Relocation deals to jeden z najlepszych sposobów na tanią podróż po Australii. Co to takiego? W skrócie mówiąc – zostajesz samochodowym kurierem.

Zapytaliśmy kiedyś, czy ktoś zna tanie sposoby na podróżowanie po Australii. Pojawiło się obce nam wtedy hasło relocation deals. Dziś już wiemy, że bardzo to lubimy. Dostajesz prawie nowy samochód wprost z wypożyczalni do Twojej dyspozycji na około tydzień, limit 3000 km i zwrot kosztów za paliwo. Idealna oferta, czyż nie? Brzmi nieźle i faktycznie jest to świetna opcja na przemieszczanie się po dość drogiej Australii, jednak żeby dostać taką propozycję, trzeba mieć odrobinę szczęścia.

Zacznijmy od tego, czym jest relocation deal. Wiecie na pewno doskonale, że Australia jest ogromna, a niektóre miasta porozrzucane po jej najdalszych krańcach. Tysiące kilometrów są standardem, a agencje wypożyczające samochody od czasu do czasu muszą je przemieszczać po kosztach z jednego miasta, gdzie auto właśnie zostało oddane do innego, gdzie jest na nie zapotrzebowanie. Im pilniejsze jest przewiezienie samochodu, tym lepszą ofertę można dostać.

My dostaliśmy idealną: czteroletnia Toyota Camry z pełnym elektronicznym wyposażeniem za 1 AUD/dzień i limitem 3000 km na trasie Darwin-Cairns. De facto dostaliśmy gratis 200 km, a za każdy kilometr ponad limit musielibyśmy zapłacić 28 centów. Najlepsze jednak to, że dostaliśmy aż 500 AUD na paliwo, co jest kwotą bardzo dużą w porównaniu z innymi ofertami jakie znaleźliśmy.

Często wygląda to niestety mniej optymistycznie i mimo iż samochód dostajecie np. za 1-5 AUD/dzień, to firmy nie pokrywają kosztów paliwa lub pokrywają je do pewnych granic. Przykładem może tu być inna propozycja, jaką rozważaliśmy: 4-letnia Toyota Landcruiser na 7 dni za 5 AUD/dzień. Limit kilometrów 4,5 tys., jednak tylko 250 AUD na paliwo, a jak się domyślacie ten potwór 4×4 lubi trochę wypić. Pewnie do interesu musielibyśmy sporo dołożyć, choć z drugiej strony auto 4×4 i zachodnie wybrzeże Australii też mogłoby być piękną przygodą.

Dostaliśmy idealną ofertę: 4-letnia Toyota Camry z pełnym elektronicznym wyposażeniem za 1 AUD/dzień i limitem 3000 km na trasie Darwin-Cairns. (Fot. Andrzej Budnik)

 

Często zdarzają się też relocation deals na campervany lub minivany, jednak te, jak zauważyliśmy, mają zwykle stosunkowo krótki czas na jaki dostaje się samochód, a do najszybszych one nie należą. Może kiedyś to przetestujemy.

Oczywiście w biurze, gdy odbieraliśmy samochód, dostaliśmy stertę dokumentów obciążających nas na jakieś kosmiczne kwoty, jeśli cokolwiek stałoby się pojazdowi. Na koniec zapytano nas, czy chcemy ubezpieczenie za 25 czy za 75 AUD na dzień? Z duszą na ramieniu wybraliśmy opcję bez ubezpieczenia i o Toyotkę dbaliśmy bardzo, bo jaki sens w relocation deal, jeśli musielibyśmy do interesu aż tyle dołożyć?

Nasza przygoda zaczęła się od przyzwyczajenia się do samochodu z automatyczną skrzynią biegów, co zajęło mi około 5 minut i potem już przestałem macać prawą ręką po drzwiach samochodu w poszukiwaniu skrzyni biegów. Samo jeżdżenie lewą stroną problemem nie było, gdyż od marca podróżujemy po krajach, gdzie jeździ się lewą stroną drogi (Tajlandia, Malezja, Singapur, Indonezja, Timor Wschodni – swoją drogą kawał świata jeździ po lewej, już nie wspominając wielkich Indii).

Road train, czyli australijski pociąg. (Fot. Andrzej Budnik)

Gdy wyjechaliśmy z Darwin, minęliśmy tylko jedno większe miasto, a dalej już było tylko pusto, pusto i pięknie, aż do Townsville na wschodnim wybrzeżu. Co jakiś czas zadanie ekstra, czyli trzeba wyprzedzić „road train”. Zadanie to jest o  tyle ułatwione, że proste odcinki drogi w Australii miewają nawet po kilkadziesiąt kilometrów.

