Kasia Musiuk i Marek Piątkowski rok temu położyli na biurkach swoich szefów wypowiedzenia i wyjechali. Najpierw przez prawie pół roku pracowali jako wolontariusze na placówce w Ekwadorze, z którą na własną rękę nawiązali kontakt. Teraz podróżują po Ameryce Łacińskiej i w chwili obecnej regenerują siły w La Paz. Wykorzystaliśmy ten moment by wypytać ich o wolontariat, podróże i plany na przyszłość.

– Jak to jest spakować się, zostawić pracę i przez prawie pół roku mieszkać w Ekwadorze?

– Nie jest to na pewno łatwa sprawa. Zostawienie pracy zawsze wiąże się z ryzykiem, ale wszystko zależy od charakteru, temperamentu i priorytetów. My należymy do tych osób, które nie mogą usiedzieć długo w jednym miejscu, a urlop nie wystarcza, żeby zrealizować wszystkie nasze pomysły i plany.

Kasia: – W moim przypadku pomysł na wolontariat narodził się długo przed podjęciem mojej ostatniej pracy. Jednak z powodów niezależnych ode mnie musiałam na jakiś czas go odłożyć. Decyzja była więc podjęta dawno, czekała tylko na właściwy moment do realizacji. Muszę jednak przyznać, że lubiłam swoja pracę, dlatego ciężko mi było ją zostawić.

Marek: – Na pracę nie mogłem zbytnio narzekać, ale przychodzi taki czas, kiedy człowiek przestaje się rozwijać albo zwyczajnie się nudzi. I pragnie czegoś nowego. Rozwoju, doświadczeń, wiedzy… To nas pociągnęło właśnie w kierunku Ameryki Południowej.

Kasia z podopiecznymi - Jessenią i Dayaną. (Fot. Marek Piątkowski)

Kasia z podopiecznymi – Jessenią i Dayaną. (Fot. Marek Piątkowski)

– Pojechaliście tam w wyjątkowym celu – na projekt wolontariacki, który sami od początku do końca stworzyliście.

– Może nie do końca stworzyliśmy projekt. Stworzyliśmy dla siebie możliwość pojechania gdzieś, gdzie potrzebują pomocy i rąk do pracy. Udało się znaleźć takie miejsce i osoby, które uważały, że nasza praca może się przydać.

– Na czym polegał Wasz projekt?

– Pracowaliśmy w domu dziecka dla dziewcząt prowadzonym przez siostry benedyktynki. Naszym zadaniem było pomóc w jak najszerszej edukacji dzieci. Jednym z największych problemów, z jakim boryka się Ekwador jest słabe wykształcenie jego obywateli, w szczególności zaś kobiet, które zależne od woli mężczyzn, nie mają często możliwości i odwagi wybrania własnej drogi. Ich rola często sprowadza się do pracy w kuchni i rodzenia dzieci. Ciężarna czternastolatka to zjawisko dość powszechne. Przyrost naturalny w Ekwadorze jest olbrzymi i to właśnie w głównej mierze powoduje biedę i wyjątkowo dużą przestępczość. Powstaje błędne koło, z którego ciężko się wydostać. Dzieci rodzą dzieci, sporo kobiet ma ponad piątkę potomstwa, którego nie ma szansy wyedukować. Dlatego tak ważna wydaje nam się edukacja, w szczególności dziewcząt, którym wykształcenie może zapewnić więcej możliwości pokierowania swoim życiem.

– Wolontariat w Ekwadorze. Skąd taki pomysł?

– Z bardzo prostego powodu. Jedynie tutaj udało nam się znaleźć organizację, która nas przyjmie. Trzeba dodać, że szukaliśmy jedynie wśród polskich organizacji. Próbowaliśmy również w Boliwii, ale w tym kraju są dużo większe problemy z wizami i nie opłaca się walczyć, jeśli się chce jechać jedynie na pół roku. Z Peru, Kolumbii i Argentyny nikt nam nie odpowiedział, zatem wybraliśmy Ekwador, a właściwie Ekwador wybrał nas.

– Projektu szukaliście na własną rękę. Jak to wyglądało?

– Miejsca szukaliśmy dość nietypowo, bo posługując się Naszą Klasą i wysyłając maile do wszystkich Polaków mieszkających w interesującym nas kraju z zapytaniem o możliwości pracy wolontariackiej. Kilka osób odpowiedziało i tak zaczęła się nasza przygoda.

Organizacji zaczęliśmy szukać osiem miesięcy przed wyjazdem. Znalezienie chętnej placówki zajęło nam trzy miesiące. Przez pozostałe pięć mailowaliśmy z siostrami, rozmawialiśmy na skypie i przygotowywaliśmy się do wyjazdu – z pomocą sióstr załatwialiśmy wizę, szukaliśmy biletów lotniczych i wybraliśmy ubezpieczenie.

