Siedzę w „salonie” hostelowego mieszkania studentów uniwersytetu w Aqrah. Jego ściany zdobią również trzy wymowne zdania: Kurdystan to nie Irak. Kurdystan to Kurdystan. Irak to Irak.

Kurdistan is not Iraq

Tylko raz w Iraku usłyszeliśmy: Welcome to Iraq – w niewielkiej chrześcijańskiej wiosce. Poza tym zawsze witano nas wesołym Welcome to Kurdistan! (Fot. (Norbert Skrzyński)

Przez uchylone okno na piętrze przeciskają się ostatnie tego dnia pomruki ulicy – szczęk opuszczanych rolet sklepowych i pojedyncze, podniesione głosy przechodniów. W dali słychać ujadanie psów i pohukiwania silników aut. Siedzę oparty plecami o ścianę, na której długopisami i flamastrami wypisane są wersety Koranu oraz zwroty Allah jest Wielki, Chwała Allahowi, Szukamy schronienia w Allahu, Proszę Allaha o przebaczenie…

Pod sufitem jaśnieje świetlówka kompaktowa – jej blade, białawe światło drażni oczy. Jestem bardzo zmęczony lecz zgromadzeni w pomieszczeniu mężczyźni nie pozwalają mi usnąć. Zaczepek i poszturchiwań nie ma końca, co rusz muszę podrywać z piersi ciężką od wrażeń głowę. Staram się nie „odpłynąć” na całego. Nogi krępuje siad po turecku, a dłonie szklaneczka z herbatą i kazachski papieros. W kącie telewizor donosi o bohaterstwie peszmergów („tych, którzy patrzą śmierci w oczy”) na froncie walki z Daesh – potwornymi reprezentantami quazi-państwa – ISIL, którzy nigdy nie stosowali dyplomatycznych i cywilizowanych środków perswazji. Peszmergowie są Bohaterami, każdy iracki Kurd to wie. Zresztą, nie tylko iracki.

Gospodarze wynieśli z pokoju stół – jednorazową ceratę, rozkładaną przed domownikami tylko na czas posiłków. Na skromnej wykładzinie została tylko taca z czajniczkiem herbaty, kilkoma szklaneczkami i cukiernicą z kostkami cukru. Milczenie przerywa pytanie, które słyszałem w Iraku wielokrotnie.

– Kurdystan good? – kilka razy dziennie upewniano się czy podoba mi się ta kraina.
– Good, good! Very good. Kurdish people are very good – potwierdzam z uśmiechem i uniesionym kciukiem.

Autostop w Kurdystanie - Irak 2012

Gdzieś pomiędzy Erbilem a Dahuk zabraliśmy się z pewnym arabskim policjantem. „Po drodze” zatrzymaliśmy się na poczęstunek w jego domu. Al – Shikhan, listopad 2012. (Fot. Norbert Skrzyński)

Nie kłamię. O gościnności Kurdów krążą legendy – nie ma w nich przesady. Nie mają własnego państwa ani reprezentacji narodowej w piłce nożnej, są jednak najprawdopodobniej najgościnniejszym narodem świata.

– Chciałbym pojechać do Polski… Potrzebuję wizy, prawda? – pada kolejne pytanie. Prędko studzę turystyczne zapędy. – Nie wiem ile kosztuje wiza, i jakie są formalności wjazdowe… To skomplikowane, bardzo skomplikowane… A masz w ogóle paszport?

Przecząco kręci głową. Zacznijmy od tego, że większość Kurdów irackich nie ma paszportów. Europę znają głównie z kanałów satelitarnych i opowiadań odwiedzających ich turystów. I czasem z relacji członków rodziny, którzy pracowali lub mieszkają w Europie – wielu z nich wraca do macierzy po latach emigracji.

