Decyzja o wyjeździe do Kenii była bardzo spontaniczna – z dnia na dzień kupiłem bilety,  spakowałem się i ruszyłem wraz z moją dziewczyną w drogę.  Nic nie było zaplanowane poza miejscem lądowania.

Przygoda z Czarnym Lądem zaczęła się jeszcze zanim koła samolotu dotknęły rozgrzanej nawierzchni  lotniska w Mombasie, kiedy to przelatując na wysokości ośmiu tysiącach metrów mieliśmy okazję widzieć wystający ponad chmurami najwyższy szczyt Afryki – Kilimandżaro. Oświetlony promieniami zachodzącego słońca wyglądał  niesamowicie dostojnie i tajemniczo.

Gra w piłkę na plaży w Kenii Plaża na przedmieściach Mombasy to miejsce spędzania wolnego czasu dla wielu Kenijczykow. (Fot. Tomasz Pakuła)

Lotnisko w Mombasie nie należy do nowoczesnych. Mimo znacznych profitów jakie Kenia czerpie z turystyki nie należy się spodziewać specjalnych udogodnień. Ze względu na okres, w którym tam przybyliśmy, odprawa ciągnęła się nieskończoność… Pierwszy stycznia jest ostatnim dniem kenijskich wakacji, wiele osób wciąż przebywa na urlopach, a placówki urzędowe są zamknięte.

Pierwszy dzień upłynął nam na aklimatyzacji na nowym miejscu. Przylatując do Kenii z Polski można przeżyć mały szok termiczny. Wylatując z Polski tuż po hucznej sylwestrowej zabawie zostawialiśmy za sobą ulice pełne śniegu. Mombasa przywitała nas natomiast ponad trzydziestopięciostopniowym upałem, blaskiem białych plaż i szumem palm.

W krainie czerwonych słoni

To co turyści i wszelkiej maści podróżnicy cenią sobie w Kenii najbardziej to fascynująca, dzika i nienaruszona przyroda. Kraj ten oferuje dwadzieścia pięć parków narodowych w tym szósty co do wielkości w Afryce  Park Narodowy Tsavo.

Nauczeni doświadczeniem już pierwszego dnia poszukaliśmy lokalnych ofert na wyjazd do wybranych przez nas parków narodowych. Mimo, że większość obywateli Kenii porozumiewa się na co dzień w języku suahili, to dogadanie się w języku angielskim, który jest także językiem urzędowym, nie nastręcza żadnych problemów. Tak więc już drugiego dnia postanowiliśmy wyjechać na trzydniowe safari do parków Tsavo i Amboseli.

Sawanna w Kenii

Samotne drzewo na bezkresnej sawannie. Na horyzoncie ledwo widoczne stado słoni. (Fot. Tomas Pakuła)

Park Tsavo, przedzielony na dwie części główną droga krajową,  jest jednym z najłatwiej dostępnych parków z Mombasy. Tsavo East jest większy i tworzą go głównie rozległe płaskie, sawannowe równiny. Krajobraz Tsavo West jest  bardziej pofałdowany i zarośnięty krzaczastą roślinnością, przez co dostrzeżenie kryjących się w niej zwierząt stanowi większe wyzwanie – co zniechęca wielu turystów. Udanie się do Tsavo West ma przez to tą niepodważalną zaletę, że można być tam w zasadzie samemu, nie licząc współtowarzyszy podróży.

Wjazd do parku Tsavo możliwy jest jedynie z licencjonowanym przewodnikiem, a turystom wolno poruszać się jedynie po wyznaczonych szlakach. My wynajęliśmy nieduży bus wraz z kierowcą, który miał uprawnienia przewodnika. Wraz z nami były trzy inne osoby – warto bowiem udać się większą grupą, gdyż możliwości negocjacji ceny są dużo większe.

W zasadzie wszystkie samochody przeznaczone na safari mają podnoszone dachy umożliwiające bezpieczną obserwację dzikiej przyrody i CB radio, dzięki któremu kierowcy na bieżąco informują się przemieszczających o zwierzętach.

