Góry. Wspinaczka. Śnieg, mróz. Takie obrazki przez lata miałam w głowie słysząc Nepal. Wyobrażałam sobie niebezpieczne górskie szlaki i zapalonych wędrowców, przemierzających kolejne przełęcze. „Nic tam po mnie” myślałam. Gdy Nepal pojawił się na trasie naszej podróży trzeba było znaleźć na niego jakiś sposób. I znaleźliśmy. Nawet nie jeden, a kilka

  • Zobaczyć dzień budzący się nad Himalajami

Jesteśmy w Nepalu, chcemy więc ośnieżonych szczytów, chcemy ośmiotysięczników na horyzoncie, chcemy widoków!  I jak się okazuje, w tym celu nie musimy od razu wdrapywać się na siedmiotysięcznik. Wystarczy pojechać do Nagarkot, dwie godziny drogi z Katmandu. Wioska ta ma szczęście leżeć na szczycie górki, z której roztacza się przepiękna panorama Himalajów.

Ograniczając pobyt do kilku godzin w ciągu dnia możemy się jednak mocno rozczarować. Nawet przy słonecznej pogodzie widoczność może być fatalna i wówczas zobaczymy co najwyżej pobliskie tarasy ryżowe. Dlatego choć sama wioska ma niewiele do zaoferowania, warto zostać na noc. Oświetlone wschodzącym słońcem szczyty z pewnością zrobią na nas niezwykłe wrażenie. Wystarczy znaleźć pokój z tarasem i widokiem na góry, by bez większego wysiłku delektować się wschodem słońca.

Na bardziej wymagających czeka poranny spacer do punktu widokowego. Skąd roztacza się niemal 360 stopniowy widok na otaczające góry. Jeszcze tylko pobudka o 5:00, polar, długie spodnie, może jakaś herbatka w termos i szykujcie się na niezłe widoczki!

Nepal

Wschód słońca nad Himalajami to niezapomniany widok. (fot. Monika Sternik)

  • Złożyć dar Sziwie

Nepal to nie tylko Himalaje, ośnieżone szczyty i wielodniowe wędrówki po górskich szlakach. To także niezwykła, często zaskakująca, mieszanka buddyzmu i hinduizmu. W Nepalu te dwie religie istnieją obok siebie i wzajemnie się przenikają jak chyba nigdzie indziej na świecie. Hinduskie i buddyjskie świątynie nie tylko stoją nieopodal siebie. Często są po prostu wspólne dla wyznawców obydwu religii. I nie jest niczym dziwnym, że w tybetańskiej gompie dostajemy tikkę na znak błogosławieństwa.

Nie bójmy się któregoś dnia wstać wcześnie rano, zanim tłumy zorganizowanych wycieczek wyruszą na miasto. To wtedy najlepiej rozpocząć zwiedzanie Patanu, Bhaktapuru, czy choćby świątyń Katmandu. Usiądźmy w pobliżu jednej z nich i podpatrzmy jak Hinduiści składają dar Sziwie, a Tybetańscy wierni odbywają korę. Na pewno nie będziemy żałować.

  • Wpaść w szał zakupów na Thamelu

Szale, chusty, spodnie, czapki. Z paszminy, kaszmiru, z wełny jaka. Kolorowe i jednobarwne. A jak chcemy coś bardziej „tybetańskiego” to thangki, mniejsze, większe, posążki buddy, młynki modlitewne, różańce… Wszystko very good price oczywiście.

Widok na Himalaje

Na nepalskich szlakach widoki wynagradzają wszystkie trudy. (fot. Monika Sternik)

Thamel, turystyczna dzielnica Katmandu, to nie tylko zagłębie tanich guesthouse’ów, restauracji i agencji turystycznych. To przede wszystkim jeden wielki market, na którym możemy obkupić się za grosze, a potem obdarować całą rodzinę i znajomych.

Dla trekkingowców wydatek będzie nieco większy. Bo sprzedawcy uparcie twierdzą, że sprzedają tylko oryginalne rzeczy, a te muszą przecież kosztować. Ale wystarczy trochę targowania, trochę czasu na porównanie cen i już mamy towar o wiele tańszy niż w Polsce. Właściwie można przyjechać bez niczego i kupić wszystko na miejscu. Od skarpetek i rękawiczek, przez spodnie, kurtki, kijki po śpiwory i namioty. No, może buty wypadałoby mieć wcześniej, bo takie nierozchodzone na trekkingu mogą nam nie posłużyć.

Od kolorów, dźwięków i mnogości rzeczy można tu dostać zawrotu głowy. I nawet jeśli nie chcemy stracić majątku na pamiątki, warto przespacerować się kilka razy wąskimi uliczkami i zgubić w kolejnych zakamarkach. Z tymi wszystkimi naganiaczami, trąbiącymi motorami i rikszami, Thamel ma swoisty klimat, dla którego tak wiele osób wciąż wraca do Katmandu. A nuż skuszą nas tęczowe spodnie z krokiem w kolanach?

