W ścisku, świetle kolorowych lampek, w chmurach opalizującego pyłu dzikich miejsc, w towarzystwie Mikołaja wiecznie umazanego smarem i pachnącego ropą – moje kanaliki szczęścia wypełniają się bez reszty. Ciężarówka to czarodziejka, która koloruje naszą szarą rzeczywistość i rozdaje uśmiechy, rozbraja, rozczula, uwrażliwia ludzi na piękność czy może na pozytywne dziwactwo. Ładunek emocjonalny, jaki wiezie, odrywa ludzi od rzeczywistości – na jej widok zatrzymują się w osłupieniu na chwilkę zapominając, dokąd pędzili. Nie ma osoby, które ciężarówka by się nie podobała, a już na pewno nie ma osoby, która przeszłaby obok niej obojętnie.

Zmaterializowane szaleństwo

Z dziką przyjemnością powracam wspomnieniami do dawno już zakończonej podróży. Zakończonej, lecz nie do końca zamkniętej, bo emocje nadal buzują w żyłach, dusza nadal niezaspokojona, a serce jeszcze mocniej rwie się na wschód – gdzieś ku gorącej irańskiej pustyni, ku pakistańskiej frywolnej rzeczywistości, ku tłumnej indyjskiej ulicy.

Po powrocie często sami sobie nie wierzyliśmy, patrząc na zaparkowanego w podwarszawskim hangarze rocketa – nasz skrawek pakistańskiej ziemi. Tak, ciężarówka jest w Polsce i to nie jest senna zjawa. To nasze zmaterializowane szaleństwo, kumulacja wszelkiej fantazji Mikołaja Książka i Katarzyny Gembalik.

Pomysł narodził się podczas jednej z wcześniejszych podróży do Pakistanu. Może ogarnęło nas szaleństwo, a może zapomnienie i brak umiaru w wymyślaniu marzeń. Wszechobecne tam strojne ciężarówki otumaniły nas bez reszty. Telepiąc się na jednej z nich przez pustynię, w majakach od nadmiaru słońca, zapragnęliśmy taką mieć. Pomysł, najpierw totalnie abstrakcyjny, wiele razy ewoluował, ale kiedy tylko beztroski umysł pochwycił go w ryzy rzeczywistości, nie było już odwrotu, nie było mowy o jakimkolwiek kompromisie.

Pragnienie sprowadzenia orientalnej ciężarówki i transazjatycka podróż to nie tylko wybryk młodzieńczej, szalonej wyobraźni podyktowany chęcią mocnych wrażeń. To kwiat miłości do Pakistanu, która przełamała wszelkie bariery, owoc doświadczeń z wielokrotnych tam podróży, to wreszcie weto przeciw mylnemu postrzeganiu Pakistanu jedynie jako wylęgarni terroryzmu, gdyż jest to miejsce bliższe życia niż każde inne, które oferuje nam cywilizowany zachód.

Jedźmy na wschód…

Wschód przyciągał nas szaleńczym magnetyzmem. ubzdurał nam miłość do miejsc, których nigdy wcześniej nie widzieliśmy. Wmówiliśmy sobie że stamtąd wywodzą się nasze korzenie. Wiedzieliśmy jedno: musimy tam jechać i tak też zrobiliśmy. Wyruszając przed siebie, rzuciliśmy się w wir przygód, zdając się przede wszystkim na ducha wolności i improwizacji, bo droga jest dla nas jak modlitwa, a może raczej mantra życia, będąca celem samym w sobie.

Ruszyliśmy w lipcu 2006 roku pomarańczowym mercedesem (rocznik 1977), za niecałe 1000 złotych, z bańką nakręconą na liczniku. To był prawdziwy dar mocy, który, mimo tego miliona kilosów przebiegu dowiózł nas do marzeń. Właściwie marzenie było jedno: kupić pakistańską ciężarówkę. Pomysł zupełnie szalony i totalnie nowatorski! Nasz rocket (tak w Pakistanie zwą bedfordy) jest pierwszym i jedynym pojazdem, który wyjechał z Pakistanu i targany wichrami przeciwności dotarł aż do Europy.

