Dziś jeżdżenie razem po świecie jest dla nas tak oczywiste, że nawet się nad tym nie zastanawiamy, ale przecież nie zawsze tak było. Jakoś i gdzieś musieliśmy się tego wspólnego podróżowania nauczyć. Szczególnie, że naszym pierwszym wyjazdem były dwutygodniowe wakacje all inclusive na Rodos w Grecji, a ostatnim roczna podróż z plecakiem dookoła świata.

Zaczynaliśmy od zbierania wspólnych doświadczeń podróżniczych cierpliwie i etapami. Wspomniany hotelowy pobyt w Grecji nie wymagał od nas ani wysiłku, ani planowania. Jednak leżenie na plaży zaczęło nas nudzić, więc wypożyczonym samochodem zwiedzaliśmy wyspę i szybko zorientowaliśmy się, że oboje wolimy ruszyć się z leżaka zamiast przesuwać go po plaży wraz z ruchem słońca. Dlatego następny wyjazd miał już w sobie delikatny posmak przygody i samodzielnego odkrywania świata.

Samodzielnie na Mauritius

Okazyjnie kupiliśmy bilety lotnicze na Mauritius, który wówczas wydawał się nam dość egzotycznym krajem. Zarezerwowaliśmy sobie hostel przez internet, co wtedy wydawało się niemal odważne, a co do zwiedzania to uznaliśmy, że zorganizujemy je sobie na miejscu.

Okazało się to proste i bezproblemowe, bo Mauritius to mała wyspa, na której nie trzeba ruszać się z plaży, żeby zarezerwować pływanie katamaranem czy trekking na wulkan. Sprzedawcy wycieczek sami nas znajdowali i ochoczo roztaczali przed nami kuszącą wizję czekających nas atrakcji. Była to też dla nas pierwsza okazja, żeby zobaczyć jak odnajdujemy się w sytuacjach kiedy na bieżąco musimy podejmować decyzje, szukać kompromisu i dogadywać się w nowych sytuacjach. A ponieważ nie mieliśmy z tym problemu uznaliśmy, że takie podróżowanie jest dla nas w sam raz.

Mimo tego, kolejny wyjazd (tym razem udaliśmy się na Kubę) znów zafundowaliśmy sobie z biura podróży, a to z tej prostej przyczyny, że była to podróż poślubna. Mając na głowie przygotowania ślubno-weselne ułatwiliśmy sobie życie kupując gotową wycieczkę. Dziś wspominamy ten wyjazd bardzo miło, ale przekonał nas on, że jednak wersja „samodzielnie i na żywioł” zdecydowanie bardziej nam odpowiada.

Na Kubie dość szybko zaczęliśmy szukać atrakcji poza Varadero, które było wówczas turystycznym kurortem zamkniętym dla miejscowych. Wypożyczonym autem na własną rękę zwiedziliśmy Hawanę, Trinidad i Santa Clara. Pozostał nam jednak niedosyt, wynikający nie tylko z faktu, że sporo czasu spędziliśmy nad hotelowym basenem, ale również dlatego, że nie umieliśmy ani słowa po hiszpańsku. Efekt? W miesiąc po powrocie zapisaliśmy się na lekcje tego języka i obiecaliśmy sobie wrócić na „gorącą wyspę”, kiedy będziemy lepiej przygotowani.

Kubańska rodzina

Znajomość hiszpańskiego pozwoliła nam poznać młodych kowbojów na Kubie. (Fot. Marta i Łukasz/swiatzbliska.pl)

Szlifujemy hiszpański w Peru i Boliwii

Nim jednak powtórnie wybraliśmy się na Kubę, w niecały rok po rozpoczęciu nauki wyruszyliśmy szlifować hiszpański i oglądać inkaskie ruiny w Peru i Boliwii. Tym razem cały wyjazd zorganizowaliśmy od początku do końca na własną rękę. Znajomość lokalnego języka bardzo się przydała, a podróż była wspaniała. Przez trzy tygodnie zachwycaliśmy się przyrodą Boliwii, historią Peru i atmosferą Ameryki Południowej. Odkryliśmy nowe podróżowanie, spotkaliśmy ludzi z różnych stron świata, posmakowaliśmy nieznanego. Wtedy ostatecznie się upewniliśmy, że taka forma spędzania urlopu daje nam najwięcej satysfakcji.

