Alicja i kangur, czyli witamy w Australii. (Fot. Andrzej Budnik)

Wreszcie jesteśmy w Australii. Nigdzie nam się jak zwykle nie spieszy. Testujemy każdego dnia, jak tanio można w tym kraju żyć i co zrobić, aby to życie było jeszcze tańsze i powiem Wam po pierwszym szoku nie jest tak źle. Jednak dziś nie o pieniądzach i kosztach, a o szoku… kulturowym.

Gdy czytam blogi ludzi podróżujących (często pierwszy raz) do Azji, to z łezką w oku wspominam, jak to podczas swoich pierwszych podróży po tym barwnym kontynencie, wszystko mnie dziwiło i przerastało. Z czasem człowiek się przyzwyczaja, zadziwia go coraz mniej i coraz rzadziej (co niestety smuci), choć dalej zdarzają się wpadki i wyjątki od reguły.

Najbardziej lubię czytać jak ktoś opisuje swoje refleksje z pierwszego zetknięcia z Azją. Kilka godzin w samolocie z „cywilizowanej” Europy do „niecywilizowanych” Indii. Opisywane jest lepkie powietrze, wszechobecny chaos, brud, żebracy, tysiące rikszy, wszędzie głośno, kolorowo i wyraziście. No i zapomnijcie o tym, aby być gdzieś samotnym lub mieć chwilę spokoju. Nie w Indiach. Poza tym zwykle stajemy się atrakcją turystyczną, gdyż mamy biała skórę i dziwne włosy na górnych i czasem też na dolnych kończynach. Fajnie więc z nami zrobić sobie zdjęcie, czyż nie? Jesteśmy w centrum uwagi setek ludzi, którzy są dla nas obcy i inni.

Tak to bywa w skrócie, jak gdzieś leci się samolotem, a różnice kulturowe między punktem początkowym podróży, a miejscem docelowym są ogromne. Przyznam szczerze, że tego uczucia w naszej podróży czasem mi brakowało. Podróżowanie bez samolotu ma to do siebie, że przemieszczasz się powoli wsiąkając coraz bardziej w odwiedzany region, co lubię i bardzo sobie cenię. Zmiana kultur, religii, zwyczajów, nawyków kulinarnych czy też flory bakteryjnej odbywa się łagodnie i prawie bezboleśnie. Nie ma bum, trzask – jestem w innym świecie.

Namiastką może być przekraczanie pewnych barier geograficznych, jak np. granica Pakistanu z Chinami na wysokości ponad 5 tys. m n.p.m. To granica pomiędzy Bliskim i Dalekim Wschodem, ale dalej zauważyć można jakieś stadium przejściowe. Zachodnia część Chin to prowincja Xinjiang zamieszkiwana przez Ujgurów, ci zaś są muzułmanami i bliżej im do ludów Azji Centralnej niż do Dalekiego Wschodu, ale jakaś zmiana jest. Nieduża, ale też cieszy.

Sytuacja zupełnie inaczej wygląda z Australią. Kraj ten mimo, iż leży geograficznie blisko Azji, to kulturowo jest od niej bardzo daleko o co zadbali biali osadnicy kilkaset lat temu.

My wsiadając na jacht w Timorze Wschodnim (po półtora roku w Azji), przypłynęliśmy właśnie na ten najmniejszy kontynent i szok kulturowy dopadł nas na całej linii. Szok ten był dziwny, bo w drugą stronę niż zwykle: nikt nie trąbi, ruch na ulicy przebiega bardzo sprawnie i płynnie, samochody zatrzymują się na przejściach dla pieszych, nikt na nas się nie gapi, nie wytyka nas palcami, nie woła na nas malaj, bule, farang, czy laowaj, co czasami doprowadzało mnie do szewskiej pasji.

No i wszędzie dookoła otaczają nas tabliczki: uwaga na to, uwaga na tamto. Tu i tam nie bezpiecznie, a tam wolno ci iść. Puuch… jakże to inne od Azji, wolnej od zakazów, nakazów. Hah, wyjątkiem może tu być dziwaczny Singapur, ale ten właśnie potwierdza azjatycką regułę :)

Dziwne było też dla nas uczucie, że ludzie, którzy zaczęli nas otaczać byli od nas więksi i nie mam na myśli tego, że są grubsi (mowa o białych Australijczykach). Mam na myśli to, że są wysocy, tak zwykle po naszemu, w końcu ktoś jest od nas wyższy. Wiem, że to może Wam się wydać dziwne, że nas to dziwi, ale tak właśnie jest.

Inną sprawą jest samo zachowanie Australijczyków. Po pierwsze są bardzo zrelaksowani, znaczy się „easy going”, a poza tym są cholernie pomocni i uprzejmi. Tak przynajmniej jest w Darwin od momentu kiedy tu jesteśmy ;) Trzy przykłady:

– Po raz pierwszy w życiu kierowca autobusu publicznego widząc mnie wchodzącego do autobusu z dużym plecakiem nie powiedział: „Hej, musisz mieć na ten plecak specjalny bilet!” Nic z tych rzeczy. Zapytał po prostu dokąd jadę, czy wiem gdzie wysiąść i czy może mi jeszcze jakoś pomóc. Szczęka mi opadała. Zrobił to sam od siebie bez słowa z mojej strony.