Polecamy >> Z pamiętnika wolontariusza

– A jak wyglądała finansowa strona Waszego wolontariatu?

– Organizacja, w której pracowaliśmy zapewniała nam wikt i opierunek oraz podstawowe środki czystości. Pozostałe wydatki, w tym samolot, ubezpieczenie, ubrania, wyjazdy, wyjścia na piwo, pokrywaliśmy z własnej kieszeni. Na wszystko to uzbieraliśmy w ciągu kliku lat ciężkiej pracy – w Anglii i Stanach, w przypadku Kasi, i w pracach na wysokości, w przypadku Marka.

– Jakie były Wasze największe obawy i oczekiwania co do projektu?

– Największą obawą był nasz słaby hiszpański. Rozpoczynając projekt praktycznie nic w tym języku nie mówiliśmy i było to bardzo stresujące. Na szczęście siostry, które są z Polski, bardzo nam pomagały we wszystkim, pracownicy byli wyrozumiali, a dzieci, jak to dzieci. Dla nich język mówiony jest tylko jedną z form komunikacji i to nie tą najważniejszą. Ponadto mieszkając wśród osób hiszpańskojęzycznych dość szybko opanowaliśmy podstawy.

Oczekiwania? Większość wolontariuszy chciałoby swoją pracą zmieniać świat, choćby w niewielkim stopniu. I my mieliśmy taką nadzieję. Ponadto chęć poznania kultury i języka była powodem, dla którego wybraliśmy właśnie Amerykę Południową.

– Opowiedzcie coś o Waszej placówce.

– Dom Hogar Valle Feliz – Szczęśliwa Dolina, jak można by przetłumaczyć nazwę miejsca gdzie trafiliśmy, została zbudowana 20 lat temu dzięki energii siostry zakonnej z Niemiec. Dwa lata temu miejsce zostało przekazane polskim siostrom benedyktynkom. Znajduje się w Santo Domingo de los Tsachilas, czwartym pod względem wielkości mieście Ekwadoru.

Placówka jest z całą pewnością oazą spokoju i piękna wśród chaosu i niebezpieczeństw Santo Domingo. Składa się z pięciu domów budowanych w stylu europejskim, a w każdym mieszka około 10 dziewczynek w wieku od 5 do 18 lat. Domy stoją na zamkniętym terenie, co jest niezbędne ze względów bezpieczeństwa. Ponadto jest tam też ogromny, bardzo zadbany ogród, niewielka finka, czyli gospodarstwo, gdzie rosną bananowce, orzeszki ziemne, kawa, juka i sporo innych warzyw i owoców. Jest również zagroda, gdzie hoduje się świnki będące podstawą ekwadorskiego jadłospisu. Wegetarianie nie mają tam łatwo! (śmieją się)

W każdym domu mieszka na stałe opiekunka dzieci zwana edukadorką. Dodatkowo w ciągu dnia pracuje w ośrodku także druga opiekunka. Dzieci uczęszczają do szkół w mieście. Po powrocie odrabiają lekcje, pomagają w pracach domowych, a wolny czas wykorzystują na zabawę.

Jak wyglądał Wasz przykładowy dzień?

– Dzień zaczynał się od wschodu słońca. Na równiku słońce wstaje dokładnie tak, jak nas uczono, czyli około 6. Dzieci wstają jeszcze wcześniej. Budziły się, i nas przy okazji również, około 5. Czesaniu, sprzątaniu i innym przygotowywaniom nie było końca. Po śniadaniu, około 6:45 Kasia wyruszała z dziewczynkami do szkoły. Szkoła daleko, dziewczynki cztery, z czego dwa to prawdziwe diablitos pequenitos. Krawężniki wysokie, chodniki dziurawe, a na samej drodze mnóstwo ciekawych rzeczy do podniesienia. No i zawsze trzeba się pokłócić z siostrą, koleżanką, uścisnąć rękę policjanta, podejść do Indianki na targu i przyprawić o zawał serca wyrywając się pod nadjeżdżające samochody.

Podczas gdy Kasia dostawała poranną dawkę adrenaliny, Marek opiekował się jedynym chłopcem w Hogar – Lucasem. Lucas ma 17 lat i cierpi na poważne porażenie mózgowe. Marek pomagał mu w ubraniu się, kąpieli i jedzeniu oraz towarzyszył podczas spacerów, wizyt u terapeutów oraz ćwiczeń.

Od 8 do 10 mieliśmy czas wolny, a właściwie czas na naukę hiszpańskiego. We własnym zakresie, bo nauczycieli brak, a kursy językowe organizowane były w zasadzie tylko w Quito.

Od 10 do 12, Marek relaksował się zazwyczaj przy pracy w ogrodzie wywijając grabiami i łopatą, zbierając kawę oraz składając liście tokiji, z których robi się dach. Czasem zdarzały się też dodatkowe atrakcje jak na przykład wynoszenie z domu jadowitych żmii.