Niestety problem pojawia się o zachodzie słońca – jadąc sobie, na szczęście nie za szybko, spostrzegam skaczącą kulkę, która zmierza wprost pod koła naszego samochodu. Słynne w Australii znaki drogowe z kangurami chyba wszystkim są znane, jednak nie zdawałem sobie sprawy, że zwierzaki te są aż tak niebezpieczne.

Niedużo brakowało i kolejny zwierz straciłby życie. Mówię „kolejny”, gdyż jadąc przez busz widać co kilka kilometrów zabite kangury, niektóre z ostatniej nocy, inne już w gorszym stanie. Jeżdżenie po zmroku można sobie zupełnie darować, bo bezpieczna prędkość przy kangurach wyskakujących z krzaków tuż pod maskę samochodu, to może 60 km/h, a dystanse przeogromne.

Wjazd na australijską farmę. (Fot. Andrzej Budnik)

W takim wypadku lepiej zjechać z drogi i przespać się, a wybór jest spory. Są tu liczne motele oraz płatne i darmowe kempingi. My korzystaliśmy z tych ostatnich i przyznam szczerze, że Australia rośnie w naszych oczach i to bardzo.

Obszerne, często zaciszne zajazdy z toaletami, bieżącą wodą, często grillem i zadaszonymi stolikami. Czasem zdarzają się też prysznice i punkty do opróżniania toalet. Co warte uwagi – na każdym takim zajeździe toalety były czyste i dostępny był papier toaletowy! Czy tak nie mogłoby być w Polsce? Cóż, chyba jeszcze do tego nie dorośliśmy, bo od razu nasi rodacy muszą ławki podrapać, kible obsrać (tak, OBSRAĆ, bo przecież ciężko jest nieraz do nich trafić), albo walnąć jakieś wstrętne graffiti lub głupi napis, że niby dla potomnych. A tutaj, jest czysto schludnie i wszystko to za darmo – i nie sądźcie, że ja Polski nie lubię. Po prostu wiem, że jednak może być czysto i normalnie! Australia ciągle mnie pozytywnie zaskakuje!

Na razie jeszcze nie skorzystaliśmy z motelu, ale kiedyś się na to szarpniemy. Ileż filmów się widziało, gdzie bohaterzy przemierzając samochodem tysiące kilometrów lądują wieczorem w motelu, który znajduje się w małym miasteczku przy skrzyżowaniu dwóch głównych ulic. To wszystko się zgadza i filmy nie kłamią. Po drodze mijaliśmy kilkanaście miejscowości o populacji nie większej niż 200-300 osób. Ich mankamentem jest jednak to, że jest tam zwykle jedna stacja benzynowa i im dalej w głąb Australii, tym droższe paliwo sięgające nawet 2 AUD.

Ciekawie było zobaczyć wiatraki o zachodzie słońca. (Fot. Andrzej Budnik)

Zdecydowanie największe wrażenie w trakcie tej podróży przez Australię zrobiły na nas piękne krajobrazy i puste, proste drogi. Ciekawie też było zobaczyć wiatraki o zachodzie słońca i, co by nie powiedzieć, znak ostrzegający przed grasującymi kangurami. Byle tak dalej i byle więcej – Australia naprawdę zaczyna nam się podobać!

Dziś dojechaliśmy już do Cairns, oddaliśmy samochód, ale nie zatrzymujemy się tu na noc. Miasto samo w sobie do zaoferowania dużo dla nas nie ma, a noclegi są dość drogie. CouchSurfing zupełnie nas zawiódł i wręcz dostaliśmy odpowiedzi od ludzi, że mają za dużo zapytań i odmawiają. Czyżby CS był aż tak popularny w Australii?

Faktem jest, że prawie na każdym kroku spotykamy tabuny Niemców i Francuzów, którzy przyjechali do Australii z wizą work & travel! Trochę to martwi, ale coś się i na to poradzi. Na razie wpadliśmy na prosty pomysł szukania noclegów na przedmieściach większych miast lub w niedalekiej odległości od nich, co świetnie działa. Czy ludzie są na tyle leniwi, że szukają hostów tylko w największych miastach, które są bazami turystycznymi? Jeśli tak, to lepiej dla nas – zdecydowanie wolimy ustronne miasteczka z prowincjonalnym klimatem.