Norbert Skrzyński w Kurdystanie

To chyba moje najlepsze zdjęcie z listopada 2012 roku. Autorem jest Jagoda. (Fot. Jagoda Petrzak)

Podróż autostopem przez iracki Kurdystan - foto

Oprócz dywanu na pace tej ciężarówki nie ma niczego „kurdyjskiego” – o wyborze tego zdjęcia zdecydowała myśl, że przewóz takich przedmiotów na północ regionu pod koniec 2012 roku, spowodowana mogła już być zagrożeniami ze strony dżihadystów na wschodzie Iraku. (Fot. Norbert Skrzyński)

Kurdyjski chlebek naan - zdjeęcia z iraku

Rozgrzany piec + poduszka + sprawna ręka + doskonale wyrobione ciasto = naan (tannour), najlepszy na świecie chleb. Dahuk, listopad 2012 (Fot. Norbert Skrzyński)

Kurdowie robią zdjęcia turystom z Polski

Wiele się zmieniło w Kurdystanie od 2012 roku. W miejscach publicznych jest zdecydowanie więcej flag i barw kurdyjskich, czuć i widać narodową dumę. Niezmiennie jednak „obcy z Zachodu” stają się celem obiektywów aparatów i telefonów. Dahuk, listopad 2012. (Fot. Norbert Skrzyński)

W drzwiach pojawia się kolejna zaskoczona moją obecnością postać. Pytający wzrok uspokaja dopiero sprawne tłumaczenie Kovana: – To mój kolega Norberto, wraca do Polski. Kilka tygodni temu spotkaliśmy się w Batifie. Jechał z przyjaciółmi na rowerach do Bandar-e Anzali w Iranie

Mogłem się domyślać, że to właśnie powiedział. Nie znam kurdyjskiego, ale potrafiłem rozróżnić w wypowiedzi: polanda, batifa, bisikleta, bandar-e anzali, ajran… Nowo przybyły wita się uściskiem dłoni, z niektórymi pocałunkiem w policzki „na dwa” i szerokim uśmiechem – wstaję by podać mu rękę. To oznaka szacunku nie tylko dla gospodarzy, ale i dla sytuacji w jakiej się znalazłem. Siedzę w „salonie” hostelowego mieszkania studentów tutejszego uniwersytetu. Jego ściany zdobią również trzy wymowne zdania: Kurdystan to nie Irak. Kurdystan to Kurdystan. Irak to Irak.

Iracki Kurdystan. Przepraszam, czy tu biją?

Przybyłem do Aqrah zaledwie kilka godzin wcześniej i rzeczywiście kierowałem się już w stronę Polski – mimo iż do lotu z Gaziantep w Turcji pozostawało zaledwie kilkadziesiąt godzin, Kovan namówił mnie bym został na noc i rano ruszył do granicy iracko-tureckiej. Nie musiał mocno namawiać – perspektywa wyskoczenia „na miasto” była bardzo kusząca. Chciałem zobaczyć wiekowy monastyr Kale, znajdujący się w północnej części miasta i staromiejskie kazby.

Do historycznej części Aqrah dotarliśmy pieszo. W tym kilkudziesięciotysięcznym mieście niemal wszędzie jest „pod górę”, również by dotrzeć pod miejscową atrakcję turystyczną – wodospad Sipa – trzeba się zdrowo napocić. Dlatego nie wdrapywaliśmy się już na widokowe wzgórze ponad Kale – zabrakło nam sił i chęci – miast tego, namówiłem chłopaków na odwiedzenie kościoła katolickiego, w nowszej części miasta.

To była niedziela wielkanocna, a w skromnej świątyni akurat skończyło się nabożeństwo. Stojący przed bramą tłum wydawał się być pobożnie rozemocjonowany – zastąpiono nam drogę, spytano o powód wizyty.

– Przyszedłem się pomodlić, jestem chrześcijaninem. To jest kościół, prawda? – Kazano czekać na księdza. Po kilku minutach upewniłem się czy krzyż, który widzę na szczycie budynku, oznacza to co zawsze.

– Ale, to jest kościół, prawda? Dom Boży? To ja idę się pomodlić. Nie jest mi potrzebny do tego ksiądz!

