Czas jest fascynujący… Kiedy chcemy cieszyć się jakąś chwilą – płynie jak szalony. Kiedy znowu czekamy na brudnym dworcu na spóźniający się pociąg – on z kolei pełznie wolno jak stary żółw. Czas w różnych miejscach na świecie jest inny i inaczej się go odczuwa. Macie czas? To przeczytajcie!

Teoria względności czasu

Spotkajmy się w domu o 20:00 i zrobimy kolację – mówi mi Hiszpan, couchsurfer, u którego zatrzymałam się w Barcelonie, – ale muszę ci wyjaśnić, że to będzie 20:00 czasu hiszpańskiego. Czyli równie dobrze możemy się spotkać o 21:00 – uśmiecha się, macha mi na pożegnanie i wychodzi.

Zardzewiały zegar w Prypeci (Fot. Ewa Serwicka)

Zardzewiały zegar w Prypeci (Fot. Ewa Serwicka)

Mam dużo czasu, żeby pospacerować po Barcelonie. Jadę do Barcelonety, nadmorskiej dzielnicy, gdzie życie toczy się powoli, a nikt nigdzie się nie spieszy. Ludzie idą przed siebie wolnym krokiem, przysiadają na ławeczkach pod kamienicami, rozmawiają ze sobą.

Na promenadzie przy plaży, mimo grudniowego chłodu, całkiem sporo osób. Kilkoro ludzi usiadło nawet na piasku, wystawiło twarze do słońca i z zamkniętymi oczami korzystają z ogrzewających promieni. Pani z pieskiem, para trzymająca się za ręce, dzieci z rodzicami – nikt donikąd nie biegnie. Jedynie młody chłopak uprawiający jogging mija nas wszystkich w nieco szybszym tempie.

Po długim spacerze po Barcelonecie zaglądam do sklepu i robię zakupy na kolację. Nie spodziewam się, że o 20:00 wszyscy już zjawią się w domu. W Hiszpanii jest nieco inne poczucie czasu, ludzie nie są niewolnikami zegarka.

O 21:00 dostaję smsa: Będziemy za pół godziny. Nie przejmuję się tym, tylko z książką w ręku czekam, a pół godziny rozciąga się jak guma. W międzyczasie schodzą się inni domownicy. Mój gospodarz zjawia się o 22:00. Czyli o 20:00 czasu hiszpańskiego.

Podróż do przeszłości

Jak to jest cofnąć czas? Cofnąć zegar można bez najmniejszego wysiłku – wystarczy pokręcić wstecz wskazówkami. To jednak czasu nie cofnie. Jest jednak kilka krajów na świecie, do których podróż wydaje się być mniej więcej cofaniem czasu. Wsiadamy do wehikułu, jakim jest samolot, a wysiadamy w innej epoce.

Jednym z takich krajów jest Birma, chociaż ostatnio czas jakby trochę tu przyspieszył i próbuje nadganiać. Bo wyobraźcie sobie życie bez telefonów komórkowych. Ciężko? A przecież jeszcze kilkanaście lat temu komórka była luksusem, a jeszcze wcześniej ludzie jakoś żyli bez komórek w ogóle. W Birmie wasz telefon nie będzie działał, więc możecie się poczuć jak kilkanaście lat temu. Chyba, że wydacie sporo pieniędzy na wypożyczenie aparatu na lotnisku, ale czy to naprawdę konieczne?

Samochody w Birmie też jakby z innej epoki. Podrdzewiałe, z kierownicą nie po tej stronie, co trzeba (bo władza zmieniła ruch z lewostronnego na prawostronny, ale obywatele samochodów nie zmienili), bez wspomagania kierownicy, ABS, a często nawet bez pasów. Poobijane, z ręczną klimatyzacją (to znaczy trzeba ręcznie odkręcić szybę). Ale jeżdżą i to jest najważniejsze. Rzadko ulicą przemknie nowiutkie, lśniące auto należące do jakiegoś rządowego oficjela.

Rolnictwo birmańskie jest takie, jak kilkadziesiąt lat temu w Polsce na głębokiej wsi, czyli oparte na pracy zwierząt i ludzkich rąk. Kobiety ścinające ryżowe kłosy sierpem czy mężczyźni idący za pługiem ciągniętym przez wołu to nie jest rzadki obrazek. Pranie nadal robi się w rzece a nie w pralce automatycznej.

Ale w Birmie pojawiają się już symptomy nadganiania zachodniej epoki. Amerykańskie filmy w kinie. Coca-cola w każdej knajpce. Internet – jeszcze powolny, lecz dostępny w każdej turystycznej miejscowości. Takie czasy…

Gdzie czas się zatrzymał

26 kwietnia 1986 r. o godzinie 1:24 w nocy nastąpił pierwszy z dwóch wybuchów w IV reaktorze Czarnobylskiej Elektrowni Jądrowej. Dzień później, 27 kwietnia, w położonej nieopodal elektrowni Prypeci zatrzymał się czas.

Tego dnia ogłoszono ewakuację wszystkich mieszkańców miasta. Nie było wiele czasu na spakowanie się, a większość myślała, ze wróci do swoich mieszkań już niedługo. Nie wrócili.

Opustoszałe miasto, choć otoczone drutem kolczastym, stało się świetnym miejscem dla wszelkiego rodzaju szabrowników. Choć wiele sprzętów wywieziono stąd na składowisko odpadów, to wszystko, co zostało, staje się łupem zbieraczy złomu i wszystkiego, co można jeszcze do czegoś wykorzystać. Mieszkania stoją puste, rzadko w którym można znaleźć jakiś stary mebel czy kuchenkę.

O tym, że czas stanął tu w miejscu świadczy wizyta w składowisku plakatów propagandowych, przygotowywanych z okazji zbliżających się wówczas obchodów święta 1 Maja. Podobizny działaczy, budujące hasła i cytaty z Lenina – to wszystko można jeszcze znaleźć w Prypeci. Miasto stało się niemalże radzieckim skansenem.

I tylko zegary w Prypeci nie zatrzymały się od razu, tylko chodziły dopóty, dopóki wystarczyło baterii.

Ewa Serwicka

Ewa Serwicka

Zamieniła korpopracę na turystykę. Lubi patrzeć na świat przez obiektyw aparatu. Bloguje na Daleko niedaleko.

Komentarze: 3

Jagoda 4 stycznia 2012 o 1:26

Ewa, żółwie chyba nie pełzają… tak mi się wydaje :D

Odpowiedz

    Ewa 4 stycznia 2012 o 8:38

    Czepiasz się :P wiesz, jak się nazywa nauka o gadach i płazach? Herpetologia. A wiesz, skąd pochodzi nazwa? Z greki – herpeton-pełzać. Żółw jest gadem, zatem musi pełzać :)))

    Odpowiedz

Marcin Wojtaszczyk 21 czerwca 2012 o 11:21

Fanie napisane, podoba mi się Twój styl.

Odpowiedz