Tanie spanie – jak podróżować z namiotem

Planując nasze trasy podpatrywaliśmy zorganizowane wycieczki, żeby trochę się zainspirować i nie przeoczyć najciekawszych miejsc. Odkryliśmy przy okazji, że wyprawa na własną rękę kosztuje połowę mniej niż wyjazd z biurem podróży. Oczywiście nie ma się wówczas opiekuna, który czuwa nad nami i wszystkiego dogląda (mamy tu na myśli tych sumiennych pilotów), ale ma się za to pełną swobodę i niezależność. Tak więc jeśli ktoś myśli, że nie stać go na daleki wyjazd na przykład do Ameryki Południowej i zostają mu tylko wycieczki po Europie to jest w błędzie. Przygoda w Peru na własną rękę może być tańsza niż zorganizowane zwiedzanie Prowansji lub Toskanii.

Turysta w Ameryce Południowej

Wszystko co mam noszę przy sobie. (Fot. Marta i Łukasz/swiatzbliska.pl)

Azja na dwie tury i Ameryka Południowa

Przekonani, że zwiedzanie z plecakiem to sama frajda, kontynuowaliśmy naszą edukację podróżniczą i wybraliśmy się na nowy dla nas kontynent – do Azji. W dwóch kilkutygodniowych turach zwiedziliśmy Tajlandię, Kambodżę, Malezję i Singapur.

W międzyczasie wybraliśmy się też na ważną dla nas podróż do Wenezueli. O ile samodzielne wycieczki na Kubę, do Tajlandii, czy po Europie są bezpieczne i łatwe do zorganizowania, o tyle Wenezuela już budzi respekt. Jest to, według wielu statystyk, jedno z najniebezpieczniejszych państw na świecie, gdzie spotkanie policjantów podobno wcale nie jest lepsze niż natrafienie na złodziei, a jednych i drugich najlepiej omijać szerokim łukiem.

Mieliśmy trochę wątpliwości i mały stres przed wyjazdem, ale było warto, bo Wenezuela jest krajem równie pięknym, co ciekawym. Dobrze się do tej przygody przygotowaliśmy, a po powrocie nabraliśmy jeszcze więcej odwagi. Uznaliśmy, że skoro w takim miejscu udało nam się samodzielnie zorganizować zwiedzanie, noclegi i wszystko, czego potrzebowaliśmy, a do tego nikt nas nie napadł ani nawet nie okradł, to wszędzie sobie damy radę.

Ameryka Południowa – nie taki diabeł straszny

Boliwia 4x4

Na przejazd z Tupizy do Uyuni w Boliwii dobrze mieć samochód 4×4, zapas paliwa, wody i jedzenia. (Fot. Marta i Łukasz/swiatzbliska.pl)

W Ameryce Południowej bardzo przydał nam się też hiszpański, bez którego byłoby znacznie trudniej. Wiele razy musieliśmy nieźle pokombinować, żeby ustalić faktyczny rozkład jazdy, albo dostać bilety na autobus. Jest to też kontynent, który nauczył nas, że „nie ma, że się nie da”, bo zawsze znajdzie się jakieś rozwiązanie dające wyjście z podróżniczych kłopotów – wystarczy tylko być zdeterminowanym i walczyć o swoje.

Przemierzając Wenezuelę zaczynaliśmy już coraz bardziej intensywnie i realistycznie myśleć o takiej długiej i dalekiej podróży. Jednak zanim wyruszyliśmy w podróż życia zdążyliśmy spróbować jeszcze czegoś nowego, czyli couchsurfingu. O takim sposobie odwiedzania świata słyszeliśmy już wcześniej, ale jakoś się nie złożyło, żeby gdzieś skorzystać z uprzejmości miejscowych ludzi lub samemu kogoś ugościć. Skoro jednak planowaliśmy długą podróż, która miała też być okazją do próbowania nowych rzeczy to couchsurfing pojawił się na naszej liście. Zaprosiliśmy więc kilku podróżników do nas i wciągnęliśmy się w świat „kanap”.

Czas na podróż dookoła świata

Ponieważ mentalnie byliśmy już gotowi na długą podróż, zimą dwa lata temu podjęliśmy decyzję, że wybierzemy się na rok dookoła świata. Ale nie zapomnieliśmy o jednym postanowieniu, którym był powrót na Kubę, więc wybraliśmy się do Hawany, a z niej dalej na odkrywanie wyspy.

