Wyspa Kish w Zatoce Perskiej, nazywana przez Irańczyków Małym Dubajem, jest jedynym miejscem w Iranie, które można odwiedzić bez wizy, z prawem pobytu do czternastu dni. Popularne są wypady turystów z Emiratów na Kish, aby poczuć choć odrobinę Islamskiej Republiki. Lot kosztuje sto dolarów w jedną stronę i obsługiwany jest przez Kish Air.

Dotarcie na Kish od strony irańskiego lądu jest znacznie bardziej skomplikowane. Jedyne, nieliczne łódki (bo „promy” to za dużo powiedziane) pływają z małego portu, wioski Bandar Charak. Dostanie się w to niemal bezludne miejsce to już wyzwanie same w sobie.

– Ile do Czarak? – pytam taksówkarzy o piątej rano w porcie Lengeh.
– Pięćdziesiąt tysięcy tomanów.
– Trzydzieści. To osiemdziesiąt kilometrów.
– Siedemdziesiąt.
– Trzydzieści.
– Wrzucajcie plecaki.

Bagażnik zamknięty.

– Mister… – zaczyna, wskazując palcem i wzrokiem Allaha – Czterdzieści.
– Zgodziłeś się na trzydzieści! – głos podniesiony.
– Mister! – jeszcze głośniej odpowiada.

Szarpi za bagażnik. W końcu otwiera. Wyrzucam plecaki na jezdnię. Biegnie w naszą stronę mężczyzna w mundurze. W pierwszej chwili pomyślałem, że to wojskowy albo policjant. A to kierownik taksówkarzy. Każdy postój w Iranie, na dworcu czy w porcie, ma swojego szefa. To on decyduje kto pojedzie z danym klientem. Każdemu po równo i każdy za tą samą cenę. Inaczej w kilkunastu, czasem kilkudziesięciu chłopa, by się tam pozabijali. Ot, korporacja.

– Trzydzieści, zgodził się, nie chce jechać – tłumaczę.

Facet ni w ząb. Patrzy na mnie jak na wariata. Napisanie kwoty już jest klarowniejsze, najlepiej w cyfrach farsi. Szef kiwa ze zrozumieniem głową. Kierowca daje za wygraną, jedziemy przez księżycowy, pustynny krajobraz o wschodzie słońca. Dwa dni później, gdy będziemy wracać tą samą drogą z dwójką jeszcze innych pasażerów, łącznie w cztery osoby zapłacimy i tak mniej.

Dwieście pięćdziesiąt dolarów za noc

W Bandar Charak małe łajby biorą na pokład kilkudziesięciu pasażerów. Wystarczy nieco silniejszy wiatr na morzu i rejsy są odwołane. Znacznie bezpieczniej jest dostać się na Kish irańskim samolotem. Na to pozwalają sobie zamożni Irańczycy, aby w dwie godziny z Teheranu za sto, dwieście dolarów w jedną stronę, znaleźć się w nieco innym świecie. Ekskluzywnym i idealnie stworzonym dla nich. Dariush Hotel, najdroższy hotel na wyspie (ponad dwieście pięćdziesiąt dolarów za noc), wygląda jak wyjęty z ruin Persepolis. Ogromne kolumny, repliki monumentów.

Idziemy fo hotelu Farabi.

– To nie jest dobre miejsce dla was. Tutaj są sami Filipińczycy, którzy czekają na przedłużenie wiz do Emiratów. Tutaj nie ma nikogo innego – mówi recepcjonistka.

Dariuszh Hotel na irańskiej wyspie Kish

Główna brama najdroższego hotelu na wyspie, Dariush Hotel. (Fot. Piotr Pazoła)

Farabi Hotel prowadzony jest przez linie lotnicze Kish Air. Wszystko tu pozornie wygląda normalnie. Jest biuro lotnicze, obok całkiem spory, tani hotel. Idealne miejsce dla mniej zamożnych podróżnych, którzy nie chcą łaskotać swojego ego dolarami. W rzeczywistości to dobrze obmyślony biznes, żerujący na filipińskiej naiwności emigrantów, którzy zamiast wrócić do kraju, lecą na Kish czekając na niepewne przedłużenie wiz pracowniczych Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

W recepcji hotelu, poza możliwością kupna biletu lotniczego oraz zarezerwowania noclegu, można również aplikować o przedłużenie dokumentów. Proceder ten trwa już od wielu lat i mimo zaleceń filipińskiego rządu, aby obywatele wracali w takiej sytuacji do rodzimego kraju, ma się bardzo dobrze.

– Idźcie kawałek dalej do innego hotelu, tamten będzie lepszy. Tutaj jest po jedenaście osób w pokoju – mówi recepcjonistka.
– Jedenaście?!
– Tak, pokoje są pięcioosobowe, koszt to czterysta tysięcy riali za osobę, jednak emigrantów jest w nich więcej, aby płacili mniej.

Dokładnie? Czterysta tysięcy riali to dwanaście dolarów. Zapewne śpią za sześć zielonych. Za plecami recepcjonistki znajdują się przegródki z numerami pokojów i paszportami mieszkańców, które zostają na recepcji. Zdecydowanie jest ich więcej niż pięć na pokój. To całe sterty.

