Operacja Dzika Afryka to projekt Natalii Rożniewskiej – miłośniczki zwierząt zamieszkujących czarny ląd. To połączenie jej dwóch wielkich pasji: podróży i weterynarii. Niedługo Natalia wyrusza na wolontariat do RPA, gdzie będzie miała okazję pomagać nosorożcom, słoniom czy lwom.

W wywiadzie opowiada jak wygląda dzień takiego wolontariusza, a także jaki jest jej ulubiony kot.

– Już w lutym 2012 Twoja wyprawa do Afryki. Jak się do niej przygotowujesz?

– Właściwie to przygotowania zaczęły się już pół roku wcześniej. Najpierw był pomysł, potem patronat medialny i w końcu sponsorzy. Mając takie wsparcie mogę realnie spojrzeć na moje dziecięce marzenia, które niebawem mają się spełnić. Teraz najważniejsze to zdać wszystkie egzaminy, bo sześć tygodni wolnego w środku sesji nie jest za darmo – a w końcu to weterynaria jest dla mnie najważniejsza.

– Kiedy i jak zrodziła się Twoja pasja podróżniczo-weterynaryjna?

– Nie potrafię podać dokładnej daty, kiedy postanowiłam zostać weterynarzem. Mam wrażenie, że ta myśl towarzyszyła mi od zawsze. Pamiętam jednak dzień, kiedy będąc sześcioletnią dziewczynką, tata zabrał mnie po raz pierwszy do kina – na Króla Lwa. To był chyba taki przełomowy czas, kiedy zakochałam się w zwierzętach Afryki.

Od tamtej pory kreskówki dla dzieci zostały zastąpione przez programy dokumentalne o zwierzętach. Mogłam słuchać bez końca o odległych krainach, dziwnych stworach i ludziach, którzy poświęcili życie, by je ratować. Tak zrodziły się marzenia, które postanowiłam zrealizować.

– Co się kryje pod nazwą „weterynarz dzikich zwierząt”?

– Trudne pytanie – o tym zawodzie można by długo opowiadać. Nie ma tu jednej definicji – bogactwo świata zwierząt jest tak ogromne, że praca weterynarza w innych miejscach na Ziemi jest różna. Jednakże myślę, że każdy weterynarz dzikich zwierząt to osoba, która przede wszystkim jest zdolna do wielu wyrzeczeń, jakie wiążą się z rezygnacją z dóbr cywilizacji. To ludzie, którzy bez reszty oddali się swojej pasji, i którzy każdy dzień poświęcają pracy nad ocaleniem zagrożonych gatunków.

Bo właśnie nimi zajmują się tacy weterynarze. Okrutny biznes nie od dziś jest głównym niszczycielem zwierzęcych domów i przyczyną wyniszczenia populacji. Więc tak na prawdę, to ciągła walka – człowiek przeciwko człowiekowi – jak w Waszym artykule o nosorożcach w Imire.

– Jaki jest twój ulubiony kot?

– Oczywiście król wszystkich zwierząt, czyli lew – sentyment z młodości :) Chociaż znany wszystkim Simba istniał naprawdę. To największy lew, który zamieszkiwał niegdyś zoo w Cholchester – ważył aż 375 kg!

Niewielu też pewnie wie, że lwy zamieszkiwały niegdyś Europę. Dzisiaj można je spotkać praktycznie tylko w Afryce (szczątkowa populacja jest jeszcze w Indiach), gdzie również grozi im wyginięcie. To też jedyne duże koty, które żyją w stadach. Nie wyobrażam sobie dnia, kiedy lwy przestaną wydeptywać swoje ścieżki. Myślę, że byłaby to ogromna strata dla naszego świata.

– Jak będzie wyglądał Twój dzień w Afryce?

– Na pewno każdy będzie obfitował w niesamowite wrażenia, ale co się dokładnie wydarzy – trudno przewidzieć. Jako wolontariuszka będę zaangażowana w rehabilitację i opiekę nad dzikimi zwierzętami. Spotkam się z tymi większymi – nosorożcami, słoniami, lwami, gepardami, ale też i z mniejszymi – małpkami, surykatkami i wieloma innymi. Oprócz tropienia zwierząt i opatrywania ran, czekają mnie również te zwyczajne obowiązki, jak karmienie podopiecznych i czyszczenie klatek.

Mam nadzieję, że podczas mojego pobytu niejednego pacjenta wypuścimy na wolność, bo to najcudowniejsze uczucie, będące nagrodą po ciężkiej pracy.

Natalia Rożniewska i tajlandzkie tygrysy.

Mam nadzieję, że uda mi się wrócić do Tajlandii, żeby jako wolontariuszka opiekować się tygrysami – tymi małymi i troszkę większymi. (fot. Natalia Rożniewska)

– Zwierzęta często są wypuszczane na wolność? Jak to działa? 

– Wszystko zależy od miejsca, gatunku zwierząt i specjalistów, którzy się nimi zajmują, ale raczej tak. Nadrzędnym celem jest przywrócenie pacjentowi pełni zdrowia, tak, aby mógł dalej normalnie funkcjonować w swoim naturalnym środowisku.

Są jednak takie sytuacje, kiedy uda się uratować zwierzę, ale skutkiem trwałych okaleczeń (np. utrata kończyny) nie będzie ono w stanie przetrwać w dzikim świecie. Te pozostają na zawsze w klinice, gdzie odnajdują beztroski dom i służą studentom, takim jak ja, do celów edukacyjnych.

