Był wczesny poranek. Wyszliśmy na ulicę. Oślepiający blask wschodzącego nad miastem słońca nie pozostawiał złudzeń, że będzie to kolejny, upalny dzień. Świadomość zbliżającej się wielkimi krokami spiekoty odbierającej wszelkie siły i chęci do czegokolwiek motywowała nas do szybkiego marszu.

Meczet w Samarkandzie -= podróż do Uzbekistanu

Bogata ornamentyka budowli to bez wątpienia esencja Uzbekistanu. (Fot. Tomasz Kik)

I nawet widok mężczyzn siedzących w pobliskiej czajchanie i popijających w cieniu rozłożystych drzew leniwie zieloną herbatę, mimo że kusił do krótkiego przystanku, nie był w stanie tego dnia zmienić naszych planów. Spieszyliśmy się bowiem na autobus, którym opuszczaliśmy bajeczne królestwo legendarnego Tamerlana.

I trochę żal było opuszczać to miejsce, w którym turkusowe kopuły meczetów oraz wymyślnie rzeźbione, strzeliste minarety mieniły się w promieniach wschodzącego słońca na tle majaczących w oddali ośnieżonych wierzchołków gór. Bo to one właśnie swym wdziękiem kusiły bardziej, a my choć oczarowani ich pięknem, zmierzaliśmy jednak w przeciwnym kierunku…

* * * * *

Samarkanda. Jedno z najstarszych miast świata liczące sobie ponad dwa i pół tysiąca lat. Jest zarazem jednym z najważniejszych miast położonych na trasie Jedwabnego Szlaku. Swą sławę zawdzięcza w głównej mierze okrutnemu władcy Timurowi, zwanemu również Tamerlanem. To on uczynił ją jednym z najsłynniejszym w świecie ośrodków kultury, nauki oraz sztuki.

Legenda głosi, że po podboju Indii Timur przywiózł ze sobą do Samarkandy architektów z Delhi, żądając od nich by stworzyli coś piękniejszego aniżeli to, co ujrzał w Indiach. I stworzyli, a miasto stało się jego dumą. Pewnie dlatego na jednej z bram natchniony władca kazał napisać jeśli wątpisz w naszą potęgę, spójrz na nasze budowle. A my nie do końca dowierzając jego słowom postanowiliśmy to sprawdzić, udając się w daleką podróż do Uzbekistanu

* * * * *

W końcu dojeżdżamy. Mimo, że Samarkanda wita nas przelotnym deszczem jest stosunkowo ciepło. Kilka dni w pociągach, kilka nieprzespanych nocy. Wydłużające się w nieskończoność godziny spędzone na dworcach, w autobusach, chwile niepewności i napięcia na granicach. To cena, którą musimy ponieść by się tutaj znaleźć. Czy jednak aby cena nie za wysoka?

Odpowiedzi na to nurtujące nas od pewnego czasu pytanie szukamy podczas spaceru po mieście. Już kilkanaście minut zwiedzania rozwiewa wszelkie wątpliwości. Miasto wywiera na nas bowiem ogromne wrażenie. Monumentalny Registan, błękitne kopuły meczetów oraz bogata ornamentyka budowli to bez wątpienia główna wizytówka Samarkandy ciesząca oko każdego inostrańca, który tu dociera.

Nie w tym tkwi jednak jego prawdziwe piękno, którego nie dostrzeże ten, kto swój pobyt tutaj ograniczy wyłącznie do spaceru wzdłuż budek z pamiątkami szczelnie okalających najbardziej popularne atrakcje turystyczne Samarkandy. Wystarczy bowiem zejść z utartych, turystycznych ścieżek, skręcić w piaszczystą, wąską uliczkę i rozejrzeć się wokół siebie, by ujrzeć obraz rzeczywistości dokładnie ten sam, który tworzy nasza wyobraźnia w trakcie lektury Imperium pióra Ryszarda Kapuścińskiego. Bo uliczka, w którą skręcamy jest wejściem do labiryntu niezliczonych, krętych ścieżek, będących esencją Starego Miasta Samarkandy. Tędy właśnie spacerował sam mistrz Kapuściński, podglądając życie, które tu się toczy. My również podglądamy. I nawet pomimo upływu tylu lat wydaje się, że widzimy wciąż to samo. Jest więc stary, brodaty człowiek, który przykucnął akurat na moment w cieniu rozłożystych drzew pod bramą swego domu. Są dzieci żywo reagujące na nasz widok, kobiety sprzedające owoce i warzywa, grono mężczyzn siedzących w kucki przy imbryczku świeżo zaparzonej herbaty. I uzupełniający całość, dochodzący z oddali, przejmujący śpiew muezzina nawołującego do popołudniowych modłów.

