Nigdy nie podpisywałem się pod twierdzeniem, że wielka sztuka bierze się z cierpienia. Sądziłem, że wartościowe dzieła mogą mieć źródło w bardzo różnych emocjach, również tych pozytywnych. Ostatnio jednak zastanawiam się, czy akurat w przypadku literatury podróżniczej większa dawka bólu nie jest konieczna, by autor czy autorka odsączył banał i przekazał coś godnego zapamiętania. Zacząłem o tym myśleć po przeczytaniu, w stosunkowo krótkim odstępie czasu, Po Bajkale Jakuba Rybickiego i Dobrej krwi Magdaleny Skopek.

Rdzeniem dzieła Rybickiego jest sportowy wyczyn. Wsiadł zimą na rower i przejechał po zamarzniętej tafli najgłębszego jeziora świata – od jednego końca do drugiego. Dobra krew to z kolei książka nade wszystko etnograficzna. Autorka spędziła kilka miesięcy wśród Nieńców, koczowniczego ludu zamieszkującego tundrę. Materiały do obu książek zbierano głównie na Syberii, choć gdzie Bajkał, a gdzie Półwysep Jamalski, na który udała się Skopek. Oboje autorów proponuje klasyczną dla literatury podróżniczej mieszankę autobiograficznych opisów, osobistych przemyśleń i informacji o otoczeniu. Oboje wzbogacają tekst o liczne i dobre zdjęcia. To jednak nie te podobieństwa doprowadziły mnie do wspomnianego we wstępie wniosku.

Obie książki są bowiem jeszcze podobne w tym, że długo nabierają rozpędu. Zanim Rybicki wyjedzie na Bajkał opowie o swoim pobycie w Irkucku i o wcześniejszej swojej rowerowej wyprawie do Mongolii, i o przygotowaniach do zimowej jazdy. Zanim Skopek zamieszka z rodziną Akatteto opisze dość szczegółowo kolejne przystanki w swojej drodze na północ, począwszy od pociągu relacji Moskwa-Workuta. I jedno, i drugie poświęca ponad sto stron na dotarcie do swojego tematu przewodniego. A ja brnąłem przez te fragmenty jak nie przymierzając rower przez śnieg albo renifer przez błoto. Nie powiem, że było to złe, ale też nie czuję, bym wiele stracił, gdyby tych stron nie było.
Muszę jednak przyznać, że czasami bywałem też podrażniony, bo autorom nie udało się uniknąć kilku klasycznych grzechów podróżniczego pisarstwa.

Wybrane przykłady:

  • Obciążanie sobą miejscowych i brak refleksji nad tym. Skopek zignorowała dawane wprost rady, przez co została okradziona. Gospodarze i sąsiedzi się na nią zrzucali, ale ona chyba dostrzegła w tym głównie przygodę.
  • Sprowadzanie całych narodów do jednego stereotypu. Według Rybickiego Bajkalsko-Amurską Magistralę budowali sumienni Estończycy, roztrzepani Mołdawianie i inne jednoprzymiotnikowe narodowości.
  • Powierzchowność spostrzeżeń, jak dość standardowe opisy Rosjan w wykonaniu Skopek. Są gościnni lub nieuprzejmi i piją.
  • Mitologizowanie własnych przeżyć, jak Rybicki, gdy pisze o handlu z Tadżykami. Co gorsza czasem to podrasowywanie przygody kończy się bezrefleksyjnym rasizmem. Autor Po Bajkale szukał na targu najmniej podejrzanie wyglądającego Mongoła.

Przykre to tym bardziej, że generalnie i Rybicki, i Skopek sprawiają wrażenie otwartych na inność, bystrych i rozsądnych ludzi. Skąd więc okazjonalna błahość obserwacji i neokolonialne podejście a la „biały wśród dzikich”?

Może właśnie z braku większych trudności, co sprawia, że pisanie idzie gładko – bo po dawno istniejących, znanych z wielu lektur koleinach. Brak wyzwań to i brak bodźca do głębszej refleksji. Szukam przyczyny tych błędów w sytuacji zewnętrznej, a nie w charakterze albo intelekcie Skopek i Rybickiego przede wszystkim dlatego, że przeczytałem całe ich książki. Nie zraziłem się i w pewnym momencie okazało się, że warto poświęcić się lekturze. Dość dokładnie potrafię wskazać ten moment. W przypadku Rybickiego to chwila, gdy zmęczenie wysiłkiem, zimnem i wiatrem staje się jednym z dominujących odczuć. W przypadku Skopek staje się to krótko po tym, jak odlatuje helikopter i zostaje sam na sam z tundrą, której nie zna ani w przybliżeniu tak dobrze jak Nieńcy. A oni jej pomogą, ale niańczyć nie będą.

Nagle okazuje się, że autorzy stają się bardziej wnikliwi, że o sobie i innych piszą z większą dozą ostrożności i zastanowienia – nawet Rybicki, któremu jest trudniej, bo jego spotkania są przelotne. Mnie zaś nagle zaczyna obchodzić, jak się czuje człowiek podejmujący ogromny wysiłek w ekstremalnych warunkach. W wędrujących przez Jamał koczownikach dostrzegam żywych ludzi i ich walkę o utrzymanie zanikającej kultury, a nie kukiełki w teatrze jednego aktora. Nagle zostaję wciągnięty w opowieść i chcę prosić o więcej.

Polecamy: Pietrowicz. Fragment książki Po Bajkale Jakuba Rybickiego

Ponownie chcę podkreślić, że pierwsza część obu książek nie jest tragiczna. Nie jest też tak, że od pewnego momentu stają się wybitne i bezbłędne. Natomiast nie potrafię sobie przypomnieć jednego innego dzieła, w trakcie lektury którego tak wyraźnie odczułem poprawę jakości pisania. Tu natomiast w odstępie dwóch – trzech miesięcy poznałem dwa.

I tak powracam do początkowego pytania: Czy bez męki autora literatura podróżnicza może być czymś więcej niż pulpą pokrewną tanim romansom i kryminałom? Zadałem je sobie jako czytelnik, ale tym bardziej poddałbym je pod rozwagę tym, którzy chcą pisać.

Jakub Rybicki, Po Bajkale. Rowerem przez Syberię. Świat Książki, 384 s.

Magdalena Skopek, Dobra krew. W krainie reniferów, bogów i ludzi. Wydawnictwo Naukowe PWN, 376 s.

Jan Marković

Jan Marković

Człowiek, który nie zna się na podróżowaniu, ale od czasu do czasu to robi - dlatego, że lubi dni, które pamięta się w całości, a o takie łatwo w drodze. W trakcie swoich wycieczek zdobył wiele wrażeń. Niektóre spisał.

Komentarze: (1)

S 8 września 2016 o 20:35

Ksiazek nie czytalem ale to chyba nie przez ‚ignorowanie rad’ ale skurwysynstwo zlodzei ludzie sa okradani, i nalezy to miec na uwadze. Nie widze tez nic rasistowskiego w stwierdzeniu ‚najmniej podejrzanie wyglądającego Mongoła’ – rozumiem ze wg autora lepiej gdyby Rybicki swoich uczuc nie opisal, bo moga zostac odebrane jako ‚rasistowskie’? Gdyby jednak pisal ze w Anglii szukal ‚najmniej podejrzanie wygladajacego Polaka’ to juz pewnie byloby OK?

Pozdrawiam.

PS. Przepraszam za brak polskich znakow.

Odpowiedz