Poniżej kilka porad praktycznych dla osób, które zainteresowały się relocation deal i chciałyby tego spróbować. Podajemy też kilka stron, gdzie te oferty można znaleźć.

Co brać pod uwagę, szukając relocation deal w Australii?

  1. Gdy znajdziesz interesującą Cię relokację, sprawdź dokładnie, ile kilometrów od siebie leżą oba miasta, aby dzwoniąc na infolinię być przygotowanym do negocjacji.
  2. Sprawdź, ile pali średnio samochód, który dostajesz do dyspozycji. Dzwoniąc zapytaj do jakiej kwoty refundowane jest paliwo (jeśli nie jest to wyszczególnione na stronie internetowej). Nie pytaj, czy jest refundowane, bo możesz usłyszeć, że nie jest. Niektóre firmy są bardziej, inne mniej elastyczne w tym temacie.
  3. Podane daty przy ofertach nie oznaczają, że masz dany samochód na taki właśnie okres – zwykle nie przekracza on tygodnia, często jest to 4-5 dni, ale warto zapytać, czy nie da się dłużej. Raz zaproponowano mi jeden dzień gratis, bo z Darwin do Perth jednak jest daleko, innym razem zaoferowano nam dodatkowy dzień za ¼ normalnej stawki za wynajęcie samochodu. Warto też dopytać wcześniej, do której godziny ostatniego dnia trzeba oddać samochód, gdyż czasem trzeba to zrobić do 8 rano, co w praktyce oznacza, że mamy jeden dzień krócej niż początkowo nam się wydawało.
  4. Musisz mieć ważną kartę kredytową, która będzie potrzebna przy odbiorze samochodu. Nasz firma wzięła w zastaw 1000 AUD w razie uszkodzenia samochodu i oddała je z powrotem, gdy dostarczyliśmy samochód. Wszystko odbywa się oczywiście bezgotówkowo.
  5. Jeśli przejeżdżasz przez mniej zurbanizowane tereny Australii, czyli z grubsza przez zachodnią i środkową część kraju, dobrze jest zaplanować tankowania. Benzyna w Darwin i na wschodnim wybrzeżu jest po około 120-130 centów, a w mniej uczęszczanych rejonach ceny sięgają nawet 2 AUD za litr. Nie w każdej miejscowości można też kupić benzynę i zdarza się, że nie ma jej przez 250-300 km, bo np. się skończyła, a nowa dostawa jeszcze nie dotarła. Jest to tym bardziej ważne, że przy relocation deals raczej nie ma czasu na utknięcie w jednym miejscu na dzień lub dwa.
  6. Trasę, którą mamy do pokonania, warto zaplanować z wyprzedzeniem. Jazda przez kilka godzin po prawie idealnie prostej drodze naprawdę może być męcząca i według mnie można łatwo stracić czujność, szczególnie pod wieczór, gdy zwierzęta wychodzą na drogi. Nie radzę więc zakładać, że przez pierwsze 4 dni zrobimy po 1000 km dziennie, a przez kolejne trzy będziemy leżeć na plaży. Trasę lepiej podzielić równomiernie na cały okres, w którym auto masz do dyspozycji.

 

Kilka linków, gdzie można znaleźć relocation deals:
www.drivenow.com.au/onewayrentals.jspc
www.wickedcampers.com.au/relocation.html
www.standbyrelocs.com
www.maui.com.au/campervan-relocation-australia
www.maui.com.au/au-maui-relocation
www.facebook.com/Travellers.AutoBarn (tutaj na tablicy wpisujecie miasta, skąd i dokąd możecie jechać i czekacie na odpowiedź w komentarzu, a jeśli coś się znajdzie, to dzwonicie na podany przez nich numer)

Andrzej Budnik

Andrzej Budnik

Lubi poznawać nowe miejsca, stykać się z nowymi kulturami - to go rozwija i zabija codzienną monotonię. Od połowy 2009 roku w trasie dookoła świata - LosWiaheros.

Komentarze: (1)

Tomasz 2 lutego 2014 o 1:05

Super ciekawy artykuł i przepiękne zdjęcia! Podane tu informacje przydadzą się kiedy znowu będę w Australii. Bardzo dziękuję za wskazówki odnośnie relocation deals. Pozdrawiam serdecznie!

Odpowiedz