Skokiem na bungee, z przewieszonego sto dziesięć metrów nad poziomem rzeki mostu granicznego między Zambią i Zimbabwe, rozpoczął się 9. etap sztafety śladami Kazimierza Nowaka. Zapraszamy na pierwszą relację.

Ogłuszający huk wodospadu Victoria. Ponad <lasem deszczu>, wisi przepiękny łuk tęczy, świeci lubieżnie żarne słońce. Parno, wilgotno, lecz tak wspaniale, że z szaloną radością trwałoby się tutaj choćby lat dziesiątki (…) Ponad całą okolicą panuje jeden tylko potężny huk – huk olbrzymiej masy wód potężnej rzeki, które spadają w bezdeń dzikiego jaru. Strome, kolorowe ściany wąwozu, a hen w głębi szmaragdowa, zda się wąziutka, że przekroczyć można, pieni się królowa rzek południa – Zambezi…” – tak 10 grudnia, 1933 roku pisał Kazimierz Nowak w liście do żony.

22 lipca, po kilkugodzinnej podróży nocnym busem z Bulawayo w Zimbabwe, docieramy do Victoria Falls. Z Polski wylecieliśmy dwa dni wcześniej, nocując na kempingu w Rzymie, by następnego dnia wsiąść do samolotu lecącego do Johannesburga. Na lotnisku w RPA odebraliśmy rower, który mieliśmy przekazać Agnieszce Grudowskiej, uczestniczce etapu zabijskiego. Przez kolejne dwa tygodnie Agnieszka będzie z nami jechać przez Zimbabwe z Victoria Falls do Bulawayo.

Z RPA lecimy samolotem linii Fly KUMBA, który polecił nam spotkany w hali odlotów Mr Makumba. Na moje niepewnym głosem postawione pytanie: Is it safe?, wyszczerzył w uśmiechu śnieżnobiałe zęby i zagrzmiał: no problem, my brother!

Początkowo mieliśmy w planach przyjechać do Victoria Falls autobusem, ale perspektywa lotu liniami KUMBA zwyciężyła nad rozsądkiem i za równowartość stu siedemdziesięciu dolarów zakupiliśmy cztery bilety, upewniwszy się jeszcze uprzednio, czy możemy zabrać ze sobą rower, bez konieczności płacenia haraczu.

Nasz lot, numer 001, był już dwie godziny opóźniony. Z niepokojem obserwowaliśmy tablicę odlotów, na której znikały kolejne miejscowości docelowe, a nasze Bulawayo ciągle delayed i delayed. W końcu jednak pojawiło się oczekiwane przez nas słowo boarding i mogliśmy wsiąść na pokład. Przed wyjściem z hali pracownik linii kłaniał się uniżenie przed każdym podróżnym powtarzając formułkę: bardzo nam przykro, to więcej się nie zdarzy… Na razie z linii KUMBA korzystać nie zamierzamy, co nie znaczy, że ich nie polecamy.

Lot był wygodny, wylądowaliśmy bez przeszkód i zaraz po wyjściu z samolotu zostaliśmy skierowani do czegoś, co wyglądało jak obdrapany hangar, w którym właśnie wybuchł granat, a okazało się halą lotniska. Na granicy ówczesnej Rodezji Północnej i Południowej (dzisiejszej Zambii i Zimbabwe) Kazimierz Nowak pisał:

Znowu staję na nowej granicy. Że też ta Afryka musi być podzielona na tyle <ogródków>, otoczonych kolczastym drutem wiz, ceł. Gdyby nie te granice, podróż moja byłaby o połowę choćby lżejsza, a i wrażenie wolności byłoby zupełne.

Zdaje mi się czasem, że jestem czemś tak maleńkiem, mniejszym od książeczki paszportowej, dzięki której dopiero podnoszą się zapory graniczne i pozwalają toczyć się dalej… daleko!”

Nam, w dzisiejszych czasach, na pewno jest nieporównywalnie łatwiej przekraczać granice, niż czynił to nasz podróżnik. Za trzydzieści dolarów (jako że obowiązującą obecnie walutą w Zimbabwe jest dolar amerykański) dostaliśmy bez zbędnych formalności wizy, ważne trzydzieści dni. Musieliśmy jeszcze stanąć w kolejce do odprawy. To, co jest zwykłą formalnością w większości krajów, tutaj okazało się bezkrwawą walką między celnikiem a nami o każdą podejrzaną sztukę bagażu.

