Autobus znikł szybko. W oślepiającym słońcu rozpłynął się po prostu gdzieś na horyzoncie. Rozejrzałem się dookoła. Stałem sam na środku Salar de Uyuni – największej pustyni solnej świata.

Salar de Uyuni, miejsce, o którym „marzyłem” od dłuższego czasu, owiane jakąś mistyczną wręcz aurą, odludne, niedostępne. Wiele skojarzeń kłębiło się we mnie na myśl o nim. I w końcu jestem tu.

 

Z trudem przekonałem kierowcę, żeby wysadził mnie po środku niczego. Inni pasażerowie z niedowierzaniem przysłuchiwali się naszej rozmowie. Jemu nie wolno, jak mi się coś stanie, to będzie miał problemy, ze zimno, temperatury spadają do -20 stopni w nocy, czy mi jest życie niemiłe i czemu jestem taki szalony?

– Panie, ja tam nie idę umierać!

Poddał się, wyrzucił mnie gdzieś po środku białej, płaskiej powierzchni pokrytej charakterystycznymi wielokątami utworzonymi z soli…

Puste ulice Uyuni podczas burzy piaskowej. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Gdy przybyłem do Uyuni, przez miasto przetaczała się akurat już od kilku dni burza pyłowa. Wiatr pozrywał druty, nie było elektryczności i miasto sprawiało wrażenie opuszczonego. Piasek, jaki unosił się na szerokich ulicach Uyuni wdzierał się do ust, pod ubranie i szczypał w oczy. Większość sklepów i knajp była pozamykana, wszędzie kłódki, pozrywane szyldy.

Miałem wrażenie, jakbym przybył do jakiegoś miasteczka-widmo rodem z westernowych filmów o rewolwerowcach. Z reszta ten opis, położonego gdzieś zupełnie na rubieżach Boliwii miasteczka, niewiele mija się z prawdą.

Zaczęło się od tego, że nie chciałem jechać na tradycyjną wycieczkę z agencją jeepem po salarze i okolicach. Chciałem doświadczyć jakoś tego miejsca „inaczej”.

Pierwszym pomysłem było przejście z Llici, jedynej wsi, do której jeździ regularny bus, leżącej po przeciwnej stronie salaru co Uyuni, z powrotem po pustyni. Iść miałem z wózkiem z supermarketu, w którym mógłbym wieźć plecak, a także zapas jedzenia i wody. Jeszcze w La Paz ustaliłem jednak, ze w Uyuni nie ma supermarketu, wiec pomysł musiał ulec zmianom. Zamiast wózka z supermarketu pomyślałem więc o wózku typu „dwukółka”, który jest niezwykle popularny w Boliwii wśród wszystkich sprzedawców na targowiskach i nie tylko. Chodziłem dwa dni, pytałem, próbowałem się dowiedzieć skąd mogę taki wypożyczyć, ew. gdzie kupić, za ile itd… Niestety, wszyscy używają ich do pracy, nikt nie chce sprzedać, a tym bardziej wypożyczyć. Udało mi się z jednym gościem w końcu jakoś dogadać, chciał sprzedać mi wózek, tylko bez kół, za które musiałbym dopłacić prawie drugie tyle…

Cmentarzysko pociągów pod Uyuni. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Pierwsze momenty na Salar de Uyuni. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Idea z wózkiem upadła zupełnie, gdy okazało się, że w całym Uyuni, w żadnej z ok. trzydziestu istniejących tu agencji turystycznych, nie mają do wypożyczenia kuchenki gazowej, na której mógłbym przyrządzać sobie jedzenie. Wobec takiego obrotu sytuacji musiałem wprowadzić w życie „plan C”. Założenia były proste – wsiąść w jedynego busa jadącego do Llici, wysiąść po przejechaniu polowy pustyni i wrócić na piechotę do Uyuni, mając ze sobą jedynie wodę, kilka batoników do jedzenia, namiot i śpiwór. Niby bez jedzenia, ale wody musiałem wziąć na co najmniej dwa dni… Spakowałem jej sześć litrów, co nieźle dociążyło mój plecak, który ważył gdy wyruszałem na salar więcej niż zwykle. I tak tez zrobiłem.