W styczniu, kiedy trwa pora sucha, zwierzęta najłatwiej jest dostrzec przy wodopojach w porze rannej lub późnym popołudniem. Przebywanie tak blisko z naturą jest doświadczeniem absolutnie wyjątkowym. Nigdy wcześniej nie przypuszczaliśmy, że będziemy obserwować lwy czy antylopy z odległości pięciu metrów.

Równie wielkie wrażenie zrobiły na nas bawoły i zebry pasące się w dużych stadach, zupełnie nie zwracając na nas uwagi. Jednak najbardziej niesamowitym, wręcz magicznym momentem było stado ponad dwustu czerwonych słoni przechodzących tuż przed naszym samochodem – widok po prostu bezcenny.

Słonie w Kenii

Wzmiankę o czerwonych słoniach po raz pierwszy napotkałem w dzieciństwie w książce o Masajach. Autorka opisywała, jak w krajobrazie sawanny z daleka widać rdzawoczerwone jakby głazy, które w rzeczywistości są słoniami. I tylko tłumacz w przypisach raczył wyjaśnić, że ten kolor pochodzi od żelaza, w które bogate są gleby w niektórych rejonach Kenii. Słonie, zwykłe szare afrykańskiej słonie, tarzają się w czerwonej ziemi, lub – jeszcze chętniej – taplają się w gliniastym błocie. Po takich kąpielach są czerwone w całości – nawet ich kły tracą swój szlachetny odcień kości słoniowej.

W Kenii setki takich słoni zobaczyłem od razu pierwszego dnia mojego pobytu w parku narodowym Tsavo East. Później jeszcze nie raz na własne oczy oglądaliśmy rzeczy, o których wcześniej tylko czytałem nie kryjąc zdumienia.

Kolejne dwa dni spędziliśmy w parku Amboseli. Jest to park położony u stóp Kilimandżaro. Widok samej góry był dla mnie osobiście bardzo silnym przeżyciem. Jeszcze jako dziecko, czytając powieści podróżnicze, nigdy nie spodziewałem się, że będzie dane mi ją kiedykolwiek zobaczyć. Zawsze kojarzyłem ją z miejscem niedostępnym, jako wielką tajemniczą górę w sercu czarnego lądu, najbardziej suchy szczyt, a teraz stała przede mną, najpierw ukryta w chmurach, a pod wieczór stojąca w całej swojej okazałości – oświetlona czerwonym, zachodzącym słońcem.

Mimo że wulkan jest położony już za granicą po stronie Tanzanii,  doskonale widoczny jest również od strony Kenii. Jest olbrzymi, zasłaniający niemal cały horyzont. Żaden inny szczyt nie wywarł na mnie takiego wrażenia. Zwykle będąc w górach, powiedzmy na wysokości 1500 metrów, widzimy szczyty sięgające trzech-czterech kilometrów połączone w jeden łańcuch górski. Tu w Amboseli, na kompletnie płaskiej równinie, widzimy sześciokilometrowy wulkan.

Na równinach i bagnach Amboseli poza setkami słoni spotkaliśmy hipopotamy, strusie, antylopy gnu, i padlinożerne marabuty. Słonie poruszając się w stadach prowadzone są zawsze przez największego samca. Podobnie stado zamyka równie silny samiec. W środku idą samice, młode i mniejsze osobniki. Antylopy wiecznie czujne wypatrują stale drapieżników, a wielkodziobe marabuty w dużej grupie są w stanie przegonić hieny.

Mombasa – historia wiecznie żywa

Mombasa została założona w XI wieku przez arabskich handlarzy i szybko stała się znaczącym ośrodkiem handlowym wschodniej Afryki. Najczęściej handlowano kością słoniową i niewolnikami. Do dziś jest to jedno z najważniejszych miast portowych Afryki. Można tu znaleźć zarówno luksusowe wille, jak i znacznie liczniejsze slumsy. Miejskie targowiska nie różnią się znacznie od azjatyckich – równie tłocznych, hałaśliwych i nie zawsze o najprzyjemniejszych zapachach. Na każdym kroku możemy liczyć, że zostaniemy zaczepieni przez różnego rodzaju handlarzy oferujących nam przeważnie szeroką gamę souvenirów. Ceny dla turystów są zwykle od trzech do dziesięciu razy wyższe od tych, którymi Kenijczycy posługują się między sobą, dlatego należy twardo negocjować.

