Mówią, że porwali go, kiedy poszedł na spacer. Może czyjeś ręce złapały go mocno za ramię, pociągnęły w wąską uliczkę. Zarzucili mu kaptur na głowę i wrzucili na pakę ciężarówki? Czy ogłuszyli i przywiązali w piwnicy do krzesła? Jeśli nie stracił przytomności, pewnie mówił do nich – najpierw zaskoczony, może zdenerwowany, ale szybko zaczynający pertraktacje. Grzmiał swoim głębokim głosem wyrzucając z siebie arabskie słowa? Czy mówił cicho i grzecznie – próbując uspokoić porywaczy?

Porwali go kiedy poszedł na spacer. Kto do cholery chodzi na spacer po mieście, w którym toczy się wojna? Kto w kraju, gdzie od kul, bomb, noży i bagnetów zginęło już sto tysięcy osób wybiera się na spacer? Nie byłam na wojnie, nie wiem, ale wydaje mi się, że przecież nie da się spacerować pod ostrzałem. A jeśli nie ma ostrzału to i tak nie wychodzi się na spacer – zdobyć chleb, kupić wodę, sprawdzić, co dzieje się u sąsiada – tak. Ale na spacer? Tylko że im więcej o tym myślę, tym bardziej jestem przekonana, że Paolo Dall’Oglio był jedną z nielicznych osób, które naprawdę mogły powiedzieć „pójdę się przejść”. Potrzebował przestrzeni, żeby ułożyć myśli. Potrzebował być z ludźmi, żeby widzieć i rozumieć. Żeby wypełniać swoje powołanie.

Założyciel wspólnoty ojciec Paolo odprawia Pasterkę. (Fot. Leszek Szałapak)

Choć mówią też, że porwali go w trakcie rozmów między islamistami i Kurdami. Ojciec Paolo Dall’Oglio przyjechał do Ar-Rakka – miasta na północy Syrii, które jest pod kontrolą rebeliantów – żeby negocjować zwolnienie zakładników. Czemu wierzył, że akurat jemu się uda? Bo ma misję, wiarę i dużo pewności siebie.

Robił to już wcześniej. Nawet po tym, kiedy reżim Baszara el-Asada wyrzucił go z Syrii. Przyjeżdżał na nielegalne misje, pertraktował, negocjował, uspokajał, prosił, tłumaczył. Nie wiedziałam, że wracał do Syrii, śledziłam tylko jego drogę po Stanach i Europie podczas której próbował poruszyć nasze sumienia: tam toczy się wojna, tam giną ludzie, tam jest strach, tam jest głód, tam jest przerażenie.

Nie udało mu się. Rebelia zamieniała się wojnę domową, każdego dnia powstają nowe frakcje, nowi wrogowie. Linie podziału mnożą się w oczach. Każda odmienność to powód do wystrzelenia kuli: religia, pieniądze, kolor oczu, miejsce zamieszkania.

Paolo Dall’Oglio do Syrii trafił w 1982 roku. Młody włoski jezuita z powołaniem do życia w świecie arabskim. Odbudował z ruin klasztor Mar Musa, w którym założył wspólnotę mnichów i mniszek żyjących pod jednym dachem. Zakonnicy pochodzili z różnych odłamów chrześcijaństwa i różnych miejsc na świecie – ale łączyło ich jedno: miłość do islamu i braci muzułmanów. Praktykowali abrahamową gościnność – na tarasie z widokiem na pustynię witali herbatą każdego: żyda, chrześcijanina, muzułmanina. Wierzącego i niewierzącego. Dawali mu uwagę, chwilę rozmowy, czas na skupienie, moment bycia razem: przy posiłku; podczas medytacji; na mszy w kościele, która była prowadzona po arabsku. Pościli w Ramadanie, przyjaźnili się z sufimi, odwiedzali się wzajemnie podczas ważnych świąt. Dyskutowali o dialogu, o życiu obok siebie i o życiu razem. Wszyscy nazywali Paolo Dall’Oglio „abuna” – ojciec.

Deir Mar Musa – niezwykły klasztor

Od prawie dwóch lat klasztor Deir Mar Musa zamiast turystów przyjmuje uchodźców. W ciągu pierwszego pół roku wojny został trzy razy zaatakowany. Mnisi i mniszki, którzy nie są Syryjczykami, wyjechali do Iraku i tam zakładają nowy klasztor. Ojciec Paolo Dall’Oglio od początku angażował się w to, co wydawało się rebelią, ale szybko zmieniło się w wojnę domową. Występował przeciwko reżimowi Asada, urządzał spotkania ludzi z odmiennych frakcji – dyskusje o tym, jak budować pluralistyczną Syrię, a nie nową tyranię. Dawał schronienie uchodźcom. Jeździł pertraktować zwolnienia chrześcijańskich zakładników. Gościł żałobników opłakujących śmierć młodego reżysera – Bassela Al Shahade – który nagłaśniał to, co dzieje się w Syrii. W czerwcu zeszłego roku reżim powiedział dość, a kościelni patriarchowie dali Dall’Oglio do zrozumienia, że już dłużej nie będą go chronić. Musiał wyjechać.

Serce Deir Mar Musy mieści część otwartą dla gości i kościół. W oddali budynki części męskiej i gospodarstwo. (Fot. Jagoda Pietrzak)

Mój tekst o syryjskim klasztorze w środku wojny czekał na publikację ponad pół roku. Mało interesujący dla polskocentrycznego świata temat – zbyt odległy, zbyt inny, jeszcze za mało ofiar. Poszedł jako tekst świąteczny: do zadumy i refleksji.