A tych podejrzanych rzeczy mieliśmy całkiem sporo. Dziesięć kilogramów długopisów, dziwne metalowe tabliczki, kilkanaście piłek, telefon satelitarny, zdecydowanie zbyt dokładne mapy, książki i przewodnik krytykujący prezydenta, dwa komputery, mnóstwo przeróżnych kabli, ładowarek, wtyczek i słuchawek, różową perukę, maskotki w kolorowych ubrankach, klucze z łańcuchami, śrubki, nakrętki, nie mówiąc o normalniejszych rzeczach, typu – dwie torby sprzętu fotograficznego, no i rozłożony na części, owinięty folią rower – jeden na całą czwórkę.

Tak więc, choć staraliśmy się wyglądać normalnie i uśmiechać standardowym, przygłupim, lekko wymuszonym uśmiechem oraz odpowiadać na pytanie: jak się macie?mamy się świetnie, to i tak nie umknęliśmy uwadze celników. Zresztą, nawet bez tych dziwnych rzeczy w torbach i plecakach, wyróżnialiśmy się aż nadto. Czym? Ano kolorem. Tutaj kolor wyróżnia i czy chcesz czy nie chcesz, rzuca się w oczy. Tubylcy znów przywieźli kilogramy papieru toaletowego i papierosy, ale ciekawe, co tam mają ci biali w bagażu.

Tysiąc dwieście długopisów, których część pojawiła się po otworzeniu pierwszej torby i metry splątanych kabli i wtyczek wystających z plecaka tak skonsternowały oficjeli, że odstąpili od przeszukania reszty bagażu. I całe szczęście. Moglibyśmy być posądzeni o współpracę, a już nie daj boże o przynależność do wyklętej sekty dziennikarzy, co raczej zamknęłoby dla nas granice i naraziło na szwank dalsze powodzenie sztafety. Na szczęście tłumaczenie, do czego potrzebne nam te długopisy, piłki oraz inne kurioza i imponderabilia tak zmęczyło służbistów, że wreszcie zostawili nas w spokoju. Może to konwersacja z udającymi „no abla –słabo mówić angielski” Polakami przekonała ich, że dziennikarze z nas żadni.

Co do języka angielskiego, to warto przypomnieć, że Kazimierz Nowak bardzo narzekał na brak umiejętności porozumiewania się w tym dzisiejszym lingua franca. Oto co pisał w liście do żony z terenów ówczesnej Rodezji Południowej, a dzisiejszego Zimbabwe:

Gorzej z konwersacją, bo słabo władam językiem angielskim, tak jak dwuletnie dziecko (angielskich rodziców naturalnie), ale nie moja wina, że Anglicy mówią tylko po angielsku. Trudno. Trzeba się uczyć znowu, bo bez tego języka nie sposób wędrować po tej części świata, a może i po całym świecie w ogóle. Mając jednak dużo odwagi, zaczynam łamać język, wkładać go w zęby i jakoś angielskie dźwięki przechodzą mi przez gardło – ponoć poprawnie nawet”

Lecąc do Bulawayo, liczyliśmy na jakiś transport do Victoria Falls, miasta co prawda oddalonego o kilkaset kilometrów na północny zachód, ale bądź co bądź, ciągle będącego mekką turystów odwiedzających Zimbabwe. Niestety, nie było żadnych czekających busików, ani taksówek, nie mogliśmy liczyć nawet na transport do miasta. Na szczęście zjawił się ktoś, kto zaoferował pomoc. Za czterdzieści dolarów upchnęliśmy do dwóch samochodów wszystkie plecaki, torby, siaty, reklamówki oraz owinięty w folię rower i ruszyliśmy na miejski dworzec autobusowy.

Na miejscu kolejna pomocna dłoń i za chwilę byliśmy upychani do karłowatego busika, który za moment miał ruszyć do Victoria Falls. Zajęliśmy ostatnie miejsca siedzące i czekaliśmy na rozpoczęcie kilkugodzinnej podróży. W międzyczasie do środka wchodzili drobni handlarze z najróżniejszym towarem, wśród których najbarwniejszą postacią był pan z procą, zachwalający ją jako wszechstronną zabawkę dla każdego, np. jako skuteczny środek odstraszający małpy albo psy w mieście.

Po pierwszej dojechaliśmy na miejsce. Ledwo żywi ze zmęczenia rozbiliśmy namioty w schludnym hotelu-campingu o nazwie „sznurówki” – Shoestrings.

Trafnie pisał o Victoria Falls w 1933 roku Kazimierz Nowak: „Mimo, że jest to jedna z najdroższych stacji turystycznych Afryki, można się tu urządzić stosownie do kieszeni. Wprawdzie olbrzymi hotel pałacowy jest drogi. Ale przecież tutaj ciepło i jest lato, więc pod namiotem można wygodnie spoczywać – a spokój jest idealny”. Tak więc, choć my przyjechaliśmy w porze zimowej, również wybraliśmy tańszą opcję noclegu – pod namiotem.