W czasie wolnym zwiedzaliśmy. Na zdjęciu - okolice Quilotoa. (Fot. Kasia Musiuk i Marek Piątkowski)

W czasie wolnym zwiedzaliśmy. Na zdjęciu – okolice Quilotoa. (Fot. Kasia Musiuk i Marek Piątkowski)

Kasia w tym czasie konwersowała z dwiema kucharkami pomagając przy okazji w krojeniu cebuli, marchewki tudzież ananasów. Ale niech nikogo nie zmyli taki zestaw, bo jest to nieznaczny dodatek do tego, co naprawdę się jada w Ekwadorze. Na stole rządzi niepodzielnie wszechwładna trójca: ryż, świniak oraz banan, pod trzema postaciami przygotowywanymi na trzy różne sposoby. Tak jak wcześniej wspominaliśmy, wegetarianie nie mają tam łatwego życia!

A od 15 tzw. deberes, czyli odrabianie prac domowych. Zwyczaj panował tam dziwny bardzo, gdyż w większości to nie dzieci rozwiązują zadania, tylko ich opiekunki. I nam się to zdarzyło, chociaż mocno z tym walczyliśmy!

Pomagaliśmy także w języku angielskimi, choć musimy przyznać, że rezultaty nie były zachęcające. Starsze dzieci miały tak ogromne zaległości, że często zupełną niemożliwością było odrobienie przez nich zwykłej pracy domowej.

 Nieznane oblicze Francji. Wolontariat w Emmaus

Około 18:30 była kolacja, a potem sprzątanie domu. Większość dzieci szła spać około 20, ale zanim położyły się do swych łóżek graliśmy z nimi w gry planszowe lub układaliśmy puzzle. Kiedy kończył się nasz dzień pracy, na zewnątrz było już zupełnie ciemno, a brama placówki ze względów bezpieczeństwa zamknięta. Chciałoby się rzec: nareszcie czas dla siebie! Gdyby jeszcze tylko były siły na zrobienie czegokolwiek! (śmieją się)

– A jak spędzaliście czas wolny?

– Tak naprawdę czasu wolnego nie było zbyt wiele, a w trakcie dnia pracy praktycznie w ogóle go nie było. Rano, kiedy dzieci były w szkole nasze dwie wolne godziny wykorzystywaliśmy na naukę hiszpańskiego. Wieczory spędzaliśmy zaś na zabawie z dziewczynkami, czytaniu książek czy oglądaniu filmów.

W drodze. Kasia, Marek i Torres del Paine. (Fot. Kasia Musiuk i Marek Piątkowski)

W drodze. Kasia, Marek i Torres del Paine. (Fot. Kasia Musiuk i Marek Piątkowski)

Przysługiwał nam jeden dzień wolny w tygodniu, a raz na dwa tygodnie – dwa dni wolne. W tych dniach staraliśmy się przede wszystkim odpocząć, często jednak zostawaliśmy na terenie placówki, bo w Santo Domingo nie było wielu miejsc, gdzie można byłoby się zrelaksować. Ale gdy tylko mieliśmy 2 dni wolnego wyjeżdżaliśmy poza miasto, by poznać okolicę.

– A jak układała się współpraca z pracownikami placówki?

– Współpraca układała się różnie. Pod uwagę trzeba wziąć przede wszystkim różnice kulturowe, które czasem były nie do przeskoczenia. Większość pracowników w ośrodku to kobiety, często niezbyt dobrze wykształcone, a to podatny grunt na wszystkiego rodzaju plotki. Czasem dowiedzieć się można było o sobie wielu ciekawych rzeczy, niekoniecznie prawdziwych. (śmieją się)

Kolejną istotną rzeczą, która często dawała nam się we znaki był brak wsparcia naszych pomysłów jeszcze przed wprowadzeniem ich w życie oraz mała ilość czasu na ich realizację. Po całym dniu prania, sprzątania, pracy w ogrodzie, lekcji i nauki tańca, dziewczynki najzwyczajniej w świecie nie miały siły na dodatkowe pół godziny angielskiego, czy matematyki. Najważniejsza zdawała się być praca oraz perfekcyjna czystość domków i dzieci. Nauka i rozwój były dopiero na drugim miejscu.

Jakieś momenty, które wyjątkowo zapadły w pamięci?

– Nie sposób byłoby wymienić! Żeby nie zanudzać powiemy krótko: po prostu wszystkie chwile pracy z dziećmi, ich bezinteresowna radość i uśmiechy.

– Chwile trudności?