Moja niedowierzająca mina i pewny krok, nie pozostawiły żadnych złudzeń: on nie poczeka na księdza, wejdzie do środka i Bóg jeden wie co zrobi wewnątrz!. Kilka osób poszło za mną. Czułem zażenowanie i wstydziłem się przed moimi kurdyjskimi przyjaciółmi, że byli świadkami tej niezręcznej sytuacji – oto opowiadam im całą drogę, że dziś jest jedno z największych chrześcijańskich świąt, że jak nigdy mam chęć się pomodlić w kościele, i że sprawią mi ogromną przyjemność jeśli pójdziemy do niego wspólnie, a tu proszę: nieupoważnionym wstęp wzbroniony!

Kovan ma nieco ponad dwadzieścia lat i dziś był pierwszy raz w życiu w środku kościoła – podobało mu się. Nawet bardzo. Głównie za sprawą dziewczyn, które nie skrywały włosów pod chustami i ramion pod długimi rękawami. Jak poznać, że jest się w chrześcijańskiej dzielnicy kurdyjskiego miasta? Po dużej ilości damskich salonów fryzjerskich i sklepach z damską odzieżą z szeroko otwartymi drzwiami i odsłoniętymi witrynami. I oczywiście po kolorowych kasetonach reklamujących piwa Carlsberg i Tuborg. I po wiszących nad drzwiami wejściowymi krzyżach również.

Enishke. Marzec 2015.

Enishke jest jedną z kilkudziesięciu miejscowości w okolicy zamieszkałych przez Asyryjczyków. Tam po raz pierwszy spotkaliśmy chrześcijan. (Fot. Norbert Skrzyński)

Topola tabrizka - iracki Kurdystan

Topola Tabrizka, w Polsce znana jako Topola Włoska. Okolice Zaxo w prowincji Dahuk, północny Irak, marzec 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Maki kurdyjskie - foto

Białe, fioletowe i czerwone. Wiosenne maki kurdyjskie. Dereluk, marzec 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Ptak Kew zamieszkujący Kurdystan - foto

Kurdom brakuje państwowości i reprezentacyjnej drużyny w piłce nożnej. Mają jednak narodowego ptaka – kew często pada łupem łowczych. W Iranie tym ptakom stawiane są pomniki. Okolice miejscowości Batifa, północny Irak. Marzec 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Nasze poznanie się na początku marca było klasycznym przykładem kurdyjskiej reakcji na wędrowców. Szóstka rowerzystów stanęła, tuż przed zmierzchem, pośrodku niewielkiej miejscowości – potrzebowaliśmy tylko zjeść coś ciepłego i kawałka podłogi do przespania się. Nic więcej. Otwarto dla nas mały lokal z kanapkami na ciepło i kebabem. Po angielsku nie słyszeliśmy wiele ponad: Hello! How are you? What is your name?

Bawiąc się w kalambury uzgodniliśmy, że noc możemy spędzić w remontowanym lokalu obok restauracyjki. Ktoś zadzwonił po Kovana, bo najwidoczniej tylko on był w stanie się z nami porozumieć inaczej niż na migi. Przyjechał starą, bordową terenówką i postawił kontrpropozycję.

– Prześpijcie się w socjalnym pomieszczeniu na stacji benzynowej. To interes mojego taty.

Pewnie! Czemu nie? Przecież stacje benzynowe to doskonałe miejsca wypoczynku dla osakwowanych rowerzystów! Od słowa do słowa, z minuty na minutę, i im więcej osób się nami interesowało, sytuacja coraz szybciej wymykała się spod kontroli – ostatecznie tej nocy spaliśmy w rodzinnym domu Jaaferów. Napojono nas, nakarmiono, wykąpano i uprano. Wyspaliśmy się porządnie i o poranku pojechaliśmy dalej. Nie spowszedniały nam tego typu sytuacje, jednak przyzwyczailiśmy się już, że po zaproszeniu na herbatę, przeważnie pada również zaproszenie i na obiad, i na nocleg, i oferowana jest możliwość umycia się, czy skorzystania z pralki.