Dopiero kiedy w Syrii zaczęli umierać zachodni dziennikarze, kiedy porwano polskiego fotografa – Syria zaczęła pojawiać się w mediach nie jako statystyka ale jako refleksja nad nami (świetny tekst włoskiej dziennikarki Francesci Borri Syria to nie jest miejsce dla nikogo). W miejscu, które jest – geograficznie – nie dalej od nas niż Hiszpania, ale w naszej świadomości mogłoby równie dobrze być na innej planecie, w tym miejscu giną codziennie ludzie. Spróbujcie chociaż zrozumieć ten ból, ten strach, tą rozpacz. Spróbujcie zrozumieć, że to się dzieje naprawdę. Spróbujcie zrozumieć, że giną ludzie tacy jak wy – wasi sąsiedzi, panie z lokalnego sklepu, nauczycielki waszych dzieci, wasi synowie. To nie obca rasa z celuloidu widziana tylko na płaskich ekranach naszych komputerów (jeśli tylko damy im zaistnieć klikając na wiadomości z Syrii i skupiając naszą uwagę przez minutę na filmiku z YouTube) – bez uczuć i emocji. To ludzie z krwi i kości. Ludzie, którzy się boją. Ludzie, którzy są zdesperowani. Ludzie, którzy próbują bronić tych, których kochają. Wierzę, że to właśnie dla nich Dall’Oglio wracał do Syrii kilkakrotnie. Wierzę, że to dla nich pertraktował zwolnienie zakładników. Wierzę, że to dla nich wyszedł na ten spacer.

Tak sobie myślę: ilu tych roześmianych ludzi z tarasu Mar Musa, którzy wspięli się po stopniach wykutych w skale z plecakami i przewodnikami Lonely Planet pod pachą, ilu tych Francuzów, Włochów, Polaków, Japończyków, Amerykanów, Holendrów, Niemców, Anglików, Australijczyków, którzy w tysiącach doświadczali marmusowej gościnności – ilu z nich z łezką w oku kręci głowami i wzdycha: „jakie to straszne” i po chwili zadumy wraca do własnego życia. A ilu z nich robi coś – cokolwiek – dla Syrii. Choćby opowiadając o ludziach, którzy tam mieszkają i pokazując innym, że to nie jest obcy świat.

A ilu z was, którzy przecież jesteście dobrzy – nie kradniecie, nie zabijacie, jesteście wrażliwi na biedę, dbacie o swoje dzieci, ograniczacie jedzenie mięsa, przykładacie się do pracy, oburzacie się na niesprawiedliwość – ilu z was przejęło się na chwilę, a potem znowu wróciło do swojego bezpiecznego świata?

Timothy Garton Ash nawoływał – zróbcie coś. Zróbcie coś natychmiast. Zanim wyjedziecie na wakacje. Przelejcie chociaż pieniądze na organizacje, które próbują coś robić za was. Ja w pośpiechu spakowałam walizki i wyjechałam zajęta kończeniem tekstów na ostatnią chwilę, planowaniem trasy i obmyślaniem nowych tematów. Pieniędzy nie przelałam.
Dopiero bezkompromisowa postawa ojca Paolo Dall’Oglio przypomina mi, że życie bez codziennego praktykowania wyznawanych wartości jest życiem jałowym. Za każdym razem kiedy oburzamy się świętym gniewem i krzyczymy to straszne, z tym trzeba coś zrobić, przecież tam giną ludzie – i nie reagujemy na nasze własne okrzyki, nie podążamy za impulsem do działania – za każdym razem coś w nas umiera. Powiększa się i tak już ogromna pustka.

Rozmawiałam z nim tej nocy, której dowiedział się, że musi opuścić swoją ukochaną Syrię. Pytałam czemu? Czemu jeździ, czemu naraża siebie i to, co tak długo budował. Zagrzmiał: tyle lat mówię o miłości do muzułmanów, tyle lat głoszę wiarę w dialog, dziś mogę sprawić, że to nie będą puste słowa.

Dlatego jestem przekonana, że Paolo Dall’Oglio rozmawia ze swoimi porywaczami. Mówi do nich, rozumie ich, nie oskarża. Dyskutuje, pyta, może czasem nawet ofuknie. Praktykuje to, co sam głosił przez ostatnie trzydzieści lat.

A ja – na wakacjach z tymi moimi walizkami i niezrobionym przelewem – zastanawiam się ile jeszcze zabitych europejskich dziennikarzy, ilu porwanych polskich fotografów, ile uprowadzonych księży potrzeba, żebyśmy naprawdę zaczęli działać? Żebyśmy zaczęli praktykować to, w co twierdzimy, że wierzymy.

 Boże Narodzenie w Deir Mar Musa

Kasia Boni

Kasia Boni

Z wyjazdów przywozi smaki i notesy pełne przepisów. A potem próbuje te smaki odtworzyć, żeby choć na chwilę wrócić do wspaniałej Azji (i nie tylko tam). Pisze o tym na blogu Smak Podróży

Komentarze: 2

ważka 12 sierpnia 2013 o 16:30

Zatrudniacie korektorów? Szkoda, że nie.

Odpowiedz

Europcar Warszawa 29 sierpnia 2013 o 14:03

Hey

ten konflikt przypomina mi trochę to co działo się w Rwandzie w 1994 roku. w ciągu trzech miesięcy zginęło co najmniej 1 milion 200 tysięcy ludzi…
I większość wojska zachodniego wyjechała w popłochu, na przykazanie UN.

A Syria? skomplikowana sprawa, bo właściwie najsilniejszym krajem jest ten który potrafi rozprawić się ze swoimi problemami samodzielnie

Odpowiedz