Wszystko to razem zdaje się tworzyć wyraźnie wyczuwalną harmonię, którą bez wątpienia musiał czuć też Kapuściński podczas swego pobytu w mieście. Dlatego, podobnie jak On, nie szukamy wcale wyjścia z zawiłego labiryntu ścieżek i świadomie gubimy się w zaułkach Starego Miasta Samarkandy, delektując się każdą chwilą, którą tu spędzamy. Chwila zadumy przy świeżo zaparzonej czarce herbaty oraz związany z nią zupełny brak pośpiechu to bowiem wspaniałe doznanie, którego nie jesteśmy w stanie doświadczyć w rzeczywistości, w której na co dzień musimy się obracać.

Dlatego dopiero pobyt tutaj uzmysławia nam, że tylko odrzucenie wszelkich przyzwyczajeń, którym ulegamy w codziennym życiu oraz wyhamowanie jego tempa umożliwia osiągniecie lekkości ducha, na którą przepis „z dziada pradziada” przekazuje tu ulica. Przepis dodajmy banalnie prosty, od lat pozostający niezmiennie ten sam, bez względu na postęp cywilizacyjny i zmieniające się z dekady na dekadę trendy w modzie i kulturze. Bo szczęśliwym tutaj można po prostu być lub też dążyć do szczęścia rozumianego w naszym świecie wyłącznie przez pryzmat gromadzenia dóbr materialnych, za którymi pogoń niestety nie kończy się nigdy. I właśnie to decyduje o ogromnej różnicy kultur wschodu i zachodu, stanowiąc tym samym powód naszej fascynacji Azją Środkową.

A my, zagubieni gdzieś w jej wnętrzu, stojąc na rozdrożu dróg nie tęsknimy wcale za światem, który zostawiliśmy i szukamy transportu dalej. Po opuszczeniu Samarkandy kontynuujemy bowiem naszą podróż, zapuszczając się w coraz to bardziej jałowe obszary Pustyni Kyzył – Kum…

* * * * *

10 000 SUM od osoby. Tyle wynosi koszt przejazdu marszrutką z Samarkandy do Buchary. Cena do przyjęcia, tym bardziej, że kierowca obiecuje zawieść nas tam dokąd tylko chcemy. Ponieważ pogoda dopisuje i trudno spodziewać się czegoś innego aniżeli żaru lejącego się z nieba, w końcu zamierzamy zrealizować przedwyjazdowe założenia i rozbić namioty gdzieś na obrzeżach Buchary. Nie dysponując jednak żadnymi informacjami na temat dogodnych ku temu miejsc zdajemy się na naszego kierowcę, który ostatecznie wysadza nas przy broniących dostępu do miasta ufortyfikowanych rogatkach, wokół których, gdzie okiem sięgnąć, rozpościerają się wyłącznie pola uprawne gdzieniegdzie urozmaicone tylko nielicznymi kępkami drzew i stojącymi w ich sąsiedztwie gospodarstwami. Wizyta w pierwszym z nich kończy się pełnym sukcesem i dzięki gościnności ich właścicieli po chwili możemy rozbić już namioty w zbawiennym cieniu rzucanym przez rozłożyste korony drzew.

W ten oto sposób jesteśmy gotowi do podboju Buchary – kolejnego z wielu architektonicznych dzieł wspomnianego wcześniej Tamerlana. Zwiedzamy więc miasto, które jednak nie wywiera na nas spodziewanego wrażenia. Owszem, ogromna liczba pamiętających zamierzchłe czasy meczetów, medres i innych budowli skupionych w obrębie Starego Miasta wraz z jego ciekawą, orientalną architekturą niewątpliwie robi wrażenie i może się podobać. Zatrzęsienie natomiast kolorowych kramików z pamiątkami, stylizowane na czajchany drogie restauracje, miejscowi oferujący wszystko to, na co mamy ochotę, a także nienaturalny dla tego miejsca ład i porządek, którego na próżno szukać chociażby w Samarkandzie sprawiają, że atmosfera miejsca niestety zatraca się, a miasto sprawia wrażenie zupełnie wymarłego nawet przy dużym natłoku turystów.