„Kiedy ją pierwszy raz zobaczyłem, rozłożyło mnie na łopaty” – wspominał później Mikołaj. – „Można by wrócić nią do Polski, to jest pomysł! Yeah!”.

W czasie tej podróży przemierzyliśmy Białoruś, Ukrainę, Rosję, Abchazję, Gruzję, Azerbejdżan, Turcję, Iran, Pakistan, Afganistan oraz Indie, a w drodze powrotnej również wszystkie kraje dawnej Jugosławii, Węgry i Słowację. Pozwoliliśmy, by nasza historia sama się pisała, dzięki temu stanęliśmy w obliczu najdziwniejszych sytuacji.

Prawie pięć miesięcy tułaczki, podczas której towarzyszyły nam zarówno beztroskie chwile spełnienia, jak i godziny walki z bezwzględną drogą, zostały uwieńczone sukcesem 15 listopada 2006 roku, kiedy to dotarliśmy do Warszawy, gdzie zamknęła się pętla naszej podróży.

Życie przedrocketowe

To prawda, nasz rocket jest najważniejszym bohaterem tej opowieści. Istniał jednak także świat „pozaciężarówkowy”. Podczas naszej transazjatyckiej wyprawy sporo się działo.

Na przykład Rosja… Jeszcze w drodze do Pakistanu. Monumentalne imperium komunizmu zmęłło nas i wymiętosiło.

Tuż przy granicy z Czeczenią wpadamy w tryby mafijnej machiny, radykalnie naruszając ichniejsze zasady, a wszystko dlatego, że zachciało się nam wykąpać się w morzu. Przy tej okazji zatrzymują nas, zabierają samochód i starannie go przeszukują. Przesłuchują godzinami, odtwarzają kasety z naszą muzyką, dręczą pytaniami o Koran (po co go wieziemy? Przecież tylko terroryści tak robią), a na koniec robią zdjęcia do kartoteki i zdejmują odciski palców. W skrócie: biorą nas za dywersantów zagrażających ładowi państwa.

Albo Indie… Trochę co prawda nie po drodze, lecz na tyle blisko, by do nich wyskoczyć i oddać się przyjemności buletowania (podróżowanie na hinduskich motocyklach royal enfield-bullet), kilku sesyjek jogowych, no i oczywiście ślizgania na krowich plackach. Tu również dochodzi do interwencji policji.

Tej nocy do późna szwendamy się po pustych ulicach Delhi, które w ciągu dnia toną w morzu wszelkiego kalibru istot żywych i tumanach kurzu. Nic dziwnego, że gdy w końcu padnięci wracamy do hotelu, nasza reakcja na walenie w drzwi pokoju nie jest entuzjastyczna. W progu stoi hinduski policjant z bambusową pałką. aresztuje Mikołaja, a jedyne wyjaśnienie brzmi: „pakistan terrorist”. nie wiemy, o co chodzi. Krzyczę, że też chce do hinduskiego więzienia. Cóż, nie chcą mnie… Od słowa do słowa okazuje się, że problemem są naklejki z flagą Pakistanu, którymi szczodrze ozdobiliśmy naszego merola. Znajdujemy kompromis: kupujemy grubą taśmę i zalepiamy bulwersujące obrazki, bo się uparliśmy i naklejek nie zedrzemy.

Postój w drodze powrotnej wymarzonym Bredfordem.

Na jednym z postojów z Bedfordem w tle. (Fot. Archiwum Katarzyny Gembalik i Mikołaja Książka)

Zabiegi maskujące okazują się wystarczające i znów możemy się upajać wolnością. Korzystając z tego faktu, wyruszamy na wypożyczonych motocyklach w himalaje, do źródeł świętej rzeki. Po tygodniu dobijamy do Gangotri, dalej do celu już tylko pieszo. 40 kilometrów, dwa dni w deszczu i śniegu, a nie mamy ze sobą nawet jednego swetra. Skazani na niewygody podróży, bez jakiegokolwiek przygotowania, by przetrwać, mobilizujemy wszystkie siły, zdolności i instynkty.