Autostopem na wyspę kaktusów

Wysiadłem pośrodku niczego i zacząłem iść. Na horyzoncie widać było Wyspę Incahuasi, określaną często jako „Serce Salaru” lub po prostu Wyspę Kaktusów. Turyści zajeżdżają jeepami, żeby zobaczyć ten cud natury, ale schronisko, które funkcjonowało tam kiedyś, dziś podobno już nie działa, a niezależnym odwiedzającym zakazano rozbijać na wyspie namioty.

Jakoś tak bez przekonania ruszyłem w jej kierunku, bo i tak leżała ona mniej więcej na moim kursie. Wydawało mi się, że dwie godziny i do niej dojdę. Po prawie trzech godzinach marszu miałem wrażenie, ze zbliżyłem się do niej zaledwie o parę kroków. Po raz pierwszy doświadczyłem jak na pustyni (generalnie na każdej jasnej powierzchni) wzrok oszukuje nas i „optycznie przybliża” obiekty.

W pewnym momencie usłyszałem ryk silnika i w oddali zobaczyłem… cysternę, jadącą przez ten biało-żółty w promieniach powoli zachodzącego już słońca, płaski jak stół, krajobraz. Ku mojemu zdziwieniu, zmieniła ona kurs i podjechała do mnie. Trwało to jakiś czas, ale gdy była już przy mnie, odruchowo machnąłem ręką. Kierowca wychylił się z szoferki i gestem zapytał, czy nie podrzucić mnie do wyspy. Autostop na pustyni! Jasne, że tak! 15 minut później wysiadałem juz przy Isla Incahuasi. Ostatnie jeepy właśnie przygotowywały się do odjazdu…

Krajobraz widziany ze szczytu Wyspy Kaktusów. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Kupiłem „bilet wstępu” i wszedłem ścieżką pomiędzy wiekowymi kaktusami (najstarsze miały ok. 1000 lat!) na wzniesienie, skąd rozpościerał się niesamowity widok. Schodząc poznałem Don Alfreda, pierwszego mieszkańca tej wyspy, który urzęduje już tu od 23 lat. Powiedział mi, że na wyspie żyje na stałe jakieś 9 osób. Don Alfredo poradził też mi, że za jakieś drobne pieniądze mogę przespać się na materacu w starym refugio, a jakby mnie to interesowało, to prowadzi on księgi, do których wpisują się wszyscy podróżnicy odwiedzający wyspę w sposób inny, niż zorganizowane toury z agencjami.

Gdy usiadłem przy stoliku i zamówiłem najtańszą kanapkę (ceny jak na Boliwie były kosmiczne) Don Alfredo przyniósł owe dwie księgi. Przez godzinę prawie wertowałem ich kartki czytając historie rowerzystów, motocyklistów, a nawet glajderów, którzy przemierzając salar zatrzymali się na wyspie na trochę. Na stronicach przyklejone były zdjęcia. Zostawiłem po sobie pamiątkę i gdy zrobiło się zupełnie ciemno poszedłem spać na podłodze w starym pomieszczeniu refugio.

Gdy wyjąłem śpiwór z plecaka przeszył mnie dreszcz… Śpiwór wypożyczałem w ostatniej chwili przed odjazdem busa (od dwóch dni kobieta zapominała go przynieść mi do biura) i… nie sprawdziłem go. Miał to być ciepły śpiwór, wg zapewnień spokojnie miało się w nim spać przy temperaturze -10 czy nawet -15 st. C. To, co wyciągnąłem z pokrowca przypominało zakup z koreańskiego outletu – cienki, w kształcie tzw. koperty, idealny na letnie wczasy pod gruszą na sielskiej, polskiej wsi w okolicach Zwardonia. Na domiar złego, był za mały i gdy tylko spróbowałem się do niego wcisnąć, puścił suwak… Jak pech to pech.