– Pani w sklepie (dwóch różnych) już dwa razy w mnie przeprosiła, że wydaje mi 10$ nie w banknocie, a drobne w monetach, bo nie ma inaczej!!

– Aktywując numer telefoniczny stresuję się na tyle moją ułomnością w rozumieniu australijskiego akcentu, że operator mówi, żebym się wyluzował, a na koniec dodał australijskie sakramentalne: „no worries mate” (bez zmartwień kumplu) i tekst typu: „pierwsze dni w nowym kraju zwykle są trudne”. Nie ma to jak sobie szczerze pogadać z operatorem infolinii, no nie? Wyobraźcie sobie to w polskim wydaniu?

Powyższe można by mnożyć. Wszystko to dla nas jest jakieś inne, dziwne, zapomniane? Co Azja z nami zrobiła? Wydaje nam się, że po prostu trochę tam zdziczeliśmy, choć to nie do końca dobre określenie. Nic innego jednak nie przychodzi mi do głowy.

Zdecydowanie to wszystko nas cieszy. Cieszą nas te zmiany tym bardziej, że rozumiemy, co wokół nas się dzieje. Rozumiemy ten świat. Cieszy nas też to, że jesteśmy na innym kontynencie, że pewien etap mamy za sobą i że w końcu zabieramy się za coś zupełnie nowego, czego żadne z nas nie zna. Ogromne pustynie, piękne parki narodowe, natura pełną gębą i w końcu brak ludzi dookoła. Tego chyba najbardziej nam brakowało od jakiegoś czasu. Wszystko to najlepiej byłoby poznać poruszając się własnymi kółkami w wersji 4WD, ale musimy na to jeszcze trochę poczekać.

Jutro bierzemy jednak jakiś relocation deal i jedziemy do Perth albo do Alice Springs, a może do Cairns. Jeszcze nie wiemy gdzie, za duży mamy wybór, a my lubimy nie wiedzieć prawie do końca. Aha, no i to auto to zupełnie za darmo i to z wypożyczalni i płacą za paliwo jeszcze :) To zacząłem od pieniędzy i na nich też skończę, a praktyczne rady na relocation deals sprzedamy Wam już niedługo, tylko najpierw sprawdzimy to w praktyce…

Andrzej Budnik

Andrzej Budnik

Lubi poznawać nowe miejsca, stykać się z nowymi kulturami – to go rozwija i zabija codzienną monotonię. Od połowy 2009 roku w trasie dookoła świata – LosWiaheros.

Komentarze: 6

Joanna 18 listopada 2010 o 18:35

wyobrazilam sobie pogawedke z operatorem telefonii w Polsce-wow;)
świetny tekst ,

Odpowiedz

jagoda 19 listopada 2010 o 12:00

nie ma jak odświeżyć spojrzenie. wybornie się czyta.

Odpowiedz

Kasia 26 listopada 2010 o 23:14

Jak opowiadam o takich sytuacjach znajomym to nie moga uwierzyc, a ja juz tez zapomnialam, ze tak jest. Jak dobrze, ze po 3 latach wracamy do domu do Sydney

Odpowiedz

Agata 21 lipca 2011 o 12:51

„no worries mate” jest cudowne, przydałoby się u nas po serii „jeśli dzwonisz do działu X naciśnij 1, jeśli dzwonisz do działy Y naciśnij 2…”. Pod koniec takiej wyliczanki wielokrotnej mogliby serwować „no worries mate” :)

pozdrawiam

Odpowiedz

kasia 23 kwietnia 2012 o 17:22

no worries mate :) potwierdzam, też się wszędzie z tym spotkałam, poza tym, podróżując z plecakiem można liczyć na krótką pogawędkę o miejscu z którego przybywasz, szczerych życzeniach powodzenia, no i to podnoszenie wzroku i uśmiech zawsze gdy jesteś mijany/a przez Australijczyka!How’s it going? relax, take things easy no i koniecznie na dokładkę przeciwieństwo naszej tabliczki: ‚zakaz deptania trawy’ notatka z Parku Domain w Sydney: Trawa jest do deptania, drzewa do przytulania, a ptaki do gadania do nich:)… kocham Australię!

Odpowiedz

Tomasz 2 lutego 2014 o 1:17

Znakomity tekst, bardzo mnie zaciekawił. Też odniosłem wrażenie, że Australijczycy są bardzo przyjaźni i pomocni. Pewnie dlatego, że życzliwość pomaga przetrwać w trudnych warunkach. Świetna sprawa z tymi relocation deals.

Odpowiedz