– Kim będą Twoi pacjenci? Oprócz tego, że są zwierzętami, oczywiście… Co najczęściej jest przyczyną tego, że trzeba opiekować się zwierzętami w Afryce??

– Niestety to właśnie my – ludzie – jesteśmy przyczyną krzywdy zwierząt w Afryce i na całym świecie. Do kliniki trafiają bezbronne sieroty, których matka padła ofiarą kłusowników. Trzeba je wykarmić i nauczyć samodzielności, bo pozostawione nie miałyby szans na przeżycie. Inne zwierzęta zostają okaleczone dla zaspokojenia potrzeb posiadania rogu nosorożców, kości słoniowej, czy futra.

W ośrodku w RPA, w którym będę, są też prowadzone programy rozmnażania zagrożonych gatunków i wypuszczania na wolność. W celach naukowych i ochrony śledzi się rozwój populacji przy pomocy nadajników radiowych mocowanych na zwierzętach. Nie ingeruje się natomiast w prywatne życie, które leniwie toczy się w Afryce. Na przykład samce okaleczone w walce o względy samicy muszą poradzić sobie same – to ich świat i nie powinniśmy się do niego wtrącać, o ile nie jest to konieczne.

– Na jakie wyzwania czekasz?

– Oczywiście chciałabym się jak najwięcej nauczyć w dziedzinie medycyny dzikich zwierząt. Mam też nadzieję, że uda mi się spędzić chociaż jedną noc na sawannie pod gwiazdami przysłuchując się nocnemu życiu w Afryce.

– Czego uczą Cię twoi nietypowi pacjenci?

Przede wszystkim cierpliwości. Jak wiadomo, nasi pacjenci nie powiedzą, co im dolega, więc bez nawiązania porozumienia, niemożliwe byłoby ich leczenie. Nie mają właściciela, który udzieliłby jakichkolwiek informacji i dlatego wszystko zależy od doświadczenia i wprawnego oka weterynarza.

Z dzikimi zwierzętami jest taka różnica, że trzeba pamiętać, iż należą do innego świata. Nawet te, które wychowały się wśród ludzi i które patrzą na nas pięknymi oczętami, w chwili zagrożenia są w stanie pokazać, co je boli i to dość dobitnie. Nie zaprzeczę, że jest to zawód dość niebezpieczny…

Indie. Uczę się opieki nad drapieżnymi ptakami, które są ofiarą żyłek i latawców zawieszonych na drzewach. Tylko niektóre znów wzlecą w powietrze – większość czeka amputacja skrzydła. (fot. Natalia Rożniewska)

Indie. Uczę się opieki nad drapieżnymi ptakami, które są ofiarą żyłek i latawców zawieszonych na drzewach. Tylko niektóre znów wzlecą w powietrze – większość czeka amputacja skrzydła. (fot. Natalia Rożniewska)

– Jakie niebezpieczeństwa czyhają na takich śmiałków jak Ty?

– Przyznaję, że aby uczestniczyć w tych praktykach, musiałam najpierw podpisać dokument, który zapoznawał mnie z wiążącym się niebezpieczeństwem. W zgrabnej formułce zawarto wszelkie uszczerbki na zdrowiu, trwałe okaleczenia, a nawet śmierć, za co fundacja nie bierze odpowiedzialności.

Teoretycznie wszystko może się zdarzyć, ale od tego są na miejscu specjaliści z wieloletnim doświadczeniem, którzy czuwają nad bezpieczeństwem studentów. Jak dotąd nie zdarzył się tam jeszcze żaden przykry incydent, więc mam nadzieję, że i ja wrócę w jednym kawałku.

– Jak w ogóle reagują Twoi znajomi ze studiów słysząc o operacji Dzika Afryka? Masz wśród znajomych ludzi, których kręci „dzikie życie?”

– Myślę, że wielu zamieniłoby zimową sesję na egzotyczne wakacje. Tylko że dla mnie, to nie są wakacje ani jednorazowa przygoda, ale droga do wymarzonej przyszłości. Jak na razie nie poznałam nikogo, kto miałby podobne plany i zainteresowania do moich.

Jak już wspominałam, praca ta wiąże się z licznymi wyrzeczeniami, a często nie przynosi zbyt dużych dochodów, raczej satysfakcję, że zrobiło się coś dla świata. Kto wie, może właśnie w Afryce poznam ludzi dzielących moją pasję? W końcu przyjeżdżają tam studenci z całego świata.

Na peronie możecie też przeczytać wspomnienia Natalii z wolontariatu w Indiach: Życie w Indiach z perspektywy czterech łap

Samia Grabowska

Samia Grabowska

Czasem gdzieś jedzie. A jak nie jedzie to jej myśli wędrują daleko :) Dalej niż mogłyby ją zaprowadzić nogi.

Komentarze: 3

Małgorzata 13 marca 2012 o 11:59

Wspaniałe plany, szlachetna pasja. Będę Ci kibicować podczas podróży, to niezwykle ciekawe.

Odpowiedz

Wiktoria 14 kwietnia 2012 o 20:27

Mam dopiero 11 lat, ale marzę by w przyszłości wyjechać do Afryki. Tam pomagać ludziom i zwierzętom jak będę mogła, w zamian za mieszkanie u nich. Nie ważne, że jest tam niebezpiecznie, zakochałam się w Afryce i tamtejszym życiu. Podziwiam Cię, niewielu by się odważyło na taką wyprawę.

Odpowiedz

lukas 19 września 2016 o 13:39

Pięknia i do tego o zlotym sercu:)
Trzymam kciuki:)

Odpowiedz