Noc przespałem nawet nieźle, miałem ze sobą oczywiście zapas ciepłych ciuchów, ale przecież byłem w pomieszczeniu. Zastanawiałem się, jak będzie następnego dnia, gdy będę spać w namiocie. A propos spania w namiocie był jeszcze jeden problem. Salar jest niezwykle twardy, to praktycznie beton. Odrobiłem rzecz jasna pracę domową i kupiłem na bazarze zestaw gwoździ, żeby używać ich zamiast śledzi, ale jak to już sprawdziłem od razu po wysiadce z busa – salar był za twardy i na nie! W plecaku miałem średniej wielkości kamień i próbując nim wbić gwoździe w podłoże jedynie wygiąłem dwa z nich… Nie, to nie jest żaden żart, naprawdę nosiłem kamień w plecaku! :)

Stany odmiennej świadomości

W tej sytuacji rozważałem całkiem na poważnie marsz przez całą kolejną noc. Taka wycieczka kondycyjna w warunkach pustynnych, czemu nie? :) Dokupiłem butelkę wody i o ósmej rano opuściłem wyspę, udając się w kierunku południowo-wschodnim.

Cóż, nie będę zanudzać Was tutaj relacja „minuta po minucie”. Powiem tylko tyle, ze szło się różnie. Czasem ciężko i nudno, czasem szybko, czasem coś pochłaniało moje myśli zupełnie i np. „budziłem” się po prawie trzech godzinach nieprzerwanego marszu. Innym razem siadałem na odpoczynek wcześniej, niż wynikało to by z jakiś tam moich założeń lub odpoczywałem przez dłuższy czas po prostu gapiąc się w ten nieziemski krajobraz, jaki mnie otaczał.

Wprowadzałem się w stan odmiennej świadomości. Nie wiem, czy można nazwać to technikami medytacyjnymi, ale efekt był podobny. Liczenie oddechów, marsz z zamkniętymi oczami, hiperwentylacja… Myślałem o wielu sprawach, prowadziłem ze sobą dialog, innym razem starałem się wyciszyć kompletnie…

Słońce nad Salar de Uyuni – największą światową pustynią solną. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Byłem już daleko od jakichkolwiek głównych szlaków wiodących przez salar. Wielokąty na powierzchni pustyni były idealne, nietknięte przez opony jeepow, a fioletowo-pomarańczowy blask zachodzącego słońca zmieniał barwę salaru nie do poznania. Czasem dało się zauważyć gdzieś w oddali jakiś stary ślad, ale ogólnie mogę powiedzieć, że byłem „zgubiony”. Wiedziałem mniej więcej gdzie jestem, jednak z mapą, jaką miałem, nie byłem w stanie dokładnie określić swojego położenia. Brak zaznaczonych szczytów, niedbałość wykonania, ogólna tandeta – to znaki rozpoznawcze boliwijskich map. Chciałbym poznać tutejszych kartografów. :)

Gdy słońce zaszło, w ciągu kilku minut zrobiło się bardzo chłodno. W dodatku zerwał się nieprzyjemny wiatr. Postanowiłem „sprawdzić sól” raz jeszcze i ku mojemu zdziwieniu pierwszy gwóźdź wszedł niemal do połowy swojej długości! Zorientowałem się, że musiałem trafić na grubszą warstwę soli w tej części pustyni.

Szybko rozbiłem namiot i schowałem się do środka. Starym, dobrze znanym wszystkim posiadaczom kiepskich śpiworów trickiem, zwiększyłem trochę termikę śpiwora – co mogłem to nałożyłem na siebie, a pozostałe, zapasowe ubrania wrzuciłem luzem do śpiwora. Zamek błyskawiczny jakoś udało mi się naprawić scyzorykiem, na kolację zjadłem pół tabliczki czekolady i tak przystąpiłem do wegetacji.

Ostatnie trzy godziny, tuż przed świtem, jak zwykle były najgorsze. Przeleżałem je na wpół śpiąc, na wpół próbując rozgrzać się w śpiworze, po czym, z przyjemnością wręcz, wyskoczyłem na zewnątrz, ażeby ogrzać się w promieniach wschodzącego słońca. W ramach śniadania przyjąłem godnie puszkę karmelu, zwanego tutaj dulce de leche i ruszyłem dalej.