Luksusowe samochody na irańskiej wyspie Kish

Ulice Kish – palmy, wysokiej klasy samochody. (Fot. Piotr Pazoła)

Polecony nieopodal hotel okazuje się pięciogwiazdkowym molochem poza zasięgiem finansowym Lechistańczyków. O Hotelu Farabi wiedziałem już wcześniej z jednego z reportaży telewizji katarskiej, której udało się zrealizować materiał wewnątrz hotelu, ukradkiem, w pokojach lokatorów. Podejrzewam, że od tamtego czasu obsługa meldująca gości jest tym bardziej wyczulona na innych przybyszów, niż goście z Filipin.

– Chcielibyśmy zostać na noc, czy są wolne pokoje? – ponawiam pytanie w recepcji podczas drugiej wizyty, godzinę później.
– Nie mamy wolnych pokoi – odpowiada bez namysłu mężczyzna.

Kobieta, z którą rozmawiałem wcześniej jest już nieobecna. Wiele przegródek z pokojami, w których są paszporty lokatorów jest pustych. Te pokoje są wolne. Jeden z tych pokoi mógłby być nasz, ale nic z tego.

– Wy nie jesteście z Filipin, więc skąd? – kontynuuje recepcjonista.
– Z Polski.
– To dla was mam lepsze miejsce…
– … tak, byliśmy w hotelu niedaleko – wtrącam. – Jest bardzo drogo.
– Ile chcieli za noc?
– Sto pięćdziesiąt dolarów.
– Drogo. Zadzwonię do kogoś, coś poradzimy.

Iran – niecodzienna codzienność. Galeria zdjęć

Po piętnastu minutach wysłany kierowca zaprzyjaźnionego, tańszego hotelu, za część pięciogwiazdkowej ceny wiezie nas do miejsca gdzie spędzimy noc. Odniosłem wrażenie, że w rozmowie telefonicznej, którą przeprowadził recepcjonista wyraźnie został podkreślony fakt, że pojawili się Polacy i trzeba z nimi coś zrobić, aby w Farabi nie zostali na noc. Z żadnym z Filipińczyków nie uda się porozmawiać. Wielu z nich czeka miesiącami na wizy emirackie, które nie nadchodzą. Przepuszczają tutaj oszczędności, które wypracowali w Dubaju i nie mają nawet pieniędzy na powrót na Filipiny. Część z nich kończy na ulicy. To zapewne jedyni bezdomni wyspy Kish.

Irańskie Las Vegas

Iran kreuje zupełnie innych obraz wyspy Kish. Nazywanie jej Drugim Dubajem jest mocno na wyrost, ale trzeba przyznać, że wysokiej klasy samochody na ulicach, sieć ścieżek rowerowych, liczne budowy kolejnych molochów, centrów handlowych, hoteli oraz podświetlane palmy są zauważalne gołym okiem. To nie wygląda jak Iran. Pieniądz, mimo że irański, jest niewiele wart. To najdroższe miejsce w całym kraju. W każdym sklepie można płacić w dirhamach Emiratów. Wydaje się, że jest to nawet preferowane.

– Płatność w dirhamach, czy rialach? – pada zawsze to pytanie w małym sklepie lub dużym hipermarkecie.

Tutaj nawet kąpiel w morzu jest inna. Niemal naga. W samych majtkach. Tak daleka od szyickiej kąpieli w pełnym rynsztunku, spodniach, bluzce. Konserwatyzm muzułmański jednak nie znika na Kish całkowicie. Kobiety mają wyznaczony pas morza w jednej z części wyspy. Jeden, jedyny. Mężczyźni teoretycznie też, ale oni i tak kąpią się gdzie sobie zapragną.

– Z Polski znany muzyk, kompozytor? Bach, Beethoven? – pyta starszy mężczyzna, szef restauracji i palarni fajek wodnych w malowniczo położonym parku palm tuż przy samej plaży.
– Chopin!
– O tak, znam. Ja jestem muzykiem. Zagram na tradycyjnym instrumencie irańskim, przypominającym flet…

Dźwięki wprowadzają miłą atmosferę. Siedzimy na dywanie, pod palmami, pociągając raz to qalyan, raz to czaj. W oddali widzę przechadzające się pary. Tamci po pięćdziesiątce, on w marynarce, ona w czarnej burce. A może jest od niego trzydzieści pięć lat młodsza. Trudno ocenić. Nieśmiele ją obejmuje, pięć sekund i wraca na swoje bezpieczne miejsce, pół metra obok. Za chwilę kolejna próba. To można potraktować nawet jako przytulenie. Robi to publicznie. To jest Kish.

Podejrzewam, że za to kochają tą wyspę Irańczycy. Poza pieniędzmi, blichtrem, lansem, barami z muzyką, światłami i fajkami na plaży mają to – odwilż i rozluźnienie. Młoda para jest znacznie bardziej frywolna. On w krótkich spodenkach i t-shircie, ona w leginsach, bluzce z zakrytymi ramionami i lekko ubranej, opuszczonej za połowę głowy chuście. Idą za ręce. Po przejściu kilkudziesięciu metrów puszczają dłonie, przystają, aby po chwili rozmowy znów próbować choć przez moment tak spacerować.

Wilgotność i temperatura jest zabójcza. Tak jak tutejsze ceny. Kish to dla jednych irańskie Las Vegas, dla drugich odrobina normalności. Wszyscy jednak zgodnie zmierzają do tego, aby przybliżyć atmosferę bogactwa z drugiej strony Zatoki Perskiej.

Piotr Pazoła

Piotr Pazoła

Programista. Natchniony Bukowskim, wie, że nie ma innej drogi. I nigdy nie było. W podróży stara się chłonąć i tworzyć. Bez bloga. Szewc bez butów. Chciałby to zmienić na W podróży.

Komentarze: Bądź pierwsza/y