Kuba – wyspa jak wulkan gorąca

Aborygeńskie dzieciaki

Zabawa we frisbee z aborygeńskimi dzieciakami możliwa była dzięki couchsurfingowi. (Fot. Marta i Łukasz/swiatzbliska.pl)

Tym razem podróżowaliśmy na własną rękę lokalnymi środkami transportu, mieszkaliśmy u Kubańczyków, i poznawaliśmy ich dzięki znajomości języka hiszpańskiego. I choć zachwycała nas Hawana ze swoją tropikalno-zawadiacką duszą i podeptanym przez socjalizm, ale przebijającym gdzieniegdzie przepychem, to prawdziwe kubańskie życie zobaczyliśmy w małych mieścinach takich jak Remedios czy nad Zatoką Świń. Po tym wyjeździe nasz apetyt na odkrywanie świata nie mógł być już większy.

Do decyzji o wyjeździe we wspólną podróż dookoła świata dojrzewaliśmy więc latami. Sam pomysł narodził się w ciekawy sposób dobrze pokazujący, że oboje chcieliśmy to zrobić. Któregoś dnia wracając z pracy (każdy ze swojej) trafiliśmy na tę samą audycję radiową, w której para młodych ludzi opowiadała o swojej rocznej podróży przez kilka kontynentów. Gdy spotkaliśmy się wieczorem w domu oboje chcieliśmy o tym porozmawiać i oboje mieliśmy ochotę zrobić coś takiego. Żadne z nas nie musiało przekonywać drugiego. Oboje chcieliśmy jechać, a po kilku latach wspólnego podróżowania wiedzieliśmy już, że razem damy radę to zrobić.

Od audycji upłynęło kolejnych kilka lat zanim ostatecznie podjęliśmy decyzję i zrobiliśmy zdecydowane kroki w kierunku realizacji tego marzenia. Wiązało się to z rezygnacją i przerwą w pracy, a także z rozstaniem z rodzinami na dłuższy czas. Nie było to proste i na pewno nie zdecydowalibyśmy się na tę podróż gdyby nie to, że wiedzieliśmy, iż chcemy to zrobić we dwoje. Mieliśmy, co prawda, momenty wątpliwości, ale perspektywa spędzenia kilku miesięcy, (które finalnie przedłużyły się do kilkunastu) na poznawaniu świata z bliska za każdym razem przeważała. Zawsze któreś z nas mówiło: Zróbmy to! Przecież na pewno sobie poradzimy. Będzie fajnie!. A skoro pozbyliśmy się rozterek pozostało tylko zaplanować trasę. Nauczeni poprzednimi doświadczeniami, nie mieliśmy z tym problemu. No to ruszamy w drogę!

Transport w Nepalu

Nie ma to jak królewski transport w Nepalu. (Fot. Marta i Łukasz/swiatzbliska.pl)

Na świecie jest wiele miejsc, które chcieliśmy zobaczyć, ale wiedzieliśmy, że w rok nie damy rady zwiedzić wszystkiego. Musieliśmy więc dokonać wyborów. Po przedyskutowaniu wielu najróżniejszych scenariuszy w naszym planie rocznej trasy dookoła świata została Ameryka Południowa (Brazylia, Argentyna, Chile, Boliwia i Peru), Wyspa Wielkanocna, Polinezja Francuska, Nowa Zelandia, Australia, Wietnam, Laos i Chiny, a na deser Nepal.

Bardzo długo moglibyśmy opowiadać o miejscach, które nas zachwyciły, które zapadły nam w pamięć w szczególny sposób, i które jednocześnie nie były by tak wspaniałe widziane tylko jedną parą oczu. Ale to opowieść na osobny materiał. Dlatego też zapraszamy do innych tekstów napisanych dla Peronu4 oraz na naszego bloga www.swiatzbliska.pl, którego tworzyliśmy przez 326 dni wspólnej podróży dookoła świata.

Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński

Marta Cwalina-Śliwińska i Łukasz Śliwiński

W życiu i w podróżach oboje przede wszystkim nie chcą żałować, że czegoś nie spróbowali. Dlatego ciągle szukają okazji do poznania i przeżycia czegoś nowego. Prowadzą bloga Świat z bliska.

Komentarze: (1)

Marcin Wesołowski 15 września 2014 o 14:59

A propos Mauritiusa, ja wziąłem tam ślub. Organizowałem go sam. Dzień po ślubie zaczęliśmy z żoną pobyt poślubny. Takie 2 w 1, o wiele taniej niż w Polsce, i o wiele przyjemniej, szczególnie, że było to w grudniu.

Odpowiedz