiedyś (stały argument prawdziwych podróżników) jest oczywistą oczywistością.

Niestety, albo ku uciesze (czego pewna część globtroterskiej społeczności nie dostrzega), tak właśnie jest idea turystyki – czynienie miejsc dostępnymi. Przykłada się do tego każdy kto wyruszy w drogę – nawet Jacek Pałkiewicz eksplorujący dżunglę na Borneo, po nim przyjdą bowiem naśladowcy z pomysłem „Hej, zróbmy to jak Pałkiewicz”. Następnie powtórzą to kolejni, lokalni zwęszą biznes, postawią jakąś tanią noclegownię, interes zacznie kwitnąć, o miejscu napiszą w przewodnikach i po kilku latach wszyscy przybywający (z tymi samymi przewodnikami w ręku) będą narzekać jak skomercjalizowano to czy tamto miejsce.

Postawienie gdzieś pierwszego odcisku stopy już dawno niemal przestało być wykonalne, a obcość stanowi przecież cała sceneria: ludzie (co z tego, że w męczący sposób usiłują sprzedać pocztówki), budynki (co z tego, że ktoś przywiesił migający neon Restaurant) czy zwyczaje (co z tego, że na przedstawienia w lokalnych strojach sprzedaje się bilety za kilka dolarów, jeśli to jedyny sposób aby kultura przetrwała – niech tak będzie).

Higiena kambodżańskich targowisk powala. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Higiena kambodżańskich targowisk powala. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Innymi słowy: właśnie TO jest dzisiejszy świat, jeśli chce się go oglądać należy założyć nieco różowe okulary i być wdzięcznym lokalnym ludziom, że jest gdzie spać i jeść. Nie ma co dzielić miejsc na takie czy owakie.

A napisać to musiałem, bo Kambodża właśnie taka jest – w oczach wielu pojmowana jako kraj który dawno utracił opinię dzikiego, a wyruszające tam młokosy pozują na Indianę Jonesa. I dobrze – bo wystarczy kilka kilometrów od głównych traktów (nawet od Siem Reap) i poznać można zupełnie naturalną stronę tego pięknego kraju – biedną, zakurzoną, ale uśmiechniętą, gdzie wizyta białego człowieka ciągle jest atrakcją budzącą ciekawość i zdumienie.

Czas w Kambodży płynie wolniej

Standard życia nie porywa – dzieci bawiące się w śmieciach, prowizoryczne domy na palach, smród zgniłych resztek jedzenia – to wszystko tutaj jest. Jednocześnie, choć nie lubię przytakiwać książkowym frazesom, ludzie faktycznie zachowują się jakby po wielu latach niepokojów cieszyli się z takich banałów jak cisza, rodzinna kolacja czy drzemka w hamaku. Przecież kilkadziesiąt lat temu ich rodziców wywożono jak bydło na wieś, torturowano, głodzono, w szczęśliwych przypadkach przykuwano na kilka lat do łopaty.

Uliczny fryzjer w Phnom Penh. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Uliczny fryzjer w Phnom Penh. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Uwielbiam powtarzać hasło na temat zjawiska, którego doświadczyłem, gdy leżałem na plaży Otres w Sihanoukville, że w Kambodży czas płynie jakby wolniej. Jest to cecha wielu krajów o niskim standardzie życia, gdzie spieszyć się nie trzeba, bo i tak nikt nie jest zajęty robieniem kariery, jednak nietypowym jest doświadczyć tej osobliwości na własnej skórze.

Ludzie śpią krótko. Przebywają ze sobą do późnych godzin nocnych, wtedy zresztą na świat opada najbardziej błoga temperatura. A z rana wstają z pierwszymi promieniami słońca.

Gdy tylko świat zaczyna funkcjonować, na ulice wychodzą ubrani w pomarańczowe szaty mnisi, wędrując od domu do domu z prośbą o datki. Nikt nie odmawia i zawsze choćby 100 rieli ląduje w ofiarnej sakwie. Największe zdziwienie wzbudziła gromada chłopców prowadzących beach bar w Sihanoukville. Wieczorami dobitnie korzystali z wszelkich uciech życia, jednak tuż po wschodzie słońca już klęczeli przed mnichami przyjmując oczyszczające z wczorajszych występków błogosławieństwo. Religia, która za czasów horroru Demokratycznej Kampuczy była zakazana, z powrotem zbiera swoje żniwo.

Kiczowate billboardy dają po oczach. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Kiczowate billboardy dają po oczach. (Fot. Krzysztof Dopierała)

Czar Kambodży polega na tym, że mimo tego wszechobecnego ubóstwa, wiszących trwale w powietrzu makabrycznych historii, permanentnego chaosu i syfu – wszystko na przekór funkcjonuje. Ludzie mijają się na hałaśliwych skuterach bez uwzględniania reguł ruchu ulicznego, zakochane pary spacerują w stołecznym parku, wieczorami w Battambang miejscowi przemykają od sąsiada do sąsiada zaglądając do pozostawionych przed domem kotłów z kolacją.

Niewiele tu jest scen nadętych i nienaturalnych. Mimo, że coca-cola króluje na niezrozumiałych billboardach, a w telewizji rządzą kiczowate telenowele, kapitalizm w Kambodży jest tak pokraczny że zupełnie nie razi w oczy. Targowiska tętnią życiem od rana do wieczora oferując specjały o wątpliwych walorach higienicznych, wieśniacy suszą wyprasowane placki ryżowe na bambusowych kratownicach, a ludzie z pływających miast na jeziorze Tonle Sap, jak co dzień, posyłają swe pociechy do przeciwlegle dryfującej szkoły.

I co z tego, że jeden z drugim zagadną o one dollar? Przecież to takie inne, obce, fascynujące…

Krzysztof Dopierała

Logistyk z wykształcenia, podróżnik z zamiłowania. Mapa świata w pokoju daje mu kopa do ciągłego planowania. Może kiedyś objedzie glob rowerem? Albo opłynie łódkostopem?

Komentarze: 4

Andrzej Budnik 8 lipca 2011 o 2:01

Bardzo fajny tekst! :)

Odpowiedz

    janyugo 8 lipca 2011 o 9:13

    Takoż bardzo pochwalam – i za patrzenie, i za myślenie o tym co się widzi, i za pisanie. Lubię takie teksty, z których wynika coś więcej niż „tam jest inaczej”.

    Odpowiedz

Krzychu Dopierała 9 lipca 2011 o 8:12

autor skromnie dziękuję za słowa uznania!

Odpowiedz

Ula 3 grudnia 2011 o 22:14

Mi też się tekst bardzo spodobał, zwłaszcza fragment o odkrywaniu ‚nieznanego’, co już dawno nieznanym nie jest ;)

Odpowiedz