Innym razem, pewien anonimowy Kurd, sprowokował nas do dłuższego postoju nad brzegiem rzeki: po pół godzinie przywiózł domowy obiad, napoje i owoce.

– To jest Kurdystan, a ja jestem Kurdem. Jesteście naszymi gośćmi, nie możecie jechać dalej bez posiłku i odpoczynku! – tłumaczył swe zachowanie, które było konsekwencją bezskutecznego poszukiwania czynnego lokalu gastronomicznego w mijanej miejscowości.

Skoro nie można było nic zjeść w mieście, pojechał do swego domu i przywiózł obiad dla szóstki obcych ludzi! Taki jest właśnie Kurdystan. Tacy są właśnie Kurdowie.

– No chyba Cię po****ło? Do Iraku? – Najczęściej takie stwierdzenia słyszałem przed wyjazdem. Zmieniłem więc nomenklaturę: Pojechałem na rower do Kurdystanu. Nikogo nie mam zamiaru przekonywać by się tam wybrał na wczasy, ale ja do Kurdystanu z całą pewnością wrócę!

Góry w Kurdystanie - foto

Góry Kurdystańskie. Sheladiz, marzec 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Kurdyjski dywan

Bezwzględnie najważniejszym wyposażeniem kurdyjskiego domu jest dywan. Sheladiz, marzec 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Kurdyjski sklep

Przydrożny sklep spożywczy. Jest w nim wszystko co potrzeba: flaga Kurdystanu oraz prezydent i premier. Sprzedawcy przyniesiono obiad, a ten bez mrugnięcia okiem proponuje poczęstunek wprost ze swojego talerza. Welati Jori, marzec 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Barzan w północnym Iraku - podróż do Kurdystanu

Na urodzinach ojca prezydenta. Z miejscowości Barzan pochodzą ówcześni prezydent i premier Kurdystanu. Tam też 15 marca 1903 roku urodził się Mustafa Barzani (Papa Barzani, jak mówią Kurdowie) – minister obrony i dowódca armii Republiki Mahabadzkiej, państwa kurdyjskiego, które istniało od stycznia do grudnia 1946 roku. Barzan, marzec 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Barzan w kurdyjskiej części Iraku

W górnym rzędzie od lewej: Masud Barzani (prezydent), Mustafa Barzani, Nechirvan Barzani (premier, bratanek prezydenta). W dolnym rzędzie anonimowi agenci ochrony jednej z delegacji przybyłej na obchody urodzin Mustafy Barzaniego. Barzan, marzec 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Nila Zhen w irackim Kurdystanie - flaga

Kurdyjska flaga powiewająca przy wjeździe do miejscowości Bila Zhen. (Fot. Norbert Skrzyński)

Kurdyjskie dzieciaki - foto

Dzieciaki z kurdyjskiej miejscowości Galala. (Fot. Norbert Skrzyński)

Murak upamiętniający masakrę w kurdyjskiej Halabdży - foto

Mural upamiętniający masakrę w Halabdży. Świadkowie, którzy przeżyli chemiczny atak, wspominają roznoszący się w mieście zapach świeżych jabłek. Aqrah, kwiecień 2015 (Fot. Norbert Skrzyński)

Szewc z Kurdystanu w Iraku

– W Polsce nie ma szewców? – dopytywał rzemieślnik naprawiający moje buty. Aqrah, kwiecień 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Śniadanie w kurdyjskiej restauracji - Irak

Na śniadania w Kurdystanie jada się dużo nabiału, chleb barbati i obowiązkowo pije herbatę. Herbatę pija się cały dzień. Aqrah, kwiecień 2015. (Fot. Norbert Skrzyński)

Norbert Skrzyński

Norbert Skrzyński

Niespełniony geograf, ciągle dokonujący trudnego wyboru pomiędzy tym co robić lubi, a tym co robić musi. Z zamiłowania rowerzysta, czytelnik, obserwator, wielbiciel map. Radykalny przeciwnik bezmyślności. Ekstremalny zwolennik przemieszczania się.

Komentarze: Bądź pierwsza/y