Wodospady Wiktorii rzeczywiście przepiękne, tylko tego spokoju, o którym pisał Nowak, jakby mniej…

Od samego rana nad głowami latają z hukiem helikoptery z turystami, pragnącymi z powietrza podziwiać ten jeden z siedmiu cudów świata. Również tubylcy nie dają spokoju i kiedy tylko opuści się mury kampingu, od razu jest się otoczonym przez chmarę „biznesmenów”, próbujących sprzedać domowe rękodzieło, w postaci najprzeróżniejszych figurek zwierząt, ludzi, masek, drewnianych naczyń i koralików, wśród których królują kościane jami jami.

Ale największym hitem cieszą się banknoty o horrendalnych nominałach pięćdziesięciu albo stu miliardów dolarów zimbabweńskich. Już od dawna wycofane z obiegu i dosłownie nic nie warte, stanowią smutne kuriozum, będące żywym pomnikiem chybionych reform i fatalnego stanu gospodarki państwa pod rządami Mugabego. Aż trudno uwierzyć, że Kazimierz Nowak prawie osiemdziesiąt lat temu mógł napisać:

Nie nagabują przewodnicy ani przekupnie, żadnego natręctwa. Chwilami ma się złudzenie, że jest się jedynym człowiekiem w okolicy”

Jeśli nie chcemy kupić banknotów albo pamiątek, możemy spróbować handlu wymiennego. Jest ogromny popyt na buty i koszulki i w ogóle jakiekolwiek elementy garderoby. Za moje szerokie, zielone spodnie a’la Alladyn, zaoferowano mi figurkę słonia.

– My brother, help my business, a special price for you, or better let’s change, give me your trousers, I’ll give you this elephant, you are my brother, support my business, brother, give me your trousers.

I tak oto dowiedziałem się, że mam brata w Zimbabwe, a za moje porwane spodnie, zabrane głównie jako środek prewencyjny na potencjalne ukąszenia komarów, mogę kupić słonia i jechać na nim dalej ale już bez spodni…

Są jednakże miejsca, gdzie kupuje się w miarę normalnie, to znaczy supermarkety, o dziwo, całkiem dobrze zaopatrzone, choć z bardzo wysokimi, jak na Afrykę, cenami. Zaraz po wejściu do sklepu rzuca się w oczy wielka czarna tablica, na której wypisano obowiązujące danego dnia przeliczniki walut. Jak już bowiem wspomniałem powyżej, w Zimbabwe obowiązującą walutą jest teraz dolar amerykański, ale można również płacić funtami, euro, albo walutą krajów ościennych. Płacąc więc za zakupy twardą walutą, możemy dostać resztę np. w botswańskich pulach albo południowoafrykańskich randach.

Dzień po naszym przyjeździe do Victoria Falls przyjechała ekipa ósmego etapu i na moście dzielącym Zambię i Zimbabwe przekazała nam pałeczkę. Etap dziewiąty – „Gdzie krokodyl zjada słońce” został tym samym oficjalnie rozpoczęty, a symbolicznie przypieczętowany skokiem na bungie z wysokości 110 metrów. Jutro ruszamy w drogę w stronę Bulawayo.

Kiedy Kazimierz Nowak opuszczał Victoria Falls w grudniu 1933 roku, tak oto pisał w liście do żony:

Jest połowa grudnia prawie, więc lato – żarne słońce świeci, bujna zieleń wokoło, ale uwierzyć proszę, tęskno do śniegu! Tęskno do tych choinek, które czy to na placu Marjackim, czy na innych placach stoją rzędami. Owe zwiastuny zbliżającej się „gwiazdki tak pięknie wonieją – i tyle radosnych chwil życia stawiają przed oczyma duszy! A ja już trzeci rok ich nie widzę!…

Niedaleko znowu puszcza. W tej puszczy moja Gwiazdka!”

Choć my nie czekamy na gwiazdkę i raczej nie tęsknimy za śniegiem, to już nie możemy się doczekać, kiedy wsiądziemy na objuczone BRENNABORY i rozpoczniemy jazdę ku kolejnej przygodzie. Trzymajcie kciuki.

Piotr Strzeżysz

Piotr Strzeżysz

Archeolog, bibliotekarz i anglista. Od lat zwiedza świat na rowerze, łącząc pasję podróżowania z fotografią. Jest autorem kilku książek.

Komentarze: (1)

Ewa 21 sierpnia 2010 o 23:44

Piotr pozdrawiamy Ciebie i wszystkich uczestników ..Twój skok na linie był wspaniały Ewa Emilka i Jarek Koteccy

Odpowiedz