Cały dzień spędzony w Bucharze może więc męczyć. Spacer po mieście mimo zgoła odmiennej scenerii do złudzenia przypomina bowiem przechadzkę po zatłoczonych Krupówkach, ciężko tu o jakieś ustronne miejsce, w którym choć przez chwilę można by odpocząć. Z chęcią więc wracamy na nasze gospodarstwo, gdzie w towarzystwie leciwych choć wciąż krzepkich gospodarzy, w cieniu drzew i wśród śpiewu ptaków, oddajemy się słodkiej labie, przygotowując się do konfrontacji z miejscem, gdzie jak podejrzewamy jakichkolwiek śladów turystyki znaleźć już nie sposób.

* * * * *

Wraki statków w Mujnaku - zdjęcie z podróży do Uzbekistanu

Morze Aralskie niepostrzeżenie odeszło, a wraz nim złudzenia o świetlanej przyszłości Mujnaku. (Fot. Tomasz Kik)

Koniec świata, czarna rozpacz, a może po prostu beznadzieja. Z pewnością coś pomiędzy. Tak właśnie odbieramy Mujnak, niewielkie miasto położone w zachodniej części Uzbekistanu, będące kolejnym punktem na trasie naszej podróży. Obecnie zamieszkane przez kilkaset osób jeszcze pod koniec lat siedemdziesiątych tętniące życiem. W przeszłości stanowiło bowiem ważny port Uzbekistanu oraz główny ośrodek przetwórstwa ryb w tej części świata.

Dzisiaj jednak, wskutek wysychania Jeziora Aralskiego będącego wynikiem decyzji ówczesnych władz radzieckich o zmianie biegu zasilających je rzek w celu nawadniania pól bawełny, miasto położone jest ponad sto pięćdziesiąt kilometrów od linii brzegowej. Upadek rybołówstwa sprawił, że tutejszy przemysł przestał zupełnie istnieć wobec czego większość mieszkańców żyje tu z rent i zasiłków choć nierzadko również i bez nich. Duża zawartość soli w glebie natomiast nie pozwala na uprawę żadnych roślin, a dokuczliwe braki wody pitnej pogłębiają i tak już dramatyczną przecież sytuację, powodując, że ludzie pozbyli się tu w zasadzie wszelkiej złudzeń na lepsze jutro.

* * * * *

Dojazd z Buchary do Mujnaku zajmuje ponad dobę. Najpierw męcząca piętnastogodzinna podróż autobusem przez piaski Pustyni Kyzył – Kum. Po drodze niespodziewane atrakcje – wymiana silnika, kilkanaście kilometrów dalej kolejna, tym razem szczęśliwie tylko koła. Zwłoka czasowa spowodowana awarią nie pozwala niestety zdążyć na jedyny tego dnia pociąg do Kungradu oddalonego zaledwie o kilkadziesiąt kilometrów od Mujnaku. Pozostaje zatem droższy wariant – bezpośredni autobus, którym w bydlęcych warunkach zmierzamy powoli do celu.

Podczas drogi krajobraz wyraźnie ulega zmianie. Zielone łąki pełne kolorowych kwiatów powoli ustępują miejsca suchym stepom, by ostatecznie przeistoczyć się w jałową, monotonną półpustynię gdzieniegdzie urozmaiconą tylko płatami osadzonych kryształów soli, a unoszący się w powietrzu pył do złudzenia przypomina smog – wyziew dużego przemysłowego miasta. Lecz żadnego miasta tu już nie ma. Są natomiast tylko jego pozostałości.

W końcu dojeżdżamy. W pierwszej kolejności przekraczamy rogatki, które opuszczone i zniszczałe bardziej przypominają ruiny aniżeli punkt kontrolny, przy którym wysiedliśmy w Bucharze. Ni stąd ni zowąd kierowca gwałtownie hamuje i donośnie trąbi. Stado wychudzonych do granic możliwości krów przechodzi akurat przed drogę. To dopiero jednak przedsmak tego, co niebawem mamy ujrzeć…

Wysiadamy na ostatnim przystanku. Witają nas ruiny i zgliszcza. Gdzieś pomiędzy nimi poupychane domy, w większości lepianki. Ulice Mujnaku świecą pustkami. Na pierwszym planie, tuż przed nami, teatr. Dzisiaj już tylko ruina – symbol dramatu jaki się tu rozegrał, jeszcze wczoraj symbol świetności miasta. Lodowaty, porywisty wiatr unoszący tumany kurzu, barwi miasto odcieniami szarości, potęgując tylko uczucie przygnębienia i beznadziei jaka tu panuje.