Salar de Uyuni

Mój namiot o wschodzie słońca. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Urok boliwijskiej mapy

Według moich obliczeń, łącznie do tej pory przeszedłem ok. pięćdziesięciu pięciu kilometrów. Oznaczało to, że ostatniego dnia do przejścia mam nie więcej niż czterdzieści. Czułem juz w nogach forsowne tempo, które sobie sam narzuciłem, wiec tego trzeciego dnia postoje były już dłuższe, gdyż więcej czasu potrzebowałem na regeneracje. Kręciłem też filmy. Głód mi nie przeszkadzał, ale mam wrażenie, że „głębiej” docierałem w tych próbach zmiany stanu świadomości.

Gdy zbliżał się zachód słońca zorientowałem się, że od trzech godzin nie użyłem kompasu, po prostu idąc przed siebie, uważając by „nie nadepnąć na linie” na podłożu, w mniej więcej słusznym kierunku, jak sądziłem. Po konsultacjach z mapą wyszło, że kierunek był tylko z grubsza słuszny i czekają mnie jeszcze co najmniej cztery godziny marszu, podczas gdy początkowo planowałem, że o tej porze będę już na mecie.

Metą tego dnia miał być zaznaczony nieśmiało na mojej mapie hotel solny. (Fot. Kuba Fedorowicz)

Rozbłysk czerwieni na niebie, niesamowite wrażenie… (Fot. Kuba Fedorowicz)

Metą tego dnia miał być zaznaczony nieśmiało na mojej mapie hotel solny, gdzie miałem plan jakoś się przespać i przede wszystkim uzupełnić wodę, której zapasy pod wieczór niebezpiecznie skurczyły się do dna ostatniej butelki, a ja czułem, że się odwadniam. Temperatura może nie była najwyższa w czasie dnia, szedłem cały czas w polarze, ale właśnie w takich okolicznościach najłatwiej się odwodnić… W nocy było naprawdę zimno, ale widok salaru oświetlanego jasnym blaskiem księżyca i milionami gwiazd jest nie do zapomnienia…

Zacząłem iść w kierunku skraju pustyni, chciałem natrafić na jakiś ślad samochodowy, najlepiej główny szlak przecinający salar. Poprzedniego dnia pojazdów widziałem całkiem sporo, ze trzy nawet zatrzymały się i ich kierowcy pytali mnie, czy wszystko w porządku i czy niczego nie potrzebuję. Tego dnia, jak na złość, gdy kończyła mi się woda, nikt nie jeździł.

Gdy zapadła noc zobaczyłem światełka Uyuni i Colchani, które umożliwiły mi dokładniejszą orientację w terenie. Światełek było znacznie więcej, miałem wrażenie, że gdy tylko zapadła noc, na salarze zrobił się ruch jak na Marszałkowskiej. Wyglądało to mniej więcej tak, jakby obserwować morze, zbliżając się do redy. Tylko, że te światełka poruszały się dużo szybciej niż statków.

Zacząłem mieć jakieś zwidy. Lampy samochodów zlewały się ze sobą, jedne poruszały się szybko, drugie wolno, najpierw widziałem je blisko, potem daleko by w końcu się okazało, że to jednak jakieś budynki… Przypomniałem sobie reakcje na zmęczenie niektórych znajomych na moim kursie przewodnickim, kiedy to zimą, w Beskidzie Niskim, wracając po ciężkiej, dwudniowej młócce gdzieś po krzakach, niektórzy zaczęli słabnąć, siadać bezradnie na śniegu i mówić coś o dziwnych ogniskach w lesie… Do takiego stanu jeszcze się nie doprowadziłem ale światła przestałem na wszelki wypadek obserwować już, bo nic z tego dobrego nie wyszłoby.

Teoretycznie mogłem rozbić namiot i przespać się, ale wg mapy powinienem być już w okolicach celu, a wizja cieplej herbaty dodawała mi sil. Zaskakujące, jakie można mieć trudności na pustyni przy znalezieniu konkretnego budynku :)

Niestety, po raz kolejny, tym razem boleśniej, przekonałem się o niedoskonałości boliwijskich map. Przesunięcie hotelu w terenie względem mapy wynosiło niemal 20 kilometrów… Przed godziną 23 stanąłem jednak w hallu luksusowego hotelu z soli.

Poproszę jeszcze wodę i… piwo

Takiego przepychu się nie spodziewałem – na podłodze granulowana sól, rzeźby, ściany, płaskorzeźby, kontuar na recepcji – wszystko z soli, a z jadalni dobiegają wesołe śmiechy amerykańskich bogaczy… Nie było to na pewno miejsce w typie schroniska. Recepcjonistka zwaliła mnie z nóg mówiąc, że ceny za nocleg zaczynają się od 65 USD. Sytuacja wyglądała raczej na beznadziejna, ale na swoją ogorzałą od słońca i wiatru twarz wrzuciłem uśmiech numer sześć, błysnąłem zębami, mrugnąłem okiem i rozpocząłem bajerę.. :)

Widzi Pani, bo ja tu idę na piechotę z Inkahuasi, trzeci dzień, zmęczony jestem całkiem i wiem, ze nie pasuję za bardzo do towarzystwa, ale zależy mi tylko na jakimś kącie, mam karimatę, śpiwór, może mógłbym się przespać w jakimś rogu?

Recepcjonistka popatrzyła na mnie i zapytała ile jestem w stanie dać. Odpowiedz 30 boliwianów (15 zł) spuściła trochę z niej powietrze, ale piłka nadal była w grze. Powiedziała, że pójdzie się zapytać koleżanki. Po chwili wróciła z nowiną, że mogę dostać własny pokój, ze śniadaniem za… 50 boliwianów (25 zł)… W kieszeni miałem 100 boliwianów, ostatnie pieniądze. Niech się dzieje co chce, tu jest 50 bs za pokój, poproszę jeszcze wodę i … piwo :)

Tak gorącego prysznica to nie brałem od nie pamiętam kiedy! Zmarznięty, po trzech dniach na salarze, stałem z pół godziny w kabinie. W pokoju łóżka z soli, nocne lampki, ciepła pościel… no, po prostu miód. Tylko taki trochę słony.

Piwo wypiłem ze smakiem, zjadłem ostatniego batonika, jaki mi został i poszedłem spać. To było godne zakończenie całej tej śmiesznej operacji! Następnego dnia zjadłem śniadanie w hotelu i na piechotę doszedłem do Colchani, która to wioska jest taką „bramą wjazdową” na Salar de Uyuni. Stamtąd udało mi się jakoś złapać stopa do Uyuni. Miałem szczęście, że akurat jeden z turystycznych jeepow nie był pełny, tak jak to zwykle ma miejsce…

I tak kończy się ta smutna historia… :) W sumie wyszło mi, ze przeszedłem mniej więcej 100 kilometrów. Na pewno będzie co wspominać, ale następnym razem przyjadę tutaj w lutym czy w marcu i wezmę tour jeepem. Po pierwsze dlatego, ze wtedy więcej można zwiedzić, po drugie, chciałbym zobaczyć salar przykryty tą cienką warstwą wody, gdy niebo zlewa się z podłożem, a po trzecie… hmmm, a może jak tu wrócę następnym razem, to w Uyuni będzie juz supermarket? :)

Po co to było wszystko? Sam teraz nie wiem. Ale to chyba rodzinne… Oto fragment rozmowy z moim Ojcem, tuż przed moim wyruszeniem na pustynie:  – A w ogóle to o co chodzi z tym salarem? – No, Tato… to najwieksza na swiecie pustynia solna. Nie wierze, że nie słyszałeś o Salarze de Uyuni… – Słyszeć to słyszałem, ale nie byłem i się nie wybieram. Przemierzałem za to Hamadę el Homra i też nie bardzo wiedziałem po co. Do dziś nie wiem…

* * * * *

Polecamy również film Kuby z szalonej wyprawy: Spacerkiem przez Salar de Uyuni

Kuba Fedorowicz

Kuba Fedorowicz

Zawsze powtarzał, że trzeba iść własną drogą - i robił to konsekwentnie. Odbył samotna podróż autostopem po Ameryce Łacińskiej - swoje Grand Tour, uwielbiał sporty, ruch, działanie. Swoją ziemską wędrówkę zakończył 6 marca 2012 roku.

Komentarze: (1)

Kuba Fedorowicz 16 sierpnia 2010 o 18:54

swoją drogą to polecam film z tego wydarzenia – http://mygrandtour.pl/pol-salaru-de-uyuni-z-polbuta-pol-zartem-i-pol-serio/

pozdrawiam! :D

Odpowiedz