  • Dal bhat, czyli najeść się do syta

Na ulicach Katmandu czy Pokhary liczne restauracje zapraszają na dania kuchni włoskiej, francuskiej, czy japońskiej. Ale nie dajmy się skusić! Jak ma być tanio i do syta, to tylko dal bhat. Już na wstępie dostajemy ogromną porcję, a w cenę zawsze są wliczone niemałe dokładki.

Podstawą tego dania jest zupa (dal) i ryż (bhat). Do tego dostajemy warzywa curry, zazwyczaj ziemniaki albo kalafior oraz zieleninę, smakującą podobnie do szpinaku. Poza tym pikle, zrobione na ostro, a na zagrychę papad, czyli chrupiący okrągły chlebek o wyrazistym smaku. Dal wylewamy na ryż, dodajemy curry i mieszamy ze sobą. Jemy oczywiście ręką, dla ułatwienia lekko zagniatając kolejne porcje. Ale to wersja dla twardzieli, my jedliśmy łyżką.

Podobno 20 milionów Nepalczyków jada dal bhat dwa razy dziennie. My ograniczyliśmy się do kolacji. I wcale nam się nie znudziło, bo dal bhat smakuje za każdym razem inaczej. Tylko na dokładki trzeba uważać, bo potem ciężko wstać od stołu…

  • Pospacerować w chmurach

Być w Nepalu i nie pójść na treking… No grzech! Ktoś powie, że nie ma kondycji, ktoś inny, że się boi, że to niebezpieczne, że nie da rady. Też tak mówiliśmy, a treking był ostatnią rzeczą, na którą mieliśmy ochotę. Tymczasem okazał się naszym najlepszym doświadczeniem!

Żeby poczuć klimat najwyższych gór świata i cieszyć się pięknymi widokami, nie musimy od razu wchodzić na Mount Everest czy spędzać w górach kilku tygodni. Fantastyczną opcją dla tych mniej doświadczonych, bez kondycji czy też bardziej strachliwych jest trek wokół Annapurny.

Nie bez przyczyny jest też on jednym z najpopularniejszych. Ścieżki nie są wymagające, z pewnością nie niebezpieczne, a infrastruktura tak przygotowana, że możemy dziennie pokonywać nawet bardzo krótkie odcinki. Nie trzeba nieść ze sobą namiotu, kuchenki i jedzenia. Śpimy w hostelach i jemy w lokalnych restauracjach. Jak nie mamy siły dźwigać plecaka to za niewielkie pieniądze można wynająć tragarza, a jak boimy się, że się zgubimy na szlaku, to za niewiele więcej można jeszcze wziąć przewodnika. Oczywiście prawdziwi trekkerzy będą na nas patrzeć z politowaniem, ale co to nas obchodzi, gdy dookoła jest tak pięknie!

  •  Patrzeć jak mija dzień nad jeziorem Phewa

Wymarznięci na szlaku marzymy o piaszczystej plaży i pięknej pogodzie. Nic nie robić, delektować się kojącym widokiem wody i wygrzewać na słońcu…Tylko gdzie w Nepalu znaleźć plażę?

Całkowitym przypadkiem trafiamy nad jezioro Phewa w Pokharze. Zalatuje tu trochę New Age, roi się od wszelkiej maści turystów, ale bliskość wody robi swoje. W głośnym, zatłoczonym i przykrytym kurzem Nepalu, wydaje nam się jakbyśmy nagle trafili na rajską wyspę. Słomiane bary serwują orzeźwiające napoje, a z głośników sączy się Bob Marley. Tylko sterty śmieci i spacerujące po plaży krowy przypominają nam, że nie jesteśmy gdzieś na Pacyfiku.

Choć o prawdziwej plaży nie ma tu mowy, a o pływaniu można zapomnieć, jezioro powinno znaleźć się na trasie naszej podróży. Jest jakaś magia, coś niewytłumaczalnego, co sprawia, że po prostu chce się tu być i patrzeć na zachodzące słońce. Nie odmawiajmy sobie tej urokliwej chwili nicnierobienia.

Jezioro w Himalajach

Magia jeziora Phewa sprawia, że chcemy zostać w Pokarze na dłużej. (fot. Monika Sternik)

  • Stracić poczucie czasu w księgarni

Turystyczne dzielnice Katmandu i Pokhary to prawdziwy raj dla moli książkowych. Są tu dziesiątki księgarni, z ofertą bogatszą od niejednej biblioteki. Oczywiście wyeksponowane miejsce zajmuje literatura górska, ale bez problemu kupimy klasykę, książki science-fiction czy popularnonaukowe.