Sprzedawca owoców na targu w Kenii.

Targowiska w Mombasie dorównują zapachem i zgiełkiem swoim azjatyckim odpowiednikom. (Fot. Tomasz Pakuła)

Jeśli poczujemy się zmęczeni nagabywaniem sprzedawców warto powiedzieć kesho, co w języku suahili znaczy „później”. Wśród innych podstawowych słów jakie należy poznać to: pole pole, co znaczy „powoli”, „spokojnie”. Słysząc pytanie abari, czyli „jak się masz”, odpowiadamy misuri sana. A zamawiając piwo powiemy: modżo bia tafadhali.

Jednym z żelaznych punktów zwiedzania Mombasy jest Fort Jesus, założony przez Portugalczyków w 1593 roku. Fort przeszedł później w ręce arabskie, by za czasów Brytyjczyków zostać przerobionym na więzienie. Do dziś wpływy arabskie są w mieście chyba bardzo zauważalne. Na starym mieście dostrzeżemy wiele arabskich zabytkowych kamienic, większość mieszkańców to muzułmanie, a język arabski nierzadko słychać wśród ulicznego gwaru.

W wielu przewodnikach przeczytamy, że chodzenie nocą po Mombasie to nie najlepszy pomysł. My jednak mieliśmy szczęście i przypadkowo poznaliśmy tam pewnego Szweda, który pracował w jednej z organizacji charytatywnych dostarczających żywność przez port w Mombasie do Południowego Sudanu. Akurat czekał na odprawę kontenerów, co zazwyczaj trwa kilka dni. Mimo, że żywność nie znosi długiego transportu i tym razem usłyszał od celnika znane nam „pole pole”, ale jak twierdził po latach pracy przywykł już do tego.

Tak więc po zachodzie słońca ruszyliśmy z Leifem na naszą eskapadę. Zasmakowaliśmy dzikich rytmów, bardzo lokalnych, nie uczęszczanych przez turystów klubów i otarliśmy się o półświatek prostytutek i wykidajłów. Wszędzie nasz szwedzki przyjaciel poruszał się z dużą pewnością siebie, wzbudzając szacunek Kenijczyków, którzy nie zawsze byli przyjaźnie nastawieni.  Zatem jeśli macie wystarczająco odwagi lub znacie w Mombasie zaufaną osobę, z którą możecie się wybrać na eskapadę po zmroku, to warto.

Będąc w Kenii warto też wybrać się do niedalekiej koralowej wyspy Wasini. Turyści udają się tam przede wszystkim ze względu na możliwość nurkowania na rafie koralowej. My pojechaliśmy tam by obserwować ścigające się z naszą łodzią delfiny. Wycieczka zaczęła się od dotarcia do niewielkiego portu Shimoni, gdzie przesiedliśmy się na statek. Rejs przysparza wielu wrażeń, poza obserwacją delfinów jest czas, by popływać z maską.

Nie sposób opisać wszystkich atrakcji jakie oferuje Kenia. Było ich tutaj dość, żeby wypełnić ekscytująco nasze krótkie dwa tygodnie. Intensywnych wrażeń wystarczy nam na bardzo długo.

O wyprawie „Awantura w kraju kangurów” będziecie mogli  przeczytać na Peronie4.

Tomasz Pakula

Podróżnik z pasji, muzyk i publicysta z zamiłowania. Niepoprawny optymista, dla którego nie ma rzeczy niewykonalnych. Aktualnie przygotowuje męską wyprawę pod hasłem "Awantura w kraju kangurów".

Komentarze: (1)

Dagon 6 grudnia 2012 o 12:00

Wspaniały kraj ze wspaniałą kulturą. Z naszej Polski pewnie trochę daleko, ale naprawdę warto tam pojechać. Parę lat temu udało mi się odwiedzić właśnie Kenię i byłem zachwycony. Świetnie miejsce dla każdego miłośnika zwierząt.

Odpowiedz