Noc spędzamy w hotelu, a przynajmniej w czymś na jego kształt. Lecz, mimo że jest on w zasadzie kolejną ruiną, w dodatku bez wody i… łóżek, które zastępują stęchłe i dziurawe materace, nie mając jakiekolwiek alternatywy fakt ten nie ma dla nas zupełnie żadnego znaczenia. Pokój bowiem daje schronienie przed chłodem nadchodzącej nocy i nieufnymi spojrzeniami nielicznych mieszkańców, których po drodze spotykamy.

* * * * *

Opuszczona fabryka konserw rybnych w Mujnaku - relacja z podróży do Uzbekistanu

Mujnak. Kombinat konserw. Jeszcze wczoraj symbol świetności, dzisiaj pomnik ekologicznej klęski… (Fot. Tomasz Kik)

Słoneczny poranek dnia następnego motywuje nas do szybkiego wyjścia. Uzbrojeni w okulary przeciwsłoneczne oraz inne „niezbędne” do życia gadżety wyruszamy w trasę, a aparaty zaraz po wyjściu zapisują zastaną tu rzeczywistość. Ruina fabryki, opuszczony zakład konserw rybnych, podupadłe, odrapane bloki, wreszcie domy sklecone ze wszystkiego, co tylko jest pod ręką to obrazki, które mijamy po drodze. I gdzieś pomiędzy tym ludzie. Bezsilni, zmęczeni, obojętni. Pozbawieni jakichkolwiek złudzeń na lepszą przyszłość przesiadują godzinami pod bramami swoich domów lub wałęsają się bez celu przysypaną piachem ulicą. I tak dzień po dniu, miesiąc po miesiącu, rok po roku. Od lat. W ten oto sposób upływa tu życie.

Sklepy świecące pustkami, jeden autobus dziennie w kierunku… normalności. Brak pracy, brak wody, brak perspektyw, w zasadzie brak wszystkiego… Tylko piach i zepsute powietrze. To proza życia codziennego mieszkańca Mujnaku. Stąd też nikt się tu nie spieszy, nie ma przecież dokąd…

Morze już nie wróci – recenzja książki Bartka Sabeli

Opuszczamy miasto. Przez wydmy, a następnie dnem Morza Aralskiego, docieramy do pozostałości portu i zatopionych w morzu piasku kutrów rybackich. W momencie cofania się wody pozostawione same sobie, nikomu już przecież niepotrzebne, dzisiaj zardzewiałe i zdewastowane przypominają wielkie, zapomniane cmentarzysko. Nie ma tu jednak nagrobków. Datę ich śmierci doskonale pamiętają tu wszyscy, między innymi spotkany przez nas stary, wynędzniały człowiek.

– Latem 1984 roku w tym miejscu kąpałem się ostatni raz, wtedy też ludzie ostatni raz widzieli tu morze – mówi.

Dzisiaj morza już nie ma, a miasto wraz z jego mieszkańcami, niczym kutry pozostawieni sami sobie, nikomu już przecież niepotrzebni, niszczeją z każdym kolejnym dniem, by w końcu rozpaść się. Wówczas piaski pustyni niczym wdzierające się w ląd morskie fale pochłoną całą okolicę, zabierając światu ostatnie świadectwo z jednej strony dramatu ludzi, który się tu rozegrał, a z drugiej próby okiełznania sił natury przez człowieka. A jedyną nadzieją na ocalenie pamięci i miasta są niczego nieświadome, beztrosko bawiące się dzieci, które bez odciśniętego piętna z przeszłości, z którym borykają się starsi mieszkańcy, w sprzyjających okolicznościach być może będą w stanie wyciągnąć miasto z ruiny.

* * * * *

Chiwa w Uzbekistanie

Stare miasto Chiwy. (Fot. Tomasz Kik)

Z Mujnaku wyjeżdżamy wcześnie rano. Ponownie wkraczamy na Jedwabny Szlak, kierując się tym razem do Chiwy położonej tuż przy granicy z Turkmenistanem. Po doświadczeniach z Buchary mamy świadomość, że miasto nastawione jest stricte na turystykę, eksponując wszystko to, czym może się pochwalić. Trzeba jednak przyznać, że ma czym. To Stare Miasto Chiwy – Itchan Kala, forteca, w obrębie której znajduje się około pięćdziesięciu historycznych zabytków. Oprócz tego należy dodać, że jest najlepiej zachowanym kompleksem zabytków w Azji Centralnej dlatego od 1990 roku zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO.

