21 I 2012 zakończyliśmy „Tańce wśród Piratów”, wróciliśmy z wymarzonej podróży po Ameryce Centralnej, która mogła trwać tak długo, dzięki firmie whynotfly.pl. Ciekawość świata wiodła nas przez kolejne kraje, a popularna w tych stronach świata muzyka dodawała nam skrzydeł.

Tańczyliśmy salsę i bachatę, przy okazji szukając śladów piratów z Karaibów. Rozglądaliśmy się też za skarbami, które czekały na nasze odkrycie…

Sobota, 19 XI 2011, Park Narodowy Tortugero

Zupełnie zaspani, szybko spakowaliśmy się i pojechaliśmy na dworzec autobusowy, żeby dostać się do Tortugero, ostoi żółwi morskich i błotnych. Żeby dostać się tam, z San Jose należy pojechać do Cariari, następnie do Pavon, a potem jeszcze 42 kilometry łodzią motorową do Tortugero, rzeką.

Rozbiliśmy namiot i poszliśmy szukać żółwi na plaży. Ponoć małe żółwie wykluwają się do końca października, ale mieliśmy nadzieję, że może zaobserwujemy jakieś opóźnione egzemplarze.

Tortugero to miejsce, gdzie Morze Karaibskie od razu jest bardzo głębokie, a plaża jest szeroka i piękna. Właśnie ten zakątek ziemi upodobały sobie wielkie żółwie morskie jako teren swojego rozrodu. Od czerwca wychodzą rano z otchłani morskiej, na granicy plaży i lasu tropikalnego składają liczne jaja i zmykają z powrotem do morza. Wieczorami z jajeczek, które nie stały się łupem drapieżnych ptaków, wylęgają się maleńkie żółwiki i również dreptają ku morskiej toni…

Pomimo przejścia 8 km plaży, nie znaleźliśmy jednak ani grama żółwia. Pomyśleliśmy, że jest za wcześnie: na ulotkach parku jest napisane, że najlepszy czas na obserwację to między godziną 22 a 24. Jednak nawet spacerując z czołówkami do późnej nocy, na pograniczu plaży i dżungli, znaleźliśmy tylko gniazda żółwi, i pozostawione przez maleństwa skorupki…

-Więc przyroda jest bardzo dokładna. Teraz nie ma już żółwi – westchnęłam. Do późnej nocy nie znaleźliśmy żadnego.
Marcin

Niedziela, 20 XI 2011, Tortugero

Słońce obudziło nas tuż po piątej. W nocy ulewnie lało, krople wody dudniły o nasz mały namiot – nie należeliśmy zatem do za bardzo wyspanych. Ale pragnienie przygody było większe niż senność.

Poszliśmy na plażę, z nadzieją, że może teraz zobaczymy żółwie. Niestety, żaden nie chciał się nam pokazać.

Za 10 $ wynajęliśmy sobie canoe, z którego mogliśmy korzystać przez cały dzień. Postanowiliśmy spożyć pierwszy posiłek. Marcin dziarsko pokroił bagietkę i pomidora swoją nowo nabytą maczetą, po czym posmarowaliśmy kromki mazistym awokado i zjedliśmy pyszne śniadanie na wodzie. Posileni, ruszyliśmy ku systemowi rzek i kanałów przecinających dżunglę.

Wpłynęliśmy do serca prawdziwej dżungli. Tropikalna rzeka okazała się domem dla wielu gatunków zwierząt. Przez cały czas towarzyszyły nam przepiękne niebieskie motyle, wielkie jak dłoń oraz nieco mniejsze, pomarańczowe i żółte. Nad brzegiem odpoczywały duże ptaki, jedno o śnieżnobiałych piórach, inne srebrzystoniebieskie. Po godzinie płynięcia spostrzegliśmy przy brzegu rodzeństwo małych kajmanów.

– Ciekawe, gdzie jest ich mama… – zapytał Marcin.

Płynęliśmy dalej. Po gałęziach wysokich drzew, spowitych sieciami lian, skakały małpy kapucynki. Niektóre udało się nam nawet sfilmować!

Dżungla pięknie śpiewała głosami tropikalnych ptaków i insektów, które dawały nam co chwile o sobie znać… Na szczęście mieliśmy dobry repelent, który sprawiał, że komary nie chciały za bardzo z nami się zaprzyjaźniać. Braliśmy też doustnie osłonę przeciwmalaryczną, dlatego mogliśmy oddać się podziwianiu przyrody w sposób bezpieczny.

Głos dżungli to też pękające co chwilę suche gałęzie drzew, po których skaczą małpy, stukanie dzięciołów i… groźne, donośne wycia. Prawdopodobnie wycia dochodzące z zarośli były sprawką jaguarów, gdyż te właśnie koty pomieszkują w żółwiowym parku.

– Szkoda tylko, że nie ma tu żadnych żółwi – powiedział Marcin.
– Bardzo szkoda. Nad morzem już chyba ich nie zobaczymy, ale możliwe, że będą jeszcze jakieś słodkowodne. Bo z tej strony parku pod ochroną są żółwie rzeczne.
– No to moglibyśmy choć takie zobaczyć.
– Płyńmy dalej, może się uda. Ja bardzo, bardzo chciałabym zobaczyć tukany.
– Ponoć jest to bardzo trudne.
– Szczególnie jeśli cały czas patrzymy na rzekę i szukamy żółwi – tukany raczej będą w górnych partiach drzew…
– Magda, Magda, patrz! Żółwie! Są dwa, tam na konarze!

