Mentawaje to plemię zamieszkujące niewielki archipelag wysp u zachodnich wybrzeży Sumatry. Ci indonezyjscy Indianie żyją w deszczowych lasach w symbiozie z naturą, kultywując wiarę i tradycje przodków, niezmiennie od setek lat. Aby ich spotkać trzeba cofnąć się w czasie.

Na wyspy Mentawai dostać można się tylko drogą morską. Najpopularniejszym środkiem transportu jest prom z portu w Padangu – stolicy Sumatry Zachodniej. Stawiając stopę na pokładzie cofamy się automatyczne do lat pięćdziesiątych. Poza indonezyjskim popem buczącym z głośników, zupek instant serwowanych w barku i telefonów w dłoniach pasażerów cały prom to wyjęty z lamusa wehikuł czasu, z każdą milą morską cofający nas dziesiątki lat wstecz.

Po dwunastu godzinach i jakichś stu pięćdziesięciu kilometrach rejsu znajdujemy się na wyspie Siberut (największej wyspie archipelagu). Tutaj trzeba przesiąść się na drewnianą pirogę i w huku silnika płynąć na spotkanie z Mentawajami.

Bramą do tych barwnych ludzi jest jedna z wielu tzw. rządowych wiosek.

Wyspy archipelagu przez setki lat były odcięte od świata zewnętrznego. Docierali tu nieliczni misjonarze i wysłannicy Kompanii Wschodnioindyjskich, ale wyspy zostały otwarte dla szerszego grona przybyszy dopiero po tsunami z 2004 roku.

Po kataklizmie indonezyjski rząd postanowił uregulować sprawę ludzi żyjących w lesie. Uruchomiono stałe połączenie promowe z Sumatrą, podjęto próbę spisu ludności oraz wprowadzono program asymilacji Indian. Rząd zachęcał do zmiany półkoczowniczego trybu życia budując mieszkańcom tzw. rządowe wioski. Każdy przesiedleniec dostawał dom – budowany w lokalnym stylu „długich domów” i  kawałek ziemi. Do wiosek doprowadzono prąd, wybudowano szkoły, sklepy. Część ludności przeniosła się do „wygodnych” domów, przyjmując dobrodziejstwa cywilizacji, jednak wiele osób nie porzuciła tradycji i wciąż żyje w dżungli.

POLECAMY: Pacu Jawi – najbardziej fotogeniczne zawody świata

Zasymilowani Mentawaje zostali spisami, zarejestrowani, ubrani w współczesne ubrania. Ich dzieci posłano do szkół, a wiarę w siły natury zamieniono na monoteistyczną religię, przynajmniej na potrzeby urzędników. W dżungli pozostała nadal duża część plemienia – ilu, tego nie wie nikt. Oficjalne dane szacują populację Mentawajów na ok. sześćdziesiąt cztery tysiące. Na wyspie często słyszy się o klanach żyjących głęboko w lesie i niedopuszczających na swoje terytorium żadnych „obcych”. Intruzów, a nawet zasymilowanych członków swojego plemienia odstraszają zatrutymi strzałami.

Wioska rządowa to ostatni bastion cywilizacji, ostatni batonik, ostatnia żarówka, ostatnia kreska zasięgu telefonii komórkowej, dalej już tylko dżungla i błoto, błoto, błoto.

Mentawaje wyznają animizm. Wierzą, że każda istota i rzecz posiada duszę i należy jej się szacunek. Żyją w niewielkich grupach – klanach. Źródłem ich utrzymania jest uprawa drzewa sago, hodowla świń i łowiectwo. Mieszkają w tradycyjnych domach typu „long house” (długi dom), zwanych uma. Tradycyjna uma jest domem na palach i dużym, szerokim dachem.  Wydzielone są tu wyraźnie strefy: męska i żeńska. Tu odbywają się spotkania i odprawiane są rytuały. Dolną część domu – przestrzeń między palami, zamieszkują świnie, środkową część – ludzie a strefa pod dachem przeznaczona jest dla duchów.

Głową klanu jest szaman, który ma moc uzdrawiania, przewodzi obrzędom, potrafi komunikować się z duchami i podejmuje decyzje i wyroki dotyczące naruszeń zasad tabu. Mentawaje mają jedną z najbardziej rozbudowanych tradycji opierających się na systemie zakazów i nakazów.  Funkcja szamana jest dziedziczna i od najmłodszych lat ojciec przygotowuje swego następcę.

Tradycyjny strój Mentawajów to przepaska biodrowa zrobiona z kory drzew oraz spódniczka z liści palmy dla kobiet. Ciała przyozdabia się koralami i świeżymi kwiatami (stąd nazwa “kwietni ludzie”) oraz misternie wykonanymi tatuażami. Tatuaże Mentawaiów mają symboliczne znaczenie, opowiadają ich historie życia. Do niedawna również ostrzono zęby, choć dziś ten zwyczaj niemal zaniknął.

Mentawaje prowadzą proste, harmonijne życie. Ich los zależy od kaprysów natury, która wyzyskiwana staje się coraz bardziej kapryśna. Kolejnym zagrożeniem są choroby cywilizacyjne. Wraz z towarami i turystami na wyspy dotarły alkohol i opium, które dziś zatruwają umysły młodemu pokoleniu.

Niestety nie zatrzyma się już postępu, nie da się zatrzasnąć raz otwartych drzwi, ale udając się do miejsc takich jak Siberut i spotykając tych wspaniałych ludzi pamiętajmy, że spoczywa na nas duża odpowiedzialność. To my jesteśmy ich oknem na świat. Mimo że żyją oni jak setki lat temu, mają wiele do zaoferowania przybyszom. Uczmy się od nich uwagi, skupienia i szacunku dla siebie nawzajem i dla przyrody. Zaobserwujmy jaką atencją traktują starszych, jak są naturalni i szczerzy. Popatrzmy jak niewiele potrzebne im jest do szczęśliwego życie. Szanujmy ich kulturę i zwyczaje. Nie zaśmiecajmy im życia nieużytecznymi gadżetami i plastikowym „badziewiem”. Nie uczmy ich niepartykularnych słów, nie przynośmy używek. Nie jedźmy tam, żeby tylko odznaczyć kolejną „egzotyczną” nazwę na mapie dokonań – nie warto.

Hanka Kurczyna

Marzycielka, włóczykij, kolekcjonerka ludzi i opowieści. Dużo czyta i robi dużo zdjęć. Nałogowo gubi rzeczy i siebie. Ostatnio zgubiła się na trzy lata na Sumatrze. www.swiatloczula.com / www.savetitanarum.wixsite.com

Komentarze: 3

s 11 listopada 2016 o 11:24

” Nie jedźmy tam, żeby tylko odznaczyć kolejną „egzotyczną” nazwę na mapie dokonań – nie warto.” – hm, czyli autorka nie odwiedziła opisywanej wyspy czy po prostu trochę się zagalopowała?

Materiał bardzo ciekawy. Z pozdrowieniami.

Odpowiedz

Pablo 20 listopada 2016 o 3:55

Byłem na Siberucie w 2010, jak widzę mało się zmieniło. Znajome miejsca, znajome twarze. Nawet szaman ten sam…tylko gdzie ma zegarek? ;)

Odpowiedz

Pablo 20 listopada 2016 o 3:58

Byłem na Siberucie w 2010, jak widzę mało się zmieniło. Znajome miejsca, znajome twarze. Nawet szaman ten sam…tylko gdzie ma zegarek? ;)
Warto, warto zabrać lokalnego przewodnika, trochę jedzenia, ryżu nie tylko dla siebie i pobyć z Mantawajami.

Odpowiedz