Pustynia w Maroku

Czy można wstać o świcie, jechać kilkanaście godzin, mając za sobą parę godzin snu, a poprzedniego dnia równie wycieńczającą podróż? (Fot. Karol Fryta)

Zatapiamy się w kocach i poduszkach, na zaimprowizowanych kanapach. Między nami stolik, oświetlany przez świecę, która co rusz wydaje z siebie ostatnie tchnienie a my zapalamy ją na nowo, walcząc z wiatrem – który tutaj, na plaży – zaciekle rozdziera namiot.

Jest późno, choć Marokańczycy dopiero wybudzają się z letargu. Ich aktywność w ciągu dnia gaszona jest przez ramadan i palące słońce. Morad kręci jointy, Karim podśpiewuje, Hassan przygląda się nam bacznie, z głośnika komórki dobiegają hiszpańskie rytmy. Sidi Ifni pochłania nas całkowicie.

Jointy z haszyszem wędrują z ręki do ręki. Są małe, wielkości serdecznego palca. Półleżąc zapadam się w kanapę. Morad mówi o ramadanie, oczy mu się szklą, kreśli w powietrzu jakieś kształty, wspiera swój angielski gestykulując. Zresztą – kto by się teraz martwił niedoskonałościami lingwistycznymi, przecież – jak mawia spotkany przez nas Mohammed – wszyscy znamy international language: hashish.

Stragan w Marrakeszu

W Marrakeszu, mimo lejącego się z nieba żaru fotografujemy stragany i wyłożony na nich towar. (Fot. Karol Fryta)

Mistycyzm Ramadanu

Nim trafiliśmy na wybrzeże Maroka minęło kilka dni tak prędkich, że doba wydawała się rozciągnięta do granic możliwości. Tnąc autobusami nierówny teren, przedostając się przez Atlas, grzęznąc w piaskach pustyni, zatapiając w labiryncie suków ze zdumieniem stwierdziliśmy, że minęło kilka dni, a jesteśmy wyposażeni w bagaż wrażeń, którymi można by obdzielić kilka osób.

Dociekanie granic naszych fizycznych możliwości jest wyczerpujące: czy można wstać o świcie, jechać kilkanaście godzin, mając za sobą parę godzin snu, a poprzedniego dnia równie wycieńczającą podróż? W tej walce wspiera nas zaczynający się ramadan. Choć jeszcze w Marrakeszu, napęczniałym od turystów, atakującym woniami przypraw na przemian ze smrodem zepsutego mięsa i lawirując między kałużami nie czuć było atmosfery tego świętego miesiąca. Dopiero wieczorem, gdy muezin z meczetu Kotubija wyśpiewał tradycyjny Adhan zrozumieliśmy, że mamy do czynienia z mistycyzmem.

Allah jest wielki
Wyznaję, że nie ma Boga prócz Allaha
Wyznaję, że Mahomet jest wysłannikiem Allaha
Przychodźcie na modlitwę
Przychodźcie ku zbawieniu
Allah jest wielki
Nie ma Boga prócz Allaha

A może to tylko złudzenie? Zachłyśnięci odmiennością patrzymy na modlących się, nie dostrzegając, że kobiety zepchnięte są na margines – modlą się w osobnym sektorze, jadają poza płotem restauracji. Odziane w tradycyjne suknie spuszczają oczy, gdy chcemy się im przyjrzeć.

W Marrakeszu, mimo lejącego się z nieba żaru fotografujemy stragany i wyłożony na nich towar. Wieczorem, kiedy główny plac miasta Jemaa el Fna płonie od światła żarówek, w rzadkim dymie buchającym z palenisk, walczymy z coraz bardziej namolnymi sprzedawcami. Zrezygnowani, siadamy przy jednym ze stołów. Sącząc herbatę miętową rozprawiamy o tym, co nas czeka, bo choć mamy zarys podróży, to jednak pojawia się niepewność: co dalej?

Marokańska pustynia

Wreszcie docieramy do pustyni Erg el M’hazil. Słońce chowa się za wydmy. (Fot. Karol Fryta)

Na pustyni

Zmierzamy na południe, w stronę pustyni. Nasz przewodnik, Hamid, decyduje by na całodobową wycieczkę na Saharę zabrać po 6 litrów wody na głowę. Do pierwszych wydm Erg El Mhazil jedziemy ok. 4 godzin. W samochodzie, mimo włączonej klimatyzacji, pot leje się z nas strumieniami. Godzinę przed wyjazdem na termometrze w sklepie zauważyliśmy 44 stopnie. Hamid uspokoił nas, że termometr zawyża temperaturę. Trudno mi uwierzyć w jego słowa.

Kończy się asfalt. Mijamy tablice informacyjne ostrzegające, że zbliżamy się do terenu, gdzie nasz pobyt może zakończyć się śmiercią. Samochodem rzuca jak zabawką. Jestem pod wrażeniem umiejętności kierowcy. Jedzie na pamięć, mając za drogowskazy krzaki i drzewa na horyzoncie.

W pierwszym obozie, w którym stoi kilka namiotów, spotykamy kilkunastoletniego chłopca. Jest sam. Wysiadam z samochodu. Z trudem oddycham od upału, ale nie mogę sobie odmówić krótkiej wycieczki. Postanawiam dojść do pierwszych wydm. Nogi zapadają się w palącym łydki piachu. Odchodzę kilkadziesiąt metrów i uderza mnie to, o czym mówią wszyscy, którzy byli na pustyni: cisza. Słyszę tylko mój nierówny oddech.