Z tego też powodu praktycznie niezamieszkałe obecnie jest tylko reliktem dawnej świetności miasta. Każda uliczka udekorowana jest szeregiem kolorowych budek z pamiątkami, których ceny przyprawiają o zawrót głowy. Miasto jest więc drogie, przyzwyczajone do zasobnych portfeli hojnych, zachodnich turystów. Z tego powodu prawdziwe piękno Chiwy w postaci unikatowych na światową skale starych budowli przyćmione jest przez królująca tu tandetę, od czasu do czasu ukazując tylko swoje prawdziwe oblicze. Dlatego warto pokusić się o spacer po mieście o wschodzie bądź tuż po zachodzie słońca, bo tylko wtedy Chiwa oddycha pełna piersią, wolna od przygniatającego ciężaru stoisk z pamiątkami i natłoku turystów.

Bazar w Uzbekistanie

Kalejdoskop barw i zapachów uzbeckich bazarów może przyprawić o zawrót głowy. (Fot. Tomasz Kik)

* * * * *

Z Chiwy wracamy z powrotem do Taszkientu. W dalszej kolejności, zahaczając po drodze o przedgórze Tien – Szanu piętrzące się już tutaj na wysokość trzech tysięcy metrów docieramy ostatecznie do Kotliny Fergańskiej. Położona na pograniczu z Kirgistanem i Tadżykistanem wraz z jej największym miastem – Andijonem stanowi ostatni przystanek na trasie naszej podróży po Uzbekistanie.

Samo miasto skutecznie pozbawione większości zabytków przez trzęsienie ziemi mające miejsce w 1902 roku z pewnością nie oferuje dzisiaj zbyt wiele pod względem architektonicznym. Niemniej i tak wciąż znajduje się przynajmniej kilka powodów, dla których warto je odwiedzić. Bo Andijon wraz z położonym nieopodal Margilionem słynie przede wszystkim z produkcji jedwabiu. To właśnie tutaj otrzymywany jest najszlachetniejszy jedwab, którego renoma uznawana jest na całym świecie. Na lokalnym bazarze natomiast, zresztą jednym z największych w całej Azji Centralnej, za przysłowiowe grosze można nabyć ów cenny materiał w przeróżnej postaci.

W tym miejscu należy również dodać, że Andijon jest bez wątpienia najbardziej muzułmańskim miastem kraju. Obyczaje i tradycje związane z kulturą islamu, włączając również te najbardziej restrykcyjne, są tu bowiem wciąż żywe i nierzadko widoczne na ulicach miasta.

Przebywając w samym centrum Kotliny Fergańskiej, w mieście skąd wywodzi się większość islamskich fundamentalistów odpowiedzialnych między innymi za krwawe zamachy bombowe w Taszkiencie, a także inne przejawy agresji w innych częściach kraju, w mieście gdzie w 2005 roku na skutek zamieszek ludności cywilnej z wojskiem według nieoficjalnych źródeł śmierć poniosło około tysiąca osób, ani razu nie doświadczyliśmy oznak niechęci, nie wspominając o jakichkolwiek przejawach wrogości w stosunku do nas.

Reakcją ludzi na nasz widok była natomiast wyłącznie życzliwość i ciekawość oraz chęć udzielenia pomocy, o której nie można usłyszeć w mediach, ani przeczytać w prasie i przewodnikach. Dlatego przypadkowe spotkania kończące się wspólnymi zdjęciami, a w sklepach lub na straganach nierzadko wręczanymi nam drobnymi podarkami w postaci owoców czy napojów, na długo pozostaną w naszej pamięci, a przyjazny duch najbardziej muzułmańskiego i radykalnego miasta w kraju, stanowi doskonałe podsumowanie miesiąca spędzonego w Uzbekistanie. Opuszczając Andijon bowiem kierujemy się w stronę oddalonego o kilka godzin Khunabadu, gdzie przekraczamy granicę z Kirgistanem, kontynuując tym samym podróż po Azji Centralnej…

Tomasz Kik

Tomasz Kik

Geograf z wykształcenia, z pasji obieżyświat. Zafascynowany Azją, której oddał znaczną część własnego życia. Odwiedził ponadto większość krajów Europy Środkowo – Wschodniej, zatrzymując się „na dłużej” w Rumunii i na Słowacji. W wolnych chwilach oddaje się bez reszty lekturze podróżniczej, co sprawia, że jego życie to nieustanna podróż, a podróże są jego życiem.

Komentarze: (1)

Tomasz Kujawski 13 lutego 2015 o 16:42

Głęboko admiruję Tomku Twoja giętkość i formowanie z plasteliny słowa ilustrujące piaszczyste pola szlaku jedwabiu. Admiruję, naprawdę admiruję.

Odpowiedz