Można tu znaleźć nie tylko pozycje w języku angielskim, ale też niemieckim, francuskim, chińskim. A czasem nawet norweskim czy szwedzkim!  Może jak zacznie przyjeżdżać więcej Polaków, to i półki z polskimi pozycjami się pojawią.

Gdy na naszej drodze pojawi się księgarnia, nie żałujmy tych kilku chwil i wejdźmy do środka. Za niewielkie pieniądze można upolować prawdziwe perełki. Książki wycofane z druku, o niskim nakładzie lub po prostu niedostępne w Polsce, tu możemy kupić za kilkanaście złotych. Tylko uwaga, bo można spędzić godziny spacerując między półkami z ciasno upakowanymi książkami. A potem jeszcze kolejna księgarnia i kolejna…

  •  Przeżyć dzień bez prądu

Wyobraź sobie, że rozładowała ci się komórka. Albo chcesz naładować baterię do aparatu. Albo podładować laptopa. A prądu nie ma. Będzie wieczorem. Ale ty wieczorem będziesz akurat na kolacji. No to rano. Ale rano prądu już nie będzie. W południe? W południe przecież zwiedzasz. Zostajesz bez komórki, aparatu, laptopa. I nagle okazuje się, że da się przeżyć kilka dni bez sprawdzania maila. Że na świat można patrzeć też tak normalnie, a nie tylko przez wizjer aparatu. Że nie wszystko musi być sfotografowane, a my widzimy teraz jakby więcej, lepiej.

Przerwy w dostawie prądu w Nepalu to codzienność. Nie są to jednak przerwy przypadkowe. Mieszkańcy dobrze wiedzą, kiedy prąd będzie, a kiedy nie. W Katmandu przykładowo prądu nie ma dwa razy dziennie po kilka godzin, raz rano, a drugi raz wieczorem. Ale uwaga, każdego dnia są to zupełnie inne godziny. O ile nie wybraliśmy hotelu z własnym generatorem, czeka nas niezła zabawa. Wystarczy zdobyć szczegółową rozpiskę, dostosować plan dnia do braków prądu i cieszyć się wolnością od całej tej elektroniki, którą przytachaliśmy ze sobą na drugi koniec świata.

  • Odlecieć z Polakami w Pokharze

Jak powiem biegnij, to biegnij! – mówi Sergiej. Ruszam niepewnie, przewracam się, wstaję, biegnę dalej… Po chwili już szybuję wysoko w górze, pod sobą mając jezioro, a na horyzoncie ośnieżone szczyty Himalajów.

Paragliding, bo właśnie tę przyjemność sobie zafundowaliśmy, to jedna z popularniejszych atrakcji w Pokharze.  Piękna sceneria i idealne warunki panujące przez cały rok, przyciągają fascynatów z całego świata. Nie trzeba jednak mieć żadnego doświadczenia by spróbować.

W mieście działa około dwudziestu agencji, które każdego dnia wysyłają w górę setki turystów. Standardowy lot w tandemie, czyli z pilotem, trwa pół godziny, dla odważniejszych są godzinne loty po dolinie. Leci się z pilotem i wszystko, co musimy zrobić to biec przy starcie. Nie ma żadnego skakania w przepaść czy podskakiwania. Zanim się zorientujemy, skrzydło uniesie nas do góry, a nasze nogi będą dyndać w powietrzu. Potem to już tylko podziwiać widoki i uśmiechać się do zdjęć.

Przed startem spotykamy Pawła, pilota z Polski. Okazuje się, że w Pokharze pracuje pięciu polskich pilotów. Pasja, z jaką opowiadają o swojej pracy, sprawia, że już natychmiast chciałoby się polecieć znów. Jak będziecie w Pokharze, koniecznie poszukajcie ekipy z Polski. Już chłopaki postarają się by nie zabrakło Wam wrażeń!

Peron4 objął patronatem projekt Off The Track – co miesiąc będziecie mogli przeczytać teksty Moniki i Fryderyka. Ich wyprawę można śledzić na blogu Off The Track.

Monika Sternik

Pierwszy raz wsiadła do pociągu mając 21 lat. I to od razu na miesiąc. Od tamtej pory kocha być w drodze. Wkrótce w rocznej podróży po Azji, o której można przeczytać na Off the track.

Komentarze: 2

Lukasz 3 października 2013 o 4:09

Bardzo fajny, luźno napisany i przydatny tekst. Dzięki! Właśnie wybieramy się do Nepalu i nie jesteśmy „wielkimi trekkingowcami” więc polecane miejsca bardzo się przydadzą do planowania :-)

Odpowiedz

Justyna 22 lutego 2019 o 14:51

Hej, podpowiesz w których miejscach można spotkać polskich instruktorów paraglidingu w Pokharze?

Odpowiedz