Wracam równie wolno, jak przyszedłem. Padam w namiocie na poduszki; chłopiec w tym czasie przyrządza szaszłyki, Hamid przygotowuje sałatkę, na stół trafiają pomarańcze w cynamonie. Czujemy się zmieszani, delektując się wyśmienitym posiłkiem wiedząc, że do zmierzchu gospodarze nie wezmą nic do ust, pilnując jednego ze świętych obowiązków ramadanu – sauma.

Rozglądamy się przez szyby pędzącego auta.

– Jezioro?! – ni to stwierdza, ni to pyta Agata, wskazując oddaloną, niebieską plamę.
– To fatamorgana – odpowiada Hamid.

Wreszcie docieramy do pustyni Erg el M’hazil. Słońce chowa się za wydmy. Wdrapujemy się na ogromne góry piachu. Jeden krok do przodu, dwa w tył. Mam wrażenie, że jestem w wielkiej piaskownicy.

Marokańska pustynia

Mam wrażenie, że jestem w wielkiej piaskownicy. (Fot. Karol Fryta)

W potężnym namiocie przygotowujemy się do kolacji. Wychodzę na zewnątrz i nagle porywisty wiatr uderza mnie w twarz deszczem gorących ziarenek piasku. Kłują jak szpilki. Zbliża się burza! Nomadowie nieśpiesznie umacniają namioty, zamykają je, zostawiając niewielkie otwory na wejście. Przy okazji całe robactwo pustyni pierzcha do środka. Widzę chrząszcze wielkości kciuka i pająki.

– Hamid, czy mogą śmiertelnie kąsać?
– Jeśli nie będziecie ich ruszać to nic się stanie.
– Ale czy mogą?
– Mogą.

Robię łóżko z pokrytych wikliną taboretów. Zasypiam, wsłuchując się w słabnący deszcz, który uderza o namiot.

Świt się na nas obraził i nie zamierza zakwitnąć. W drodze powrotnej mijamy niemal wymarłe miasto, wybudowane dla żołnierzy stacjonujących na pustyni. Pytam Hamida o relacje Marokańczyków z innymi państwami. Zagaduję o wschodniego sąsiada.

– Z Algierczykami jesteście wrogami?
– Ludzie nie mają nic przeciwko sobie. To politycy wytworzyli wrogość między narodami.

Nad Oceanem Atlantyckim

Jedziemy na wybrzeże. Po drodze – blokada drogi i panowie z karabinami, poszukujący dwóch zaginionych Francuzek oraz posiłek na postoju, gdzie jako honorowych gości usadzono nas przed witryną rzeźnika i podano herbatę na blacie wymazanym zaschniętą krwią.

Sprzedaż ryb w Essaouirze

Ryby sprzedawane są wprost ze skrzynek, niekiedy od razu z sieci. (Fot. Karol Fryta)

Wąskie uliczki medyny w Essaouirze, wpisanej na listę UNESCO, z jednej strony pochłaniają nas, z drugiej – odstrasza mnogość turystów, dla których – prócz Agadiru – to główny punkt podróży na zachodnie wybrzeże. Jakbyśmy trafili do kurortu.

Rankiem wybieramy się do portu, po drodze mijając dziesiątki straganów. Ryby sprzedawane są wprost ze skrzynek, niekiedy od razu z sieci. Niektóre mają tak egzotyczny wygląd, że zastanawiam się, czy są jadalne czy akwariowe. Raj dla kotów, których jest tutaj więcej niż w całym Maroku. Kluczymy kilkadziesiąt minut przyglądając się Marokańczykom.

W Essaouirze kupujemy pamiątki. Zdeterminowani i przygotowani na najgorsze, udajemy się do sklepów, walcząc ze sprzedawcami, którzy zawyżają ceny do niebotycznych kwot. Czasem do argumentów dołącza ramadan i poklepywanie po brzuchu, oznajmujące że handlarz jest głodny, nie ma siły na targi, spuszcza z ceny więc bierzmy, nie dyskutujmy, bo więcej opuścić nie może.

– A dla kogo chcesz kupić tę bransoletę?
– Dla matki.
– Dla matki?! Oooooo
– handlarz zwraca ręce i oczy ku niebu – Allah ci to wynagrodzi, Allah doceni, matka jest dla nas najważniejsza. Jesteś dobrym człowiekiem.

*****

Wydmuchuję przed siebie dym, który rozchodzi się po namiocie. Kiedy mówię, że to the last one joint in Sidi Ifni dociera do mnie, że to już drugi tydzień podróży, że już bliżej domu niż dalej. Zbieram się z kanapy. Drepczemy po piachu, podnosząc wysoko nogi. Odwracam się jeszcze i postanawiam, że będę trzymał się tego, co powiedział dzień wcześniej Morad: – Every day is holiday.

Tekst został wyróżniony w naszym konkursie Opowieści spoza utartego szlaku

Karol Fryta

Pasjonat przemieszczania się zainteresowany byłymi republikami ZSRR w szczególności tymi w Azji Środkowej.

Komentarze: 4

Szych Arkadiusz 26 marca 2012 o 10:06

tak, tez znamy body language:)

Odpowiedz

Szych Arkadiusz 26 marca 2012 o 10:14

i swietna trasa , relacja tez

Odpowiedz

Aneta Koźmińska 26 marca 2012 o 19:04

ehhh wrócilam do ostatnich wakacji.. jakież to miłe uczucie!! :) i jaki kraj :) ale tylko w podróży!

Odpowiedz

Tomas 4 listopada 2013 o 15:42

Również mam mocne postanowienie, że jeśli do Maroka, to tylko w podróży z ew. małymi przerwami na plażowanie.

Odpowiedz