Patrzę, faktycznie! Na zwalonej kłodzie dwa dorodne żółwie zażywały kąpieli słonecznej. Z radością zaczęliśmy je fotografować.

Popłynęliśmy jeszcze dalej. Im głębiej zanurzaliśmy się w dżunglę, tym rzeka była spokojniejsza, a przyroda bardziej tajemnicza. Wszystko żyło swoim rytmem, stanowiło krąg istnień splecionych ze sobą zależnościami, w które nie ingerowały żadne siły ludzkie.

Płynęliśmy w ciszy, zachwyceni. Wdychaliśmy dziewiczą zieleń terenu, melodię wody, błękit nieba i wolność ptaków. Od żółwi zaczęło wręcz roić się. Na każdym rozgrzanym przez promienie kamieniu zainstalował się przynajmniej jeden osobnik, a na kłodach zajmowały miejscówki całe żółwiowe rodzinki. Niektóre z nich były bardzo płochliwe – tylko zbliżyliśmy się, a rodzinka żółwi chlup, do wody. Inne chętnie pozowały do zdjęć i filmów.

Przed południem postanowiliśmy zawrócić. Słońce paliło naszą skórę. Mieliśmy w planie przejść jeszcze jeden szlak lądem.

– Marcin, patrz! Tam jest krokodyl! I to całkiem duży! – krzyczę.
– Gdzie? Zdaje ci się, to na pewno konar. Nic nie widzę.
– Tu, zawróć trochę, zobaczysz.

Podpłynęliśmy bliżej. Dorodny, około metrowy kajman wylegiwał się na kawałku pływającego drewna.

Obfotawszy zwierzaka, popłynęliśmy dalej.

– Marcin, tu znowu jest krokodyl! – krzyczę.
E, tam, ty wszędzie widzisz krokodyle – skomentował Marcin.
– Serio. Zobacz tu! Tylko nie płyń za blisko, bo to już naprawdę spory kawał zielonego ciałka.

Podpłynęliśmy jednak na tyle blisko, że udało się nakręcić film pokazujący, jak krokodyl otwiera i zamyka paszczę, w której na języku przysiadł mu niewielki motyl. W rytm otwierania i zamykania szczęki, motyl otwierał i zamykał swoje skrzydła.

Pełni wrażeń, dopłynęliśmy do wioski. Oddaliśmy czółno i podzieliliśmy się impresjami z rejsu. Koleś, który wypożyczał czółna był z nas dumny.

– A tukany widzieliście?
– No właśnie nie!
– To jest trudne. Ciężko jest je zobaczyć.

Zjedliśmy wielkiego ananasa i kokosa i poszliśmy ponownie do parku, przejść jeszcze wybraną lądową ścieżkę.

– Mówisz, masz! – szepnął do mnie nagle Marcin.
– Co?
– No tukany! Zobacz, tu na gałęzi!
Wyjęłam szybko aparat i sfotografowałam jednego z nich, gdyż drugi w parę sekund odleciał.

Szybko pokonaliśmy trasę i w poczuciu ogromnego zadowolenia, trzymając się za ręce wróciliśmy do namiotu brzegiem morza. Spakowaliśmy się i popędzili na ostatnią łódkę, która wypływała ku cywilizacji.

Pomachaliśmy parkowi na do widzenia i pomału pokonywaliśmy kolejne kilometry drogi. Nagle, mniej więcej w połowie drogi, silnik odmówił posłuszeństwa. Przestał działać. Spora motorówka, z około 30 osobami na pokładzie, zaczęła dryfować z powrotem w kierunku „Żółwiowa”, obijając się co chwilę o brzeg i nabierając wody.

Załoga motorówki zdołała zatrzymać łódkę i za wszelką cenę starała się naprawić motor. Zatrzymała się inna łódka, wioząca ludzi z innego kanału. Dwie ekipy pracowały nad naszym silnikiem, niestety bezskutecznie…

Po jakimś czasie minęła nas pusta łódka wracająca już z Pavony w stronę Tortugero. Jej motorniczy spostrzegł dwie łódki przy brzegu i podpłynął do nas. Zorientowawszy się, że mamy poważny problem, a pomału zaczyna się ściemniać, zaproponował, że zabierze nas wszystkich swoją łódką do Pavony. Pasażerowie przeokrętowali się z ulgą.

Sprawnie dopłynęliśmy do celu, czekał na nas autobus, który zawiózł nas do Cariari. Niestety, ostatni autobus do San Jose odjechał nam pół godziny temu. Ale okazało się, że jeszcze 3 osoby chcą dziś jechać do San Jose, a kierowca autobusu bardzo chciał nam w tym pomóc. Zadzwonił do swojego kolegi taksówkarza, który natychmiast znalazł się na dworcu i za niewielką opłatą zawiózł naszą piątkę do większego miasta, skąd o 19 odjeżdżał autobus do San Jose.
Magda

To jednak nie koniec naszych przygód tego dnia…

Czytaj więcej na: www.magdaimarcin.pl oraz  na www.facebook.com/magdaimarcin

Magdalena i Marcin Musialowie

Ona – żona swojego męża Marcina, którego kocha od pierwszego wejrzenia. On – miłośnik żony, wina i śpiewu.

Komentarze: (1)

Magda i Marcin 30 marca 2012 o 21:41

będzie też trochę o kajmanach, jaguarach i małpach kongo :)

Odpowiedz