– Na pewno nie było ich mało. Na początku przede wszystkim brak języka dawał się mocno we znaki. Druga rzecz to fakt mieszkania w tym samym miejscu, gdzie się pracuje. Zatem praca trwała praktycznie bez przerwy. Dokuczał nam również brak możliwości spokojnego i bezpiecznego wyjścia gdzieś po zachodzie słońca.

Jak z perspektywy czasu oceniacie swoją decyzję o wyjeździe?

– Wyjazd był, a właściwie nadal jest, niesamowitym doświadczeniem. Poznaliśmy światy, których nie da się poznać czytając książki, bądź oglądając filmy. Mimo chwil trudności, pomysł ciągle uważamy za bardzo dobry. Głównie ze względu na mnóstwo radości, jaką mieliśmy pracując z dziećmi.

Peru - w drodze na południe. (Fot. Kasia Musiuk i Marek Piątkowski)

Peru – w drodze na południe. (Fot. Kasia Musiuk i Marek Piątkowski)

– Jeśli komuś chodzi po głowie podobny pomysł, co byście mu powiedzieli?

– Naucz się języka przed wyjazdem! Przygotuj dużo prostych materiałów do nauki angielskiego, przede wszystkim piosenek – w wielu miejscach muzyka jest głównym nośnikiem informacji.

Poza tym koniecznie ustal warunki i czas pracy z organizacją, aby uniknąć nieporozumień. Dobrze byłoby również przedyskutować wszystkie pomysły przed przyjazdem i zdecydować się, które z nich nadają się do realizacji. Warto dokładnie wiedzieć czego od Ciebie oczekują i czego Ty oczekujesz od wolontariatu. Jeśli te oczekiwania się nie pokrywają, nic na siłę! Warto szukać dalej!

– Po projekcie ruszyliście świat.

– 1 stycznia wyruszyliśmy w podróż. Przez ponad pół roku, które już minęło, udało nam się dojechać na samo południe, przez Peru, Chile, Argentynę, aż do Ziemi Ognistej i wrócić do Boliwii. Ale oczywiście podróż się nie skończyła, gdyż chcemy jeszcze odwiedzić Ekwador i dziewczynki, za którymi nie da się nie tęsknić.

– Co dalej?

– Vamos a ver, jak to mawiają tutejsi. (śmieją się) Mamy sporo pomysłów, ale priorytetem jest znalezienie ciekawego miejsca w Peru i zatrzymanie się tam na nieco dłużej. A potem? Kto wie…

Kasi i Markowi z całego serca życzymy powodzenia, szerokiej drogi i pozytywnych przygód, a każdego, kto ciekaw co było, co jest i co będzie potem, zapraszamy do śledzenia ich bloga.

Emilia Wojciechowska

Godzinami mogłaby siedzieć w kinie, całymi dniami jeździć na rowerze, wieczorami słuchać muzyki, nocami snuć plany, a w nieskończonej jednostce czasu – podróżować.

Komentarze: 6

SUMER 30 lipca 2012 o 15:55

WSPANIAŁY ARTYKUŁ-blog kasiaimarek, gratulacje dla 2-ga wykształconych Polaków, którzy pokazują jak można realizować swoje marzenia i przyczyniać się do uszczęśliwiania innych.Życzę im na drogach Ameryki Południowej-SZCZĘŚLIWEJ DROGI,ŻYCZLIWYCH LUDZI-POWODZENIA i osiągnięcia celu ,który sobie sami obrali.KASIA I MAREK są WSPANIALI W TYM CO ROBIĄ.
POWODZENIA-życzy SUMER

Odpowiedz

Sabina 6 sierpnia 2012 o 22:52

Z przyjemnością czyta się takie atrykuły! Piękna przygoda! Na usta ciśnie mi się tylko „Też tak chcę!”. Zobaczymy, jeśli się uda też mnie może wreszcie zaniesie na dłużej w tamte rejony…
Pozdrawiam, ściskam gorąco i .. mucha suerte!!

Odpowiedz

KasiaiMarek 12 sierpnia 2012 o 20:15

Muchas gracias :) Zapraszamy do Arequipy!

Odpowiedz

SUMER 13 sierpnia 2012 o 13:30

ZAPROSZENIE PRZYJĘTE- do zobaczenia
SUMER

Odpowiedz

Emilia 13 sierpnia 2012 o 17:39

Ależ bym chciała wrócić do Arequipy!!!! Bawcie się dobrze a jak (jakimś cudem) macie niezagospodarowaną wolą chwilę, polecam wycieczkę rowerową do Quequeni (czyt: Czeczenia :) Uściski i powodzenia!

Odpowiedz

Aneta 12 lipca 2013 o 8:16

Witam,

Czy mogłabym się dowiedzieć czegoś więcej nt. ubezpieczenia?
Wyjeżdżam na wolontariat półroczny do Peru i niestety organizacja goszcząca nie jest w stanie mi go zapewnić.
Z góry dziękuję za pomoc.

Aneta

Odpowiedz