Cel osiągamy. Gomrukh. Stąd Ganga bierze swe początki, wypływając spod lodowca ciurkiem, maleńkim strumykiem pieszczącym podnóża śnieżnobiałych, lśniących w słońcu i ciągnących się bez końca siedmiotysięczników. Oszołomieni pięknem tego miejsca, w ciszy oddajemy hołd świętym wodom Gangesu, na brzegu składamy przyniesione dary, prosząc o wstawiennictwo w naszej sprawie – chodzi oczywiście o ciężarówkę… W drodze powrotnej kupujemy rękawiczki.

Misja Bedford

Po kilku tygodniach włóczęgi docieramy do Quetty. Uwielbiamy to miasto, choć zdecydowanie nie przypomina ono raju. Szczerze mówiąc, wygląda jak śmietnik – kanalizację zastępują rowy przy ulicach, hałas, anarchia, regularne przerwy w dostawie prądu. Ale od paru lat mamy tu wspaniałych przyjaciół Habiba, Abdullaha i ich rodziny. Przywiały ich tu zawieruchy afgańskich wojen.

To właśnie tu mamy zrealizować naszą bajecznie kolorową misję. Dobrze znamy tutejsze realia, więc wiemy, że biznesy z arabami nie będą łatwe. Na szczęście możemy liczyć na pomoc Habiba i Abdullaha.

Rozpoczynamy Misję Bedford – wybranie najpiękniejszej pakistańskiej ciężarówki. Nie jest łatwo, bo w Quecie nie ma giełdy ciężarówek, a jeśli nawet ktoś z miejscowych zechciałby ją sprzedać, zażądałby co najmniej 20 tysięcy dolarów. Dla nas nie ma takiej opcji. jeździmy zatem po stacjach załadunkowych ziemniaków, bydła, piachu i wypatrujemy tej jedynej. Mijają trzy tygodnie. Nadal wypatrujemy… a czasu coraz mniej – wiza się kończy, w Polsce czeka na mnie szkoła, na Mikołaja praca…

Habib i Abdullaah w totalnej konspiracji biegają z aparatem i poszukują dla nas ciężarówki. Miała kosztować 7 tysięcy dolców teraz się okazuje, że za mniej niż 12 tysięcy raczej nie uda nam się jej zdobyć. To oczywiście cena dla Pakistańczyka. Gdyby wiedzieli, że Habib szuka jej dla białasów, nie wiadomo, jaki pułap by osiągnęła. Po dwóch tygodniach miny ostatecznie nam rzedną – nie mamy nic, oprócz teraz już pewności, że nie starczy nam pieniędzy.

Fragment tekstu autorstwa Katarzyny Gembalik i Mikołaja Książka Ciężarówka z marzeń pochodzi z książki Pojechane Podróże. Szalone wyprawy Trzech Żywiołów, która ukazała się nakładem wydawnictwa Pascal.

Mamy dla Was dwa egzemplarze tej książki do wygrania. 

Podajcie nazwiska dwóch autorów, których teksty znalazły się w książce Pojechane podróże. Szalone wyprawy Trzech Żywiołów, a z którymi Peron4 opublikował rozmowy.

Na odpowiedzi czekamy do niedzieli (8.04) do godziny 23:59 pod adresem: redakcja@peron4.pl.

Sprawdź, kto wygrał – rozwiązanie konkursu.

Redakcja

Redakcja

O załodze peronu czwartego przeczytacie tutaj. Zapraszamy do współpracy.

Komentarze: 3

Kamil Wójcik 6 kwietnia 2012 o 9:19

Rewelacja!

Odpowiedz

Ania 6 kwietnia 2012 o 21:13

Też chciałam napisać: rewelacja! Bo ich nie znam a już uwielbiam :)

Odpowiedz

Andrzej Budnik 17 kwietnia 2012 o 7:05

Pamietam pokaz Kaski na krakowskich 3Z bodajrze w 2009 roku – najlepszy jaki ogladalem w zyciu i calkowicie zasluzone standing-ovation na koniec filmiku 哦 ciezarowce! Fantazja to najcenniejsze narzedzie w podrozy, jakim mozemy kreowac